08.12.2024, 17:22 ✶
Nie odpowiadał na te zarzuty. Nie miał ochoty wdawać się w dyskusję z tym mężczyzną. I chociaż pozostawał spokojny, tak jego wyprostowana, napięta postawa sugerowała, że a i owszem: wcale nie miał ochoty tu być Wcale nie miał ochoty na tę rozmowę i wolałby, by wszystko przebiegło bez żadnych problemów. Wolałby się nie ubrudzić, chociaż wnętrze domu robiło lepsze wrażenie, niż zewnętrze. Wydawało się, że nie robi sobie również nic z pouczenia dotyczącego butów. Wytarł je jednak, chociaż bardziej z odruchu, niźli faktycznej chęci spełnienia tej bezczelnej prośby Leona.
Ostrożnie zszedł na dół, faktycznie uważając na strome stopnie. Jeszcze tego brakowało, żeby któryś z nich skręcił kark w tak niefortunnym, dusznym miejscu. Popsułoby to im plany, które sięgały o wiele dalej, niż ten jeden, jedyny poranek. Lestrange stanął za Charlesem, poświęcając nieco więcej uwagi otoczeniu. Oddał tym samym całe pole Mulciberowi. Po to go tu wziął, prawda? Oczywiście mógłby rozwiązać sprawę inaczej, ale po co uciekać się tak od razu do przemocy? Naprawdę nie chciał być tu dłużej, niż trzeba było.
- Zawsze możemy to sprawdzić na osobie trzeciej - odpowiedział spokojnie, i chociaż jego usta wygięły się w lekkim, żartobliwym uśmiechu, tak uśmiech ten nie sięgał oczu. Pozostawały one zimne i przenikliwe, utkwione na powrót w Leonie. Ten prychnął na te słowa, a Charles dostrzegł, że przewrócił oczami. Nic sobie nie zrobił z wcale nie zawoalowanej groźby, która poleciała w jego kierunku.
- Tylko uważaj, młody, bo nie chcemy żebyś skończył z bąblami na dłoni, jak się otrzesz o którąś z nich - rzucił do Mulcibera, posłusznie robiąc mu miejsce. Stanął nieopodal, nie zauważając, że Lestrange przesunął się w taki sposób, by mieć na niego oko. Wyciągnął różdżkę, lecz nie atakował: schował ją za plecami, splatając ze sobą dłonie.
Charles ostrożnie rozsunął zamek i wślizgnął się do środka. Nie musiał się obawiać, że ktoś go zaatakuje - Rodolphus pilnował jego pleców, mógł więc na spokojnie się zapoznać z roślinami, które znajdowały się w szklarni. A było ich sporo. Przede wszystkim klasyczne, mugolskie, niemagiczne lecz uwarzone i podane w odpowiedni sposób - śmiertelne. Trujący bluszcz, belladonna, naparstnica, manchineel. Sztuk było niewiele, ale na tyle dużo, że na spokojnie można było z nich stworzyć doskonałą bazę do śmiercionośnej trucizny. To, co jednak przykuło wzrok Mulcibera, to rośliny magiczne, niezwykle rzadkie. Czyrakobulwy, raptuśnik, szalej jadowity, szalona jagoda oraz coś, co szczególnie zwróciło jego uwagę. W kącie stał pojedynczy stolik zielarski, a na nim duża doniczka. Jadowita tentakula była jeszcze mała, lecz już teraz doskonale ją zabezpieczono. Znajdowała się pod kloszem, a dziurki na powietrze znajdowały się na samej górze. Jej pnącza poruszyły się niespokojnie, gdy tylko Charles wszedł do środka. Na pewno jeszcze nie była aż tak groźna, lecz niedługo będzie można zebrać jej liście i soki, o ile się komuś uda. Będą cholernie trujące, lecz czy w takim stanie zabójcze? W połączeniu z innymi trującymi roślinami na pewno, ale samodzielnie: wątpliwe.
- Nie rozmawialiśmy jeszcze szczegółowo o zapłacie - Leon odwrócił się do Rodolphusa, pragnąc pochwycić jego uwagę.
- Pieniądze nie będą problemem - odpowiedział spokojnie, kierując wzrok na mężczyznę. Obawiał się tego tematu - jak dużo będą musieli się wykosztować?
- Hodowla tych roślin pochłania mnóstwo energii, czasu... Wolałbym mieć konkrety. Na te okazy zawsze znajdą się kupcy - kontynuował, mrużąc nieznacznie oczy. Lestrange uniósł powoli brew. Rozmawiali dość głośno, Charles mógł usłyszeć absolutnie każde słowo z tej suchej, formalnej wymiany zdań.
- Szukałeś już kogoś, czy to ostrzeżenie? - zapytał uprzejmie, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę.
Ostrożnie zszedł na dół, faktycznie uważając na strome stopnie. Jeszcze tego brakowało, żeby któryś z nich skręcił kark w tak niefortunnym, dusznym miejscu. Popsułoby to im plany, które sięgały o wiele dalej, niż ten jeden, jedyny poranek. Lestrange stanął za Charlesem, poświęcając nieco więcej uwagi otoczeniu. Oddał tym samym całe pole Mulciberowi. Po to go tu wziął, prawda? Oczywiście mógłby rozwiązać sprawę inaczej, ale po co uciekać się tak od razu do przemocy? Naprawdę nie chciał być tu dłużej, niż trzeba było.
- Zawsze możemy to sprawdzić na osobie trzeciej - odpowiedział spokojnie, i chociaż jego usta wygięły się w lekkim, żartobliwym uśmiechu, tak uśmiech ten nie sięgał oczu. Pozostawały one zimne i przenikliwe, utkwione na powrót w Leonie. Ten prychnął na te słowa, a Charles dostrzegł, że przewrócił oczami. Nic sobie nie zrobił z wcale nie zawoalowanej groźby, która poleciała w jego kierunku.
- Tylko uważaj, młody, bo nie chcemy żebyś skończył z bąblami na dłoni, jak się otrzesz o którąś z nich - rzucił do Mulcibera, posłusznie robiąc mu miejsce. Stanął nieopodal, nie zauważając, że Lestrange przesunął się w taki sposób, by mieć na niego oko. Wyciągnął różdżkę, lecz nie atakował: schował ją za plecami, splatając ze sobą dłonie.
Charles ostrożnie rozsunął zamek i wślizgnął się do środka. Nie musiał się obawiać, że ktoś go zaatakuje - Rodolphus pilnował jego pleców, mógł więc na spokojnie się zapoznać z roślinami, które znajdowały się w szklarni. A było ich sporo. Przede wszystkim klasyczne, mugolskie, niemagiczne lecz uwarzone i podane w odpowiedni sposób - śmiertelne. Trujący bluszcz, belladonna, naparstnica, manchineel. Sztuk było niewiele, ale na tyle dużo, że na spokojnie można było z nich stworzyć doskonałą bazę do śmiercionośnej trucizny. To, co jednak przykuło wzrok Mulcibera, to rośliny magiczne, niezwykle rzadkie. Czyrakobulwy, raptuśnik, szalej jadowity, szalona jagoda oraz coś, co szczególnie zwróciło jego uwagę. W kącie stał pojedynczy stolik zielarski, a na nim duża doniczka. Jadowita tentakula była jeszcze mała, lecz już teraz doskonale ją zabezpieczono. Znajdowała się pod kloszem, a dziurki na powietrze znajdowały się na samej górze. Jej pnącza poruszyły się niespokojnie, gdy tylko Charles wszedł do środka. Na pewno jeszcze nie była aż tak groźna, lecz niedługo będzie można zebrać jej liście i soki, o ile się komuś uda. Będą cholernie trujące, lecz czy w takim stanie zabójcze? W połączeniu z innymi trującymi roślinami na pewno, ale samodzielnie: wątpliwe.
- Nie rozmawialiśmy jeszcze szczegółowo o zapłacie - Leon odwrócił się do Rodolphusa, pragnąc pochwycić jego uwagę.
- Pieniądze nie będą problemem - odpowiedział spokojnie, kierując wzrok na mężczyznę. Obawiał się tego tematu - jak dużo będą musieli się wykosztować?
- Hodowla tych roślin pochłania mnóstwo energii, czasu... Wolałbym mieć konkrety. Na te okazy zawsze znajdą się kupcy - kontynuował, mrużąc nieznacznie oczy. Lestrange uniósł powoli brew. Rozmawiali dość głośno, Charles mógł usłyszeć absolutnie każde słowo z tej suchej, formalnej wymiany zdań.
- Szukałeś już kogoś, czy to ostrzeżenie? - zapytał uprzejmie, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę.