09.12.2024, 00:53 ✶
Świat zdecydowanie nie był kolorowy. Nieważne, ile odcieni miały wschody i zachodu słońca. Ile refleksów błękitu można było dostrzec w morskich falach za oknem i w kwitnących wrzosach, które już zawsze miały mu się kojarzyć z tym miejscem. Z kolorem jej włosów rozrzuconych na kocu tamtego ostatniego lata, gdy wszystko jeszcze było dobrze, z ciemnym fioletem jeżyn na słodko-kwaśnych wargach, z blaskiem słońca i tym cholernym dziecinnym przekonaniem, że świat może mieć wyłącznie same jasne barwy.
Nie mógł. Już tego nie mieli. Wystarczyło kilka miesięcy. Upływ czasu był nieubłagany. Jego biegu nie dało się zatrzymać, nawet jeśli tego dnia usiłowali to zrobić, ponownie zanurzając się w przeszłości. Choć zegar na ścianie stał, jego wskazówki ponownie ruszyły. Zwiastowały koniec, bo choć świat nie był czarno-biały to ostatnio jedynymi innymi kolorami, jakie dało się w nim dostrzec były wyłącznie szarości, burgundy i szkarłat czerwieni.
- Wyśmienicie - zgodził się z Geraldine, doskonale zdając sobie sprawę jak bardzo mierzwiło ją to zjadliwe słowo, szczególnie że przecież nic nie było wyśmienicie.
Już od dawna nie było. Ostatnie miesiące były wyłącznie coraz głębszym zjazdem w dół, gigantyczną wirującą spiralą błędów i porażek. Nie miał nad tym żadnej kontroli. Nawet jeśli uporczywie starał się, aby było inaczej, to z dnia na dzień był coraz bardziej świadomy tego, że jeśli kiedykolwiek wydawało mu się, że cokolwiek kontrolował to teraz nad niczym nie panował. Nawet nad przebiegiem tego dnia czy tam wieczoru. Niepotrzebnie otworzył usta, niszcząc wrażenie trwającej chwili z przeszłości. Teraz nie mogli do niej wrócić. Nieważne jak bardzo by tego chciał, już ją zgubili tak jak właśnie na powrót gubili siebie nawzajem.
- Wiem, że to nie był twój wybór, Geraldine, ja to wiem - zapętlał się, gniewnie mrużąc przy tym oczy i zaciskając zęby, bo raz po raz odpowiadał Rinie tym samym a ona w dalszym ciągu go nie rozumiała, nawet nie próbowała. - Nie dawałem ci żadnej innej możliwości? O chuj ci chodzi? Zupełnie tak, jakbyś kiedykolwiek słuchała mnie w zakresie tego, co masz a czego nie masz robić - wytknął jej, przenosząc na nią wzrok, nawet jeśli ona na niego nie patrzyła.
Z jednej strony wmawiała mu, że nie chciała go nigdy traktować jak czarny charakter swojej historii, a jednak raz za razem słyszał od niej, że zawalił. Że w dalszym ciągu to robił.
Czy się słyszał? Miał ochotę zacisnąć palce na pościeli, rozdzierając paznokciami materiał. Czy on się słyszał?! A czy ona słyszała siebie? W jednej chwili go kochała, w kolejnej dawała mu do zrozumienia, że był najgorszym gnojem. Kawałem skurwysyna, który zostawił ją pod wpływem impulsu, teraz nawet nie racząc wyjaśnić jej, dlaczego to zrobił.
Jakże proste by to było.
- Może pierdolę. Może mnie popierdoliło, ale wiesz, co to oznacza? Jestem na skraju przepaści a ty chcesz skoczyć razem ze mną. To nie jest miłość, to szaleństwo - wytknął jej
Jeśli chciała patrzeć na to w takich kategoriach to mogli kierować się całkowicie tą logiką. Mogli dalej podążać właśnie tą ścieżką w mówieniu o tym, kto był bardziej nielogiczny i nieracjonalny. Mogli sobie zrobić z tego naprawdę zjebany kontest. Najbardziej popierdolony do tej pory. Tyle tylko, czy naprawdę chcieli iść tą drogą?
On nie chciał. Sam już nie wiedział, co powinien robić. Jak miał myśleć o całej tej sytuacji. Choć obiecał sobie, że nigdy więcej nie wróci do przeszłości, nie umiał tego robić. Nie dziś, nie z nią, nie, gdy byli tak blisko siebie, kolejny raz patrząc sobie w oczy.
Przypomniał sobie jak wiele razy zawiódł jej zaufanie, mimo to teraz leżał z nią w ramionach, czując się jednocześnie cholernie usprawiedliwiony, by to robić i zwyczajnie niegodny tej miłości. Tego, o co go prosiła. Jedynej rzeczy, której od niego obecnie oczekiwała, a której w dalszym ciągu nie mógł jej dać. Jego palce błądziły po jej ramieniu, ale przy każdym dotyku czuł ciężar winy.
- Wiesz, że nie jestem dobrym człowiekiem. Nie pamiętam, kiedy nim byłem... ...czy kiedykolwiek nim byłem, rozumiesz? Nie chcę cię oszukiwać, nie jestem bez winy w tym, co się stało. To moja wina - czuł, że jednocześnie pęka i za wszelką cenę stara się to powstrzymać, przez co jego głos zaczął uderzać w te chłodne, zdesperowane tony. - Ale nie musisz mi o tym przypominać raz za razem - znów to sobie robili, prawda?
Nie powinni zaczynać tej rozmowy, bo jedynym, co obecnie potrafili było właśnie to. Nie ciepło, nie czułość. To było między nimi wtedy, kiedy poddali się chwili. W dalszym ciągu to potrafili, nie wątpił w to ani przez moment, sami to sobie udowodnili, ale gdy chodziło o rozmowę...
...nie umieli rozmawiać. Choć kiedyś to też przecież robili. Gdzieś po drodze zatracili właśnie ten element?
- Wiesz co? Masz rację. Nie wiem, czego pragniesz. Nigdy nie wiedziałem - zarzucił jej w przypływie goryczy, tak po prostu cisnął w nią tymi słowami, niemalże się łamiąc, niemal wybuchając; nie potrzebował wiele, był dosłownie na skraju. - Zawsze dawałaś mieszane sygnały - stwierdził kąśliwie, odwracając wzrok dokładnie w tym samym momencie, w którym wypowiedział te cholerne słowa.
Zawsze i nigdy - dwa słowa, które niosły ze sobą stanowczo zbyt duży nakład emocjonalny. Były przerysowaniem. Okrutnym, naprawdę fatalnym, godnym pożałowania. Szczególnie, że Ambroise wcale nie chciał tego robić. Nie czuł potrzeby w nią tym uderzać, nie chciał jej tym coraz bardziej ranić.
Nie potrzebował wiele, by się zreflektować. Przynajmniej nie tego wieczoru. Ten wieczór był inny. Zaczął się zupełnie inaczej, nawet jeśli miał się skończyć dokładnie tak samo. Tak jak to było im już od dawna pisane, prawda? Tu nie było dobrego zakończenia. Nie miało go być, bo nie istniało.
- Przepraszam. Wiem, że chciałaś szczęścia - stwierdził ciszej, nadal nie puszczając Geraldine, ale nieznacznie się od niej odsuwając, czując, że jest to jedyny sposób, by nie zniszczyć tego, co mieli. - Mam pewność - jego wzrok błądził po suficie, potrzebował chwili, ale nie tej chwili. - Nie chcę, żebyś widziała moją prawdziwą twarz, to nie jest ten, którego kochasz - jak miał jej to powiedzieć w inny sposób?
Żałował, że w ogóle zaczęli tę bezsensowną dyskusję, że to zrobili.
- Zawaliłem sprawę, Rina, zawaliłem sprawę i teraz zamiast wrócić na właściwą ścieżkę, utknąłem w piekle swoich własnych wyborów. A ty nie zasługujesz na to, by być częścią tego bałaganu - mimowolnie wyciągnął wolną rękę, żeby dotknąć włosów dziewczyny, ale zatrzymał ją w powietrzu, aby w końcu opuścić dłoń na kołdrę.
- To musi ci wystarczyć - nie zamierzał mówić nic więcej, ani teraz ani kiedykolwiek.
Nie miała wydusić z niego kolejnych słów, szczegółowych opisów, nawet jeśli wiedział, że była uparta i nie poddawała się tak łatwo. Dał jej to, czego chciała, prawda? Uległ jej pod wpływem chwili, ugiął się na tyle, na ile potrafił to zrobić. Nie sądził, że to mogło ją usatysfakcjonować, jednakże to było wszystko, co mógł jej dać.
To był impuls. Ujęcie podbródka, spotkanie ze sobą ich oczu. Kolejne ulegnięcie chwili. Tyle tylko, że w zupełnie inny sposób. Znowu się do siebie zbliżyli. Ponownie ją ranił.
- Kocham cię - spojrzał na nią z narastającą desperacją, bardzo delikatnie muskając kciukiem dolną wargę Geraldine.
Tonął. Z oczami utkwionymi w jej błękitnych tęczówkach, patrząc na nią w tej chwili. Nie chciał jej tracić, tracił ją. Nie chciał jej odtrącać, odtrącał ją. Nie chciał tego kończyć, ale czy była jakaś inna możliwość? Nie widział jej tak wtedy jak teraz. Pragnął wyznać jej całą prawdę, ale słowa utknęły mu w gardle.
Kolejny raz, raz za razem. Nie umiał z nią o tym rozmawiać, to była dyskusja skazana na porażkę. Tak jak oni. Oni też byli skazani na zatracenie. To, że w tym momencie sprawiała, że się wahał, nie oznaczało tego, że tego nie wiedział. Nieważne, co mu mówiła, wszystko było stracone już dawno temu. Dostrzegał to nawet w tej chwili.
- Nie chcę cię stracić - czy to było wyjaśnienie, zawsze się tego obawiał, prawda?
Zawsze cholernie mocno się tego bał i nie miał przy tym na myśli pozwolenia jej na to, by odeszła w inną stronę.
- Nie chcę, żebyś szła ze mną tą drogą. To nie jest ścieżka, którą można przejść w parze. To droga donikąd - uciekł wzrokiem w stronę okna, nie chcąc widzieć reakcji na te słowa.
Nie chciał krzywdzić Geraldine, nie chciał dostrzegać jak jej serce krwawi. Odpychał jej miłość, robił to w każdej cholernej sekundzie, nie pod wpływem chwili a z przymusu. Ile jeszcze razy musiał dawać jej to do zrozumienia?
- Ale cię kocham, rozumiesz? Kocham cię, nie idź ze mną tą drogą - złamał się, choć tylko na ułamek sekundy, gdy poczuł jak jej oddech delikatnie muska jego skórę, ale szybko zamknął oczy, by nie dać się ponieść emocjom. - Chciałbym, żebyś odeszła zanim będzie za późno - nie pytała go o to, czego on chciał, ale musiał to powiedzieć. - Nie dzisiaj, nie jutro, ale potem - nie otwierał oczu, zaciskając powieki, jakby to miało cokolwiek dać, jakby dzięki temu mogli się jeszcze trochę łudzić. - Nie w tej chwili. Zostań ze mną w tej chwili - nie obchodziło go już, że brzmiał jak desperat, po prostu się ku niej nachylił.
Nie otwierał oczu, wyłącznie zagarniając jej usta. Mocno i gwałtownie, jakby to mogło na powrót zamknąć ich w tej chwili. Czemu musieli to sobie robić? Dlaczego to sobie robili?
Nie mógł. Już tego nie mieli. Wystarczyło kilka miesięcy. Upływ czasu był nieubłagany. Jego biegu nie dało się zatrzymać, nawet jeśli tego dnia usiłowali to zrobić, ponownie zanurzając się w przeszłości. Choć zegar na ścianie stał, jego wskazówki ponownie ruszyły. Zwiastowały koniec, bo choć świat nie był czarno-biały to ostatnio jedynymi innymi kolorami, jakie dało się w nim dostrzec były wyłącznie szarości, burgundy i szkarłat czerwieni.
- Wyśmienicie - zgodził się z Geraldine, doskonale zdając sobie sprawę jak bardzo mierzwiło ją to zjadliwe słowo, szczególnie że przecież nic nie było wyśmienicie.
Już od dawna nie było. Ostatnie miesiące były wyłącznie coraz głębszym zjazdem w dół, gigantyczną wirującą spiralą błędów i porażek. Nie miał nad tym żadnej kontroli. Nawet jeśli uporczywie starał się, aby było inaczej, to z dnia na dzień był coraz bardziej świadomy tego, że jeśli kiedykolwiek wydawało mu się, że cokolwiek kontrolował to teraz nad niczym nie panował. Nawet nad przebiegiem tego dnia czy tam wieczoru. Niepotrzebnie otworzył usta, niszcząc wrażenie trwającej chwili z przeszłości. Teraz nie mogli do niej wrócić. Nieważne jak bardzo by tego chciał, już ją zgubili tak jak właśnie na powrót gubili siebie nawzajem.
- Wiem, że to nie był twój wybór, Geraldine, ja to wiem - zapętlał się, gniewnie mrużąc przy tym oczy i zaciskając zęby, bo raz po raz odpowiadał Rinie tym samym a ona w dalszym ciągu go nie rozumiała, nawet nie próbowała. - Nie dawałem ci żadnej innej możliwości? O chuj ci chodzi? Zupełnie tak, jakbyś kiedykolwiek słuchała mnie w zakresie tego, co masz a czego nie masz robić - wytknął jej, przenosząc na nią wzrok, nawet jeśli ona na niego nie patrzyła.
Z jednej strony wmawiała mu, że nie chciała go nigdy traktować jak czarny charakter swojej historii, a jednak raz za razem słyszał od niej, że zawalił. Że w dalszym ciągu to robił.
Czy się słyszał? Miał ochotę zacisnąć palce na pościeli, rozdzierając paznokciami materiał. Czy on się słyszał?! A czy ona słyszała siebie? W jednej chwili go kochała, w kolejnej dawała mu do zrozumienia, że był najgorszym gnojem. Kawałem skurwysyna, który zostawił ją pod wpływem impulsu, teraz nawet nie racząc wyjaśnić jej, dlaczego to zrobił.
Jakże proste by to było.
- Może pierdolę. Może mnie popierdoliło, ale wiesz, co to oznacza? Jestem na skraju przepaści a ty chcesz skoczyć razem ze mną. To nie jest miłość, to szaleństwo - wytknął jej
Jeśli chciała patrzeć na to w takich kategoriach to mogli kierować się całkowicie tą logiką. Mogli dalej podążać właśnie tą ścieżką w mówieniu o tym, kto był bardziej nielogiczny i nieracjonalny. Mogli sobie zrobić z tego naprawdę zjebany kontest. Najbardziej popierdolony do tej pory. Tyle tylko, czy naprawdę chcieli iść tą drogą?
On nie chciał. Sam już nie wiedział, co powinien robić. Jak miał myśleć o całej tej sytuacji. Choć obiecał sobie, że nigdy więcej nie wróci do przeszłości, nie umiał tego robić. Nie dziś, nie z nią, nie, gdy byli tak blisko siebie, kolejny raz patrząc sobie w oczy.
Przypomniał sobie jak wiele razy zawiódł jej zaufanie, mimo to teraz leżał z nią w ramionach, czując się jednocześnie cholernie usprawiedliwiony, by to robić i zwyczajnie niegodny tej miłości. Tego, o co go prosiła. Jedynej rzeczy, której od niego obecnie oczekiwała, a której w dalszym ciągu nie mógł jej dać. Jego palce błądziły po jej ramieniu, ale przy każdym dotyku czuł ciężar winy.
- Wiesz, że nie jestem dobrym człowiekiem. Nie pamiętam, kiedy nim byłem... ...czy kiedykolwiek nim byłem, rozumiesz? Nie chcę cię oszukiwać, nie jestem bez winy w tym, co się stało. To moja wina - czuł, że jednocześnie pęka i za wszelką cenę stara się to powstrzymać, przez co jego głos zaczął uderzać w te chłodne, zdesperowane tony. - Ale nie musisz mi o tym przypominać raz za razem - znów to sobie robili, prawda?
Nie powinni zaczynać tej rozmowy, bo jedynym, co obecnie potrafili było właśnie to. Nie ciepło, nie czułość. To było między nimi wtedy, kiedy poddali się chwili. W dalszym ciągu to potrafili, nie wątpił w to ani przez moment, sami to sobie udowodnili, ale gdy chodziło o rozmowę...
...nie umieli rozmawiać. Choć kiedyś to też przecież robili. Gdzieś po drodze zatracili właśnie ten element?
- Wiesz co? Masz rację. Nie wiem, czego pragniesz. Nigdy nie wiedziałem - zarzucił jej w przypływie goryczy, tak po prostu cisnął w nią tymi słowami, niemalże się łamiąc, niemal wybuchając; nie potrzebował wiele, był dosłownie na skraju. - Zawsze dawałaś mieszane sygnały - stwierdził kąśliwie, odwracając wzrok dokładnie w tym samym momencie, w którym wypowiedział te cholerne słowa.
Zawsze i nigdy - dwa słowa, które niosły ze sobą stanowczo zbyt duży nakład emocjonalny. Były przerysowaniem. Okrutnym, naprawdę fatalnym, godnym pożałowania. Szczególnie, że Ambroise wcale nie chciał tego robić. Nie czuł potrzeby w nią tym uderzać, nie chciał jej tym coraz bardziej ranić.
Nie potrzebował wiele, by się zreflektować. Przynajmniej nie tego wieczoru. Ten wieczór był inny. Zaczął się zupełnie inaczej, nawet jeśli miał się skończyć dokładnie tak samo. Tak jak to było im już od dawna pisane, prawda? Tu nie było dobrego zakończenia. Nie miało go być, bo nie istniało.
- Przepraszam. Wiem, że chciałaś szczęścia - stwierdził ciszej, nadal nie puszczając Geraldine, ale nieznacznie się od niej odsuwając, czując, że jest to jedyny sposób, by nie zniszczyć tego, co mieli. - Mam pewność - jego wzrok błądził po suficie, potrzebował chwili, ale nie tej chwili. - Nie chcę, żebyś widziała moją prawdziwą twarz, to nie jest ten, którego kochasz - jak miał jej to powiedzieć w inny sposób?
Żałował, że w ogóle zaczęli tę bezsensowną dyskusję, że to zrobili.
- Zawaliłem sprawę, Rina, zawaliłem sprawę i teraz zamiast wrócić na właściwą ścieżkę, utknąłem w piekle swoich własnych wyborów. A ty nie zasługujesz na to, by być częścią tego bałaganu - mimowolnie wyciągnął wolną rękę, żeby dotknąć włosów dziewczyny, ale zatrzymał ją w powietrzu, aby w końcu opuścić dłoń na kołdrę.
- To musi ci wystarczyć - nie zamierzał mówić nic więcej, ani teraz ani kiedykolwiek.
Nie miała wydusić z niego kolejnych słów, szczegółowych opisów, nawet jeśli wiedział, że była uparta i nie poddawała się tak łatwo. Dał jej to, czego chciała, prawda? Uległ jej pod wpływem chwili, ugiął się na tyle, na ile potrafił to zrobić. Nie sądził, że to mogło ją usatysfakcjonować, jednakże to było wszystko, co mógł jej dać.
To był impuls. Ujęcie podbródka, spotkanie ze sobą ich oczu. Kolejne ulegnięcie chwili. Tyle tylko, że w zupełnie inny sposób. Znowu się do siebie zbliżyli. Ponownie ją ranił.
- Kocham cię - spojrzał na nią z narastającą desperacją, bardzo delikatnie muskając kciukiem dolną wargę Geraldine.
Tonął. Z oczami utkwionymi w jej błękitnych tęczówkach, patrząc na nią w tej chwili. Nie chciał jej tracić, tracił ją. Nie chciał jej odtrącać, odtrącał ją. Nie chciał tego kończyć, ale czy była jakaś inna możliwość? Nie widział jej tak wtedy jak teraz. Pragnął wyznać jej całą prawdę, ale słowa utknęły mu w gardle.
Kolejny raz, raz za razem. Nie umiał z nią o tym rozmawiać, to była dyskusja skazana na porażkę. Tak jak oni. Oni też byli skazani na zatracenie. To, że w tym momencie sprawiała, że się wahał, nie oznaczało tego, że tego nie wiedział. Nieważne, co mu mówiła, wszystko było stracone już dawno temu. Dostrzegał to nawet w tej chwili.
- Nie chcę cię stracić - czy to było wyjaśnienie, zawsze się tego obawiał, prawda?
Zawsze cholernie mocno się tego bał i nie miał przy tym na myśli pozwolenia jej na to, by odeszła w inną stronę.
- Nie chcę, żebyś szła ze mną tą drogą. To nie jest ścieżka, którą można przejść w parze. To droga donikąd - uciekł wzrokiem w stronę okna, nie chcąc widzieć reakcji na te słowa.
Nie chciał krzywdzić Geraldine, nie chciał dostrzegać jak jej serce krwawi. Odpychał jej miłość, robił to w każdej cholernej sekundzie, nie pod wpływem chwili a z przymusu. Ile jeszcze razy musiał dawać jej to do zrozumienia?
- Ale cię kocham, rozumiesz? Kocham cię, nie idź ze mną tą drogą - złamał się, choć tylko na ułamek sekundy, gdy poczuł jak jej oddech delikatnie muska jego skórę, ale szybko zamknął oczy, by nie dać się ponieść emocjom. - Chciałbym, żebyś odeszła zanim będzie za późno - nie pytała go o to, czego on chciał, ale musiał to powiedzieć. - Nie dzisiaj, nie jutro, ale potem - nie otwierał oczu, zaciskając powieki, jakby to miało cokolwiek dać, jakby dzięki temu mogli się jeszcze trochę łudzić. - Nie w tej chwili. Zostań ze mną w tej chwili - nie obchodziło go już, że brzmiał jak desperat, po prostu się ku niej nachylił.
Nie otwierał oczu, wyłącznie zagarniając jej usta. Mocno i gwałtownie, jakby to mogło na powrót zamknąć ich w tej chwili. Czemu musieli to sobie robić? Dlaczego to sobie robili?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down