09.12.2024, 11:38 ✶
Nie pośpieszał jej.
Dał Lorien rzeczywiście czas do przemyślenia całej sytuacji, wszelkich za i przeciw. Pewnie dlatego, że ją znał na tyle, by wiedzieć, że ta czarownica nigdy nie robiła nic bez rozdzielenia włosa na czworo. Jak na kogoś komu pozostało tak niewiele piasku w klepsydrze życia, poświęcała go bardzo dużo na czekanie i planowanie.
Pokręciła głową w bezgłośnej prośbie, gdy tylko poczuła na sobie jego uważne, może nieco krytyczne we własnym odczuciu spojrzenie.
Nie oceniaj. Wiem, że wyglądam okropnie. Robię co mogę.
Najdziwniejsze było w tym wszystkim to, że Lorien naprawdę… starała się być smutna. Było to coś czego od niej jako wdowy oczekiwano, nawet jeśli bliżsi przyjaciele musieli zdawać sobie sprawę, że cała ta sytuacja drobną sędzię najzwyczajniej w świecie irytuje.
Od lat przyzwyczajona do miałkich uczuć i lekkich, pozbawionych smaku uśmiechów, kobieta balansowała na granicy apatii i melancholii. Nawet teraz, gdy powinna przecież tonąć w rozpaczy, ciężar na jej sercu był ewidentnie wywołany muzyką i kadzidłem, nie samymi… okolicznościami.
Uniosła niemrawo kąciki ust, ale ostatecznie podniosła się zza biurka.
- Jonathanie oboje wiemy, że gdybyś mógł, ubrałbyś mnie tak, żeby nawet nie spojrzeli na trumnę mojego męża.- Stwierdziła łagodnie, może z odrobiną przygany w głosie, ale zaraz potem jej usta poruszyły się w niemym “dziękuję”. Może przemawiała za nią lekka próżność, może paskudna pycha - ale będąc kompletnie odtrąconą i pominiętą we wszystkim przez zmarłego męża i szwagra - Lorien nie miała żadnych oporów by zabłysnąć na tej żałosnej ceremonii.
Potrzebowała tego pewnie bardziej niż sama zakładała na początku. Zwłaszcza, że od tych kilkunastu godzin patrzenie w lustro było trudne. Większość jej rzeczy spoczywało bezpiecznie zamkniętych w Little Hangleton, a te, które miała u Alexandra były.. no cóż. Pasowały do obrazu “zapłakanej wdowy po Mulciberze” ale niekoniecznie do “pani sędzi Mulciber”.
Zgarnęła z krzesła swoją torebkę, upewniła się, że co najważniejsze jest w środku, po czym podeszła w kilku krokach do Selwyna. Zadarła delikatnie głowę, poprawiła wręcz czułym, choć ewidentnie przyjacielskim gestem jakiejś zagięcie na jego koszuli.
- Widzisz, ja się o tym dowiedziałam całkiem niedawno, ale nadal nie jestem pewna czy nostro Antonio wie, że zostaliśmy kochankami.- Westchnęła głęboko, z tym żartobliwym cierpiętniczym grymasem na twarzy.- Jesteś pewien, że wpisałeś mu to w kalendarz? Nie chcę żeby się obudził za kilkanaście lat jak już będziemy dawno po ślubie - tego też nie zapomnij mu wpisać.. Może z jakimś przypomnieniem?
Pokręciła lekko głową. Czasami zastanawiała się co Shafiq by zrobił bez swojego asystenta - zapewne dawno umarł przywalony nudną papierologią, którą teraz zawalał Jonathana. Pewnie w innym przypadku podszepnęłaby Selwynowi do uszka dwie piękne słówka jakim były “związki zawodowe” ale sama nie była lepsza w wyręczaniu się stażystami.
- Ślub? I ja się dowiaduję tego od ciebie, a nie od Helen z Administracji? Cóż za nędzna plotka, panie Selwyn.
Rzeczywiście. Gdy muzyka ucichła, nawet panie Mulciber zdawała się powoli wracać do bardziej pogodnej wersji siebie. Może i nieco niestosownej, biorąc pod uwagę okoliczności, ale przynajmniej - prawdziwej.
Po prawdzie Lorien nigdy nie przejmowała się plotkami i skandalami, bo te wisiały nad jej głową niczym katowski miecz od zawsze. Ludzie lubili szeptać o wszystkim - o jej chorobie, o braku męża, potem o posiadanym mężu, o wszystkich możliwych potencjalnych kochankach, o sroczej miłości do złota i błyskotek, o tym co znów pomyślała, uczyniła, powiedziała. Z czasem kobieta odkryła, że takie nieszkodliwe gadanie najłatwiej zbywało się milczeniem, a ciekawskie żmije szybko znajdowały sobie inny obiekt uciech.
- Ja nie powiem twojej przyszłej żonie, ty nie powiesz Anthony’emu i oboje pozwolimy by dowiedzieli się z rubryki plotkarskiej w Czarownicy. Jak Bogowie przykazali.- Skinęła poważnie głową na propozycję wyjścia do Rosierów. Wsunęła wolną dłoń pod ramię Jonathana, zasuwając jeszcze tylko prostym zaklęciem ciężkie zasłony w oknie wychodzącym na główny hol Ministerstwa Magii. Zgasiła lampki, pozwalając by jedynym źródłem światła zostało to co wpadało z korytarza i poświata bijąca od jej makiety Azkabanu - srebrna poświata rozbijała się o zaczarowane fale pogrążonego w ciszy więzienia. Nawet zazwyczaj chętne do harców dementorki schowały się dziś w bezpiecznych murach. Wszystko - łącznie z samą panią Mulciber wydawało się martwe w tym smutnym gabinecie.
- Nie każmy Rosierom czekać, Jonathanie.- Zacisnęła nieco mocniej czerwone pazurki na przedramieniu czarodzieja jakby sama nie była przekonana czy jest gotowa wyjść na zewnątrz. Ale skoro się powiedziało A, to wypadało powiedzieć też B i dokończyć cały alfabet. Nie zwróciła nawet szczególnej uwagi, że obrączka została porzucona na blacie biurka.
Dał Lorien rzeczywiście czas do przemyślenia całej sytuacji, wszelkich za i przeciw. Pewnie dlatego, że ją znał na tyle, by wiedzieć, że ta czarownica nigdy nie robiła nic bez rozdzielenia włosa na czworo. Jak na kogoś komu pozostało tak niewiele piasku w klepsydrze życia, poświęcała go bardzo dużo na czekanie i planowanie.
Pokręciła głową w bezgłośnej prośbie, gdy tylko poczuła na sobie jego uważne, może nieco krytyczne we własnym odczuciu spojrzenie.
Nie oceniaj. Wiem, że wyglądam okropnie. Robię co mogę.
Najdziwniejsze było w tym wszystkim to, że Lorien naprawdę… starała się być smutna. Było to coś czego od niej jako wdowy oczekiwano, nawet jeśli bliżsi przyjaciele musieli zdawać sobie sprawę, że cała ta sytuacja drobną sędzię najzwyczajniej w świecie irytuje.
Od lat przyzwyczajona do miałkich uczuć i lekkich, pozbawionych smaku uśmiechów, kobieta balansowała na granicy apatii i melancholii. Nawet teraz, gdy powinna przecież tonąć w rozpaczy, ciężar na jej sercu był ewidentnie wywołany muzyką i kadzidłem, nie samymi… okolicznościami.
Uniosła niemrawo kąciki ust, ale ostatecznie podniosła się zza biurka.
- Jonathanie oboje wiemy, że gdybyś mógł, ubrałbyś mnie tak, żeby nawet nie spojrzeli na trumnę mojego męża.- Stwierdziła łagodnie, może z odrobiną przygany w głosie, ale zaraz potem jej usta poruszyły się w niemym “dziękuję”. Może przemawiała za nią lekka próżność, może paskudna pycha - ale będąc kompletnie odtrąconą i pominiętą we wszystkim przez zmarłego męża i szwagra - Lorien nie miała żadnych oporów by zabłysnąć na tej żałosnej ceremonii.
Potrzebowała tego pewnie bardziej niż sama zakładała na początku. Zwłaszcza, że od tych kilkunastu godzin patrzenie w lustro było trudne. Większość jej rzeczy spoczywało bezpiecznie zamkniętych w Little Hangleton, a te, które miała u Alexandra były.. no cóż. Pasowały do obrazu “zapłakanej wdowy po Mulciberze” ale niekoniecznie do “pani sędzi Mulciber”.
Zgarnęła z krzesła swoją torebkę, upewniła się, że co najważniejsze jest w środku, po czym podeszła w kilku krokach do Selwyna. Zadarła delikatnie głowę, poprawiła wręcz czułym, choć ewidentnie przyjacielskim gestem jakiejś zagięcie na jego koszuli.
- Widzisz, ja się o tym dowiedziałam całkiem niedawno, ale nadal nie jestem pewna czy nostro Antonio wie, że zostaliśmy kochankami.- Westchnęła głęboko, z tym żartobliwym cierpiętniczym grymasem na twarzy.- Jesteś pewien, że wpisałeś mu to w kalendarz? Nie chcę żeby się obudził za kilkanaście lat jak już będziemy dawno po ślubie - tego też nie zapomnij mu wpisać.. Może z jakimś przypomnieniem?
Pokręciła lekko głową. Czasami zastanawiała się co Shafiq by zrobił bez swojego asystenta - zapewne dawno umarł przywalony nudną papierologią, którą teraz zawalał Jonathana. Pewnie w innym przypadku podszepnęłaby Selwynowi do uszka dwie piękne słówka jakim były “związki zawodowe” ale sama nie była lepsza w wyręczaniu się stażystami.
- Ślub? I ja się dowiaduję tego od ciebie, a nie od Helen z Administracji? Cóż za nędzna plotka, panie Selwyn.
Rzeczywiście. Gdy muzyka ucichła, nawet panie Mulciber zdawała się powoli wracać do bardziej pogodnej wersji siebie. Może i nieco niestosownej, biorąc pod uwagę okoliczności, ale przynajmniej - prawdziwej.
Po prawdzie Lorien nigdy nie przejmowała się plotkami i skandalami, bo te wisiały nad jej głową niczym katowski miecz od zawsze. Ludzie lubili szeptać o wszystkim - o jej chorobie, o braku męża, potem o posiadanym mężu, o wszystkich możliwych potencjalnych kochankach, o sroczej miłości do złota i błyskotek, o tym co znów pomyślała, uczyniła, powiedziała. Z czasem kobieta odkryła, że takie nieszkodliwe gadanie najłatwiej zbywało się milczeniem, a ciekawskie żmije szybko znajdowały sobie inny obiekt uciech.
- Ja nie powiem twojej przyszłej żonie, ty nie powiesz Anthony’emu i oboje pozwolimy by dowiedzieli się z rubryki plotkarskiej w Czarownicy. Jak Bogowie przykazali.- Skinęła poważnie głową na propozycję wyjścia do Rosierów. Wsunęła wolną dłoń pod ramię Jonathana, zasuwając jeszcze tylko prostym zaklęciem ciężkie zasłony w oknie wychodzącym na główny hol Ministerstwa Magii. Zgasiła lampki, pozwalając by jedynym źródłem światła zostało to co wpadało z korytarza i poświata bijąca od jej makiety Azkabanu - srebrna poświata rozbijała się o zaczarowane fale pogrążonego w ciszy więzienia. Nawet zazwyczaj chętne do harców dementorki schowały się dziś w bezpiecznych murach. Wszystko - łącznie z samą panią Mulciber wydawało się martwe w tym smutnym gabinecie.
- Nie każmy Rosierom czekać, Jonathanie.- Zacisnęła nieco mocniej czerwone pazurki na przedramieniu czarodzieja jakby sama nie była przekonana czy jest gotowa wyjść na zewnątrz. Ale skoro się powiedziało A, to wypadało powiedzieć też B i dokończyć cały alfabet. Nie zwróciła nawet szczególnej uwagi, że obrączka została porzucona na blacie biurka.