09.12.2024, 12:43 ✶
Zdawał się jej w pierwszej chwili nie dostrzegać, zagubiony w natłoku myśli, wspomnień i uczuć. Jak zawsze, gdy zmęczona pamięć potrzebowała czasu na przysłowiowy restart systemu, Baldwin tkwił zawieszony między światami. Nie zwracał uwagi na popiół spadający na podłogę, kota który bardziej nurkował w filiżance niż z niej pił, ciepłe promienie słońca czy nawet Scarlett ubraną tylko w jego własną koszulę.
Ocknął się dopiero czując obcy dotyk na ramieniu i słodki zapach czarownicy. Odebranie sobie fajki skwitował tylko cichym, nieco niezadowolonym pomrukiem.
- Mmmhm. Dzień dobry.- Uniósł kącik ust w szelmowskim uśmieszku. Ktoś tu nie mógł spać? Kto by pomyślał, zdawała się być odpowiednio zmęczona poprzednią nocą.
Zabrał z powrotem swojego szluga.
Zaciągnął się papierosem, po czym przyciągnął dziewczynę nieco do siebie, przytrzymując jej podbródek między palcem wskazującym, a kciukiem.
Złożył na jej wargach niemal czuły pocałunek pozwalając, żeby dym przedostał się do jej ust. Zaraz zresztą, trzymając papierosa odpowiednio daleko, żeby jej nie poparzyć popiołem, ucałował ją pod żuchwą. I jeszcze nieco niżej, idealnie w miejscu jednego z fioletowych przebarwień.
- Coś czuję, że polubisz się z golfami i kołnierzykami.- Mruknął, mrużąc nieco oczy, że podziwiać przez chwilę swoje dzieło.- Zawsze możesz wpaść za tydzień na poprawkę.- Stwierdził niemal na bezdechu, zanim do zaspanego mózgu dotarło, że niektóre myśli powinny pozostać tylko i wyłącznie myślami.
Ciężko stwierdzić czy Scarlett była inna niż wszystkie, które zapraszał do siebie. Pewnie nie. Po prostu wpisywała się w kanon, który pozwalał mu choć na moment zapomnieć, że nie trzyma w objęciach tej którą naprawdę chciał. Były podobnego wzrostu, ich skóra smakowała podobnie, oddech wybrzmiewał w jednym tonie. Chyba tylko trzeźwość umysłu lub opatrzność boska sprawiły, że nie nazwał ją imieniem siostry.
Jego dłonie zabłądziły pod koszulę, którą miała na sobie, uznając niezapięte guziki za oczywiste zaproszenie. Przesunął leniwie palcami po jej smukłej talii, opierając je ostatecznie na plecach dziewczyny. Czy lubił zapadać w pamięć? Nad tym musiał się chwilę zastanowić.
- Lubię.- Uznał z wrodzoną skromnością.- Ja nie mam luksusu zapominania. Czemu miałbym go dawać innym? - Przestał się wreszcie znęcać nad jej szyją. Cierpki smak kłamstewka skutecznie obrzydził mu dalsze pieszczoty. Był hipnotyzerem. Mało która panienka opuszczała jego progi wiedząc co zadziało się poprzedniej nocy. Przez moment nawet zastanawiał się czy nie zafundować tego samego Mulciberównie. Ale ona przyszła tu z własnej woli, w przeciwieństwie do niektórych poprzedniczek.
- Trochę się chyba zasiedziałam.
Na to nic nie odpowiedział. Nie zamierzał jej zapraszać na śniadanie, bo zwyczajnie w świecie nie miał jej nic do zaoferowania. Z reguły po prostu tu nie jadał. Jeśli już jakimś cudem spał we własnym łóżku na Horyzontalnej, to opcje były tylko dwie - albo karmili go czymś na porannych próbach albo i tak kupował coś po drodze na Nokturn. Jedzenie z Lorraine nie było nigdy tradycją per se. Było bardziej jak nieznośny ick pod skórą, gdy miał przeczucie, że niedopilnowana nie tknie nic przez cały dzień. Miał trochę kawy, jakieś herbaty. Mleko, które trzymał tylko dla kota. Nawet Rozalinda żywiła się tym co upolowała, krakersami serowymi i ziarnami.
- Jest jeszcze wcześnie.- Stwierdził nawet nie patrząc za okno.- Mogę nam zrobić kawy jeśli chcesz.- Ot luźna propozycja, bardziej rzucona od niechcenia niż poważne zaproszenie. Cofnął dłonie, żeby nie poczuła się dłużej trzymana w miejscu.
I pewnie by mu już uciekła, gdyby czarny demon o sobie nie dał znać.
- To jest kot.- Stwierdził Baldwin, niezwykle zresztą elokwentnie.- Ale podejrzewam, że wolisz dłuższe wyjaśnienia.- Westchnął. Przesunął leniwie opuszkami palców po nagiej skórze na udzie Scarlett, by ostatecznie pogłaskać kota. Przyglądał mu się przy tym uważnie, sprawdzając najdrobniejsze skaleczenia, które się powoli goiły. Zużył na niego cały zapas eliksiru wzmacniającego, ale najgorsze mieli już za sobą.- Parę dni temu Linda go przytargała. Znosi tu czasem takie maleństwa. Nietoperze, ptaki, koty. Z reguły nie przeżywają. Są chore, zagłodzone, porzucone. Ot uroki życia. Ten tutaj - cholera twarda sztuka. Myślałem, że mnie oskalpuje, kiedy próbowałem wyczesać z niego te wszystkie pchły. Już ich nie ma, spokojnie. - Odwrócił się od nich na moment, by zgasić niedopałek w filiżance, w której już nie było mleka.
- Charles chyba myśli, że go przerobiłem na gulasz.- Parsknął śmiechem, po czym zmarszczył delikatnie brwi.- Swoją drogą… Charles Mulciber. To jakiś twój kuzyn? Brat? Mówicie z podobnym akcentem.
Ocknął się dopiero czując obcy dotyk na ramieniu i słodki zapach czarownicy. Odebranie sobie fajki skwitował tylko cichym, nieco niezadowolonym pomrukiem.
- Mmmhm. Dzień dobry.- Uniósł kącik ust w szelmowskim uśmieszku. Ktoś tu nie mógł spać? Kto by pomyślał, zdawała się być odpowiednio zmęczona poprzednią nocą.
Zabrał z powrotem swojego szluga.
Zaciągnął się papierosem, po czym przyciągnął dziewczynę nieco do siebie, przytrzymując jej podbródek między palcem wskazującym, a kciukiem.
Złożył na jej wargach niemal czuły pocałunek pozwalając, żeby dym przedostał się do jej ust. Zaraz zresztą, trzymając papierosa odpowiednio daleko, żeby jej nie poparzyć popiołem, ucałował ją pod żuchwą. I jeszcze nieco niżej, idealnie w miejscu jednego z fioletowych przebarwień.
- Coś czuję, że polubisz się z golfami i kołnierzykami.- Mruknął, mrużąc nieco oczy, że podziwiać przez chwilę swoje dzieło.- Zawsze możesz wpaść za tydzień na poprawkę.- Stwierdził niemal na bezdechu, zanim do zaspanego mózgu dotarło, że niektóre myśli powinny pozostać tylko i wyłącznie myślami.
Ciężko stwierdzić czy Scarlett była inna niż wszystkie, które zapraszał do siebie. Pewnie nie. Po prostu wpisywała się w kanon, który pozwalał mu choć na moment zapomnieć, że nie trzyma w objęciach tej którą naprawdę chciał. Były podobnego wzrostu, ich skóra smakowała podobnie, oddech wybrzmiewał w jednym tonie. Chyba tylko trzeźwość umysłu lub opatrzność boska sprawiły, że nie nazwał ją imieniem siostry.
Jego dłonie zabłądziły pod koszulę, którą miała na sobie, uznając niezapięte guziki za oczywiste zaproszenie. Przesunął leniwie palcami po jej smukłej talii, opierając je ostatecznie na plecach dziewczyny. Czy lubił zapadać w pamięć? Nad tym musiał się chwilę zastanowić.
- Lubię.- Uznał z wrodzoną skromnością.- Ja nie mam luksusu zapominania. Czemu miałbym go dawać innym? - Przestał się wreszcie znęcać nad jej szyją. Cierpki smak kłamstewka skutecznie obrzydził mu dalsze pieszczoty. Był hipnotyzerem. Mało która panienka opuszczała jego progi wiedząc co zadziało się poprzedniej nocy. Przez moment nawet zastanawiał się czy nie zafundować tego samego Mulciberównie. Ale ona przyszła tu z własnej woli, w przeciwieństwie do niektórych poprzedniczek.
- Trochę się chyba zasiedziałam.
Na to nic nie odpowiedział. Nie zamierzał jej zapraszać na śniadanie, bo zwyczajnie w świecie nie miał jej nic do zaoferowania. Z reguły po prostu tu nie jadał. Jeśli już jakimś cudem spał we własnym łóżku na Horyzontalnej, to opcje były tylko dwie - albo karmili go czymś na porannych próbach albo i tak kupował coś po drodze na Nokturn. Jedzenie z Lorraine nie było nigdy tradycją per se. Było bardziej jak nieznośny ick pod skórą, gdy miał przeczucie, że niedopilnowana nie tknie nic przez cały dzień. Miał trochę kawy, jakieś herbaty. Mleko, które trzymał tylko dla kota. Nawet Rozalinda żywiła się tym co upolowała, krakersami serowymi i ziarnami.
- Jest jeszcze wcześnie.- Stwierdził nawet nie patrząc za okno.- Mogę nam zrobić kawy jeśli chcesz.- Ot luźna propozycja, bardziej rzucona od niechcenia niż poważne zaproszenie. Cofnął dłonie, żeby nie poczuła się dłużej trzymana w miejscu.
I pewnie by mu już uciekła, gdyby czarny demon o sobie nie dał znać.
- To jest kot.- Stwierdził Baldwin, niezwykle zresztą elokwentnie.- Ale podejrzewam, że wolisz dłuższe wyjaśnienia.- Westchnął. Przesunął leniwie opuszkami palców po nagiej skórze na udzie Scarlett, by ostatecznie pogłaskać kota. Przyglądał mu się przy tym uważnie, sprawdzając najdrobniejsze skaleczenia, które się powoli goiły. Zużył na niego cały zapas eliksiru wzmacniającego, ale najgorsze mieli już za sobą.- Parę dni temu Linda go przytargała. Znosi tu czasem takie maleństwa. Nietoperze, ptaki, koty. Z reguły nie przeżywają. Są chore, zagłodzone, porzucone. Ot uroki życia. Ten tutaj - cholera twarda sztuka. Myślałem, że mnie oskalpuje, kiedy próbowałem wyczesać z niego te wszystkie pchły. Już ich nie ma, spokojnie. - Odwrócił się od nich na moment, by zgasić niedopałek w filiżance, w której już nie było mleka.
- Charles chyba myśli, że go przerobiłem na gulasz.- Parsknął śmiechem, po czym zmarszczył delikatnie brwi.- Swoją drogą… Charles Mulciber. To jakiś twój kuzyn? Brat? Mówicie z podobnym akcentem.