09.12.2024, 13:42 ✶
– Nie umiem tańczyć oberka, ale chleb ze smalcem mogę załatwić od ręki – odparła Brenna bez mrugnięcia okiem, jakby wzięła propozycję Eden w całości na poważnie. – Wszystko dla naszych gości. Chociaż może wolałabyś jednak tosta? Albo… eee… sałatkę warzywną?
Nie była tak naprawdę pewna, co najlepiej działa na kaca, bo sama ostatni raz przez kaca przechodziła, gdy miała osiemnaście lat.
- Zjesz śniadanie, jak obiecam, że za każdy kęs, jaki weźmiesz, będę cicho przez minutę? – zaproponowała jeszcze w przypływie natchnienia, bo to mogła być waluta, która zrobi wrażenie na kimś takim jak Eden znacznie lepiej niż galeony. Oczywiście, będzie pewnie wtedy brała bardzo małe kęsy, ale nic nie szkodzi…
– Myślę, że nie doceniasz Basiliusa. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale to typowy Prewett, jestem pewna, że niewiele rzeczy mogłoby go skłonić do ucieczki – powiedziała upijając łyk kawy. – Kuchnia też jest przecież moja – odparła, posyłając Millie uśmiech, chociaż w istocie była daleka od wesołości.
Brenna nie miała pojęcia, co łączyło Eden i Millie. Wiedziała, że musiały się znać, bo Eden była kiedyś partnerką z pracy Alastora, nie znała jednak szczegółów, choćby dlatego, że Millie trafiła do Ministerstwa parę lat przed nią. Ale musiałaby być głucha i ślepa, żeby nie wychwycić pewnego napięcia, wiszącego w powietrzu. I chociaż zazwyczaj Brennę naprawdę ciężko było zbić z tropu, tak teraz nie była w stu procentach pewna, jak się zachować. Czy kobiety o coś wczoraj się pokłóciły i powinna zostać, żeby nie rzuciły się sobie do gardeł? Miały sobie coś do wyjaśnienia, ale głupio im było przy niej, i wręcz przeciwnie, należało jak najszybciej się ewakuować, by mogły omówić sprawę? Eden wczoraj powiedziała coś, co Moody uraziło, i to do tego piła apropos rozmawiania z kimkolwiek się chciało…? A może nic się nie stało i były to zaledwie echa załamania sprzed kilku chwil, bo Millie potrzebowała jeszcze trochę czasu, aby dojść do siebie?
Na razie po prostu siedziała więc, obserwując Moody i karty w jej dłoniach.
Nie była tak naprawdę pewna, co najlepiej działa na kaca, bo sama ostatni raz przez kaca przechodziła, gdy miała osiemnaście lat.
- Zjesz śniadanie, jak obiecam, że za każdy kęs, jaki weźmiesz, będę cicho przez minutę? – zaproponowała jeszcze w przypływie natchnienia, bo to mogła być waluta, która zrobi wrażenie na kimś takim jak Eden znacznie lepiej niż galeony. Oczywiście, będzie pewnie wtedy brała bardzo małe kęsy, ale nic nie szkodzi…
– Myślę, że nie doceniasz Basiliusa. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale to typowy Prewett, jestem pewna, że niewiele rzeczy mogłoby go skłonić do ucieczki – powiedziała upijając łyk kawy. – Kuchnia też jest przecież moja – odparła, posyłając Millie uśmiech, chociaż w istocie była daleka od wesołości.
Brenna nie miała pojęcia, co łączyło Eden i Millie. Wiedziała, że musiały się znać, bo Eden była kiedyś partnerką z pracy Alastora, nie znała jednak szczegółów, choćby dlatego, że Millie trafiła do Ministerstwa parę lat przed nią. Ale musiałaby być głucha i ślepa, żeby nie wychwycić pewnego napięcia, wiszącego w powietrzu. I chociaż zazwyczaj Brennę naprawdę ciężko było zbić z tropu, tak teraz nie była w stu procentach pewna, jak się zachować. Czy kobiety o coś wczoraj się pokłóciły i powinna zostać, żeby nie rzuciły się sobie do gardeł? Miały sobie coś do wyjaśnienia, ale głupio im było przy niej, i wręcz przeciwnie, należało jak najszybciej się ewakuować, by mogły omówić sprawę? Eden wczoraj powiedziała coś, co Moody uraziło, i to do tego piła apropos rozmawiania z kimkolwiek się chciało…? A może nic się nie stało i były to zaledwie echa załamania sprzed kilku chwil, bo Millie potrzebowała jeszcze trochę czasu, aby dojść do siebie?
Na razie po prostu siedziała więc, obserwując Moody i karty w jej dłoniach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.