Duma była wpisana w jego krew i wychowanie. Mogł chodzić w zażyganych szmatach, mógł kpić i srać na własne gniazdo, ale otrzymał od swojej matki ziarno dumy, które rozrosło się w toksyczny bluszcz oplatający jego słodką, zepsutą duszyczkę artysty.
I właśnie teraz, gdy tę dumę musiał tak pięknie deptać, kiedy jego pięknie ogolona twarz otoczona aureolą pięknie ufryzowanych włosów musiała giąć się w niepewnych uśmiechach, płaszczyć się wobec kobiety, którą kochał tak mocno jak nienawidził...
Widział doskonale tę zmianę w oczach swojej rodzicielki. Ten chłód, obojętność, która nie zniknęła, ale przeszła płynnie w wypaczoną ciekawość. Tę samą z jaką naukowcy przyglądają się szczurom rozpaczliwie naciskającymi przyciski, które ledwie chwile temu dawały im pokarm, a teraz dają tylko cierpienie.
Ów sadystyczna ciekawość zmieszana z niechęcią. Jeszcze kilka lat temu strofowałaby go, liniałem unosząc podbródek, mierząc blask malfoyowych oczu, wytyczając szlak jego słowom, ton, który winien przyjąć oczekując, że ktoś dla niego coś zrobi.
Nie błagaj nigdy, nie plam swojego nazwiska pobłażliwą uległością. Cały świat powinien leżeć Ci u stóp, a każdy, kogo spotkasz na swojej drodze winien składać Ci hołd.
Szeptane kołysanki, srebrzyste nożyczki wycinające uschnięte gałązki, pielęgnujące rozkwitające zielone liście napompowanego narcyzmu.
Ale to było kilka lat temu, nim powiedział jej kilka słów za dużo, nim opluł dziedzictwo i łączącą ich ciasnym splotem pępowiny więź. Dziś pewnie z wielką chęcią kobieta fantazjowałaby o tym, jak ów lepką od ustrojowych płynów rurą oplata wątły karczek żmiji wyhogowanej na własnej piersi, lecz to co się działo obecnie nie było fantazją, a rzeczywistością: jej syn przyszedł o coś prosić.
Było to na tyle interesujące, by pozwolić mu mówić dalej, choć nie zamierzała nawet odzywać się przed poznaniem sprawy, a tylke gestem dłonie wskazała mu, że może mówić dalej, może się płaszczyć, może zastanawiać się i głowić, czy trąca w niej bardziej struny matczynej opiekunczości czy odrazy do takiego upodlenia siebie w celu osiągnięcia... no właśnie? Czego?
I właśnie teraz, gdy tę dumę musiał tak pięknie deptać, kiedy jego pięknie ogolona twarz otoczona aureolą pięknie ufryzowanych włosów musiała giąć się w niepewnych uśmiechach, płaszczyć się wobec kobiety, którą kochał tak mocno jak nienawidził...
Widział doskonale tę zmianę w oczach swojej rodzicielki. Ten chłód, obojętność, która nie zniknęła, ale przeszła płynnie w wypaczoną ciekawość. Tę samą z jaką naukowcy przyglądają się szczurom rozpaczliwie naciskającymi przyciski, które ledwie chwile temu dawały im pokarm, a teraz dają tylko cierpienie.
Ów sadystyczna ciekawość zmieszana z niechęcią. Jeszcze kilka lat temu strofowałaby go, liniałem unosząc podbródek, mierząc blask malfoyowych oczu, wytyczając szlak jego słowom, ton, który winien przyjąć oczekując, że ktoś dla niego coś zrobi.
Nie błagaj nigdy, nie plam swojego nazwiska pobłażliwą uległością. Cały świat powinien leżeć Ci u stóp, a każdy, kogo spotkasz na swojej drodze winien składać Ci hołd.
Szeptane kołysanki, srebrzyste nożyczki wycinające uschnięte gałązki, pielęgnujące rozkwitające zielone liście napompowanego narcyzmu.
Ale to było kilka lat temu, nim powiedział jej kilka słów za dużo, nim opluł dziedzictwo i łączącą ich ciasnym splotem pępowiny więź. Dziś pewnie z wielką chęcią kobieta fantazjowałaby o tym, jak ów lepką od ustrojowych płynów rurą oplata wątły karczek żmiji wyhogowanej na własnej piersi, lecz to co się działo obecnie nie było fantazją, a rzeczywistością: jej syn przyszedł o coś prosić.
Było to na tyle interesujące, by pozwolić mu mówić dalej, choć nie zamierzała nawet odzywać się przed poznaniem sprawy, a tylke gestem dłonie wskazała mu, że może mówić dalej, może się płaszczyć, może zastanawiać się i głowić, czy trąca w niej bardziej struny matczynej opiekunczości czy odrazy do takiego upodlenia siebie w celu osiągnięcia... no właśnie? Czego?