09.12.2024, 15:58 ✶
- Cieszę się, że mamy jasność - odbił w jej kierunku bez zastanawiania się czy też to czuła, czy również miała w tej chwili przebłyski, flashbacki.
Już raz prowadzili dyskusję w ten sposób. Brzmiała tak samo. Zaczęła się niemalże dokładnie w ten sam sposób. Wtedy też bezcelowo trwała i trwała, nie przynosząc im niczego więcej niż tylko kolejne rozczarowania i niedopowiedzenia.
Teraz starał się być z nią szczery, ale coraz bardziej się wkurwiał, bo nie dostrzegał, aby cokolwiek doceniała. Nawet nie próbowała tego zrobić. Znał ją, wiedział, że była uparta. Oboje potrafili to robić, jednak nie chciał, żeby się na nim fiksowała.
To było szaleństwo. Tak jak jej to zarzucił. To była droga ku przepaści a ona się na nią pchała. Nic nie rozumiała. Nie powinien poruszać tego tematu, mówić jej, że ją kocha, nawet jeśli ona też go kochała. Nie czuł żadnej ulgi w związku z tym, że nadal go chciała. Wyłącznie gorycz, która się w nim rozlewała.
Ostatkiem sił powstrzymywał się przed tym, by nie złapać jej za ramiona, choć przecież nadal trzymał ją w objęciach, pierwszy raz robiąc coś, czego nigdy nie zamierzał robić. Potrząsając nią, każąc jej otrzeźwieć. Po co jeszcze się starała? Po co próbowała naprawić coś, co nie działało? Czemu go kochała?
Kurewsko chciał, żeby go kochała.
Ale nie powinna. Nie zasłużyła sobie na to, żeby przez ostatnie półtora roku tkwić w tym uczuciu tak głęboko jak zaczynał dostrzegać, że trwała. Nie był skurwielem. Nie życzył jej tego. Nie chciał, żeby na niego czekała, ale czekała.
O to miał do niej pretensje. Nie o to, że do niego nie wróciła. Przecież sam jej to zaznaczył. Nie chciał, żeby wracała. O to, że czekała, choć jednocześnie z nim nie rozmawiała. Odpychała go od siebie, gdy próbował ją ratować, ale jednocześnie na niego czekała. Ziała na niego ogniem, ale nadal z nim w tym wszystkim trwała.
Wystarczyło kilka godzin przepełnionych skrajnymi emocjami, żeby znowu zaczęli się palić, żeby wzięła go w swoje ramiona, wpuściła go do łóżka, nie pytając o nic więcej. Żeby oplatała go ramionami, reagując na niego w ten sam sposób, co zawsze, jakby nic się nigdy nie zmieniło. Zranił ją, skrzywdził, ale nadal go kochała.
Przynajmniej tak myślała. Tak uważała, całkowicie nieświadoma tego, że wszystko, co kiedyś mieli było jednym wielkim kłamstwem.
- Nie wykrzywiaj moich słów - niemalże wszedł jej w słowo, rozszerzając źrenice i świdrując dziewczynę spojrzeniem. - Nie chciałem, żebyś trzymała się kogoś kto już nie istnieje. Nie prosiłem, żebyś na mnie czekała - to, że był zazdrosny o tamtego człowieka, o którego ewidentnie nie musiał się wkurwiać (co jak na ironię też go wpieniało) nie oznaczało, że chciał, żeby na niego czekała.
Nie chciał, żeby go chciała. Tak, to było cholernie popieprzone, ale nie mógł jej dać tego, czego od niego oczekiwała. Tym bardziej, że nawet nie wiedział, czym to tak właściwie było.
- Ja cię w tym nie chcę. Nie chcę, żebyś w tym ze mną była. Tak ciężko to pojąć? - odbił w jej stronę, patrząc na nią z narastającą złością podszytą tym znacznie bardziej niechcianym uczuciem - desperacją.
Bo o to w istocie chodziło, prawda? O desperację. Wszystko, co robili od ostatnich godzin, to była desperacja. W różnych wydaniach, pod różnymi postaciami, czysta, najczystsza desperacja. Tyle tylko, że o ile jeszcze kilka chwil temu kierowała ich we wspólną stronę, teraz na powrót coraz bardziej ich rozdzielała.
- Przestaniesz się kurwa obwiniać? - Nie wiedział jakim cudem jeszcze na nią nie warczał, ale był tego naprawdę blisko.
Z minuty na minutę coraz bardziej go ku temu pchała, bo usrała się dostrzegać swoją winę tam, gdzie nigdy jej nie miała. Nie chciał brać wszystkiego na siebie, ale w tym wypadku wyłącznie go podkurwiała. Spełniła jego żądania, tak?
- Dobry człowiek by cię nie zostawił - musiał jej w ogóle tłumaczyć takie oczywistości? - Dobry człowiek by się dla ciebie starał. Dobry człowiek by się z tobą nie pieprzył, jakby nie miało być jutra a potem nie zamierzałby stąd spierdolić. Dobry człowiek nie musiałby ci nic wyjaśniać. Sama byś wszystko wiedziała - nie był dobrym człowiekiem, nie dla nikogo a tym bardziej nie dla niej.
Nieważne jak bardzo chciała, żeby było inaczej. Wyłącznie to sobie wmawiała.
Nie potrafił na nią spojrzeć bez goryczy. Nie umiał nie wykrzywić kącików warg, nie spojrzeć na nią w taki sposób, w jaki wcale nie chciał na nią patrzeć. Gorzko i kpiąco, rozgoryczenie, bez jakiegokolwiek zawahania. Nie umiał nie pokręcić głową, nie parsknąć. Za bardzo w niego wierzyła, w dalszym ciągu zbyt mocno mu ufała. Powinien się cieszyć, prawda? Tymczasem pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Nie rób sobie tego - miał ją prosić, żeby sama się w to nie pchała? - Nie mogę ci obiecać, że będę lepszy. Znowu cię zawiodę - stwierdził bez wahania.
To nie tak, że by się nie starał. Nie tak, że chciałby ją ponownie skrzywdzić. Starałby się, cholernie by się starał, ale te starania nie przyniosłyby niczego, co w jakikolwiek sposób wynagrodziłoby jej to, z kim się związała. Nie zapewniłyby jej tego, czego potrzebowała. Nie byłyby zgodne z ich planami z przeszłości. Nie mógł jej tego dać, nieważne jak bardzo by tego chciał, jak mocno Geraldine by tego chciała.
- Nie mogę cię wciągnąć w moje problemy, zasługujesz na lepsze życie niż to, które teraz prowadzę - powtórzył, starając się zachować ten sam ton, nawet jeśli to były próżne starania.
Oboje za bardzo się zaparli. Do niczego nie dochodzili.
- Widzisz? - Parsknął z goryczą. - Właśnie o tym mówię.
No pięknie, znowu go obwiniała. I naprawdę myślała, że miałaby to wytrzymać? Że po kilku takich razach byłaby go w stanie chcieć? To, że teraz tego pragnęła nie zmieniało faktu, że szybko zweryfikowałaby swoje podejście. Utknęłaby z nim w czymś, co by ją pożarło. Nieważne, że by się usrała, zaczęłaby tego żałować prędzej niż później. Tak to miało wyglądać. Czy naprawdę sądziła, że to miało wypalić?
Ta rozmowa była kompletnie bezcelowa, rozpieprzyła chwilowy spokój, jaki mieli. Nic więcej im nie dała. Wyłącznie odbierała. Miał tego dosyć. Potrzebował odpoczynku, nie kolejnej porcji dawania mu złudnego przekonania, że cokolwiek się stało, powrót do siebie nawzajem był najlepszym rozwiązaniem. Bo nie był. Ta rozmowa zdecydowanie nie szła po myśli.
Hej. Może dlatego, że była kurewsko nieprzemyślana?
- Nie chcę cię ranić, ale nie wiem jak inaczej to powiedzieć - zaczął kolejny raz z rzędu tłumiąc irytację, starając się ważyć słowa, niemalże przyciskając czoło do jej czoła. - Wiem, że chcesz mnie uratować, ale ja nie chcę być ratowany - byli tak blisko, naprawdę cholernie blisko, patrzyła na niego, dotykała go, ale zupełnie go nie rozumiała.
Nie pojmowała tego, że to wszystko było niewykonalne. Ich szansa przepadła. Nieważne, że ją kochał, że zawsze miał, że ona go kochała. Niektórych spraw nie dało się przeskoczyć. W niektórych sytuacjach ta miłość nie miała wystarczyć.
- Nie chcę, żebyś traciła czas na kogoś kto nie ma nic do zaoferowania - kolejny raz odwrócił wzrok.
Chciała prawdy, więc ją miała, nawet jeśli on sam dławił się smakiem tych słów. Nie miał nic do zaoferowania, kurewsko starał się, by było inaczej, ale czy to nie było istotą tego, co się działo? Nie miał nic do zaoferowania. Nie dla niej, nie w taki sposób, w jaki mogłaby tego chcieć.
- Nie potrafię być dla ciebie tym, kim byłem kiedyś - powtórzył jak mantrę, wracając spojrzeniem do Geraldine. - Nie jesteś na to skazana, zasługujesz na wiele więcej niż brak wyjaśnień i przyszłości - to też zamierzał jej mówić, musiała wiedzieć, na pewno wiedziała.
Wtedy, kiedy byli sobie najbliżsi, była jego wszystkim. Jedyną osobą, która całkowicie go wtedy znała. Przy niej jednej pozwalał sobie spuścić gardę. Z nią jedną potrafił zachowywać się jak człowiek, którym chciał być, którego ona potrzebowała.
To nie tak, że za nią nie tęsknił. Nie tak, że nie chciał, żeby przeszłość wróciła, by teraźniejszość wyparowała, ustępując miejsca dawnym złudzeniom, jakby ostatni rok był wyłącznie złym snem. Koszmarem i niczym więcej.
W przeciągu kilku chwil utracił niemal wszystko, na czym mu zależało. Cała reszta nadal się rozpadała. Gdzieś tam pod skórą wiedział, jaką szansę mu teraz dawała i jak łatwo byłoby temu ulec. Wystarczyłoby jedno słowo, obietnica dana pod wpływem chwili. Mieliby to. Tyle tylko, że tak naprawdę nie wiedziała, na co się pisała. Nie chciała tego. Mogła twierdzić, że jest inaczej, ale w rzeczywistości tego nie chciała.
- Nie możesz tu zostać. Nie dam ci tego zrobić, Ma Moitié, choćbyś się usrała - spróbował nadać temu czulszy ton, rozluźnić te słowa, sprawić coś, by poczuła się inaczej, ale jednocześnie, aby wreszcie to do niej dotarło.
Przecież podskórnie musiała to rozumieć. Na pewno to rozumiała. To, że się uparła nie znaczyło, że zamierzał jej na to pozwolić. To też wiedziała.
- To, że ty się nigdzie nie wybierasz, nie oznacza, że ja tego nie robię - to, że teraz nie próbował się od niej odsunąć, to niewiele znaczyło na dłuższą metę. - Jeśli zostanę, zawsze będziesz się zastanawiać, kiedy znowu odejdę. To nie jest coś, czego byś chciała - musieli mieć tu jasność, czyż nie?
To była ta uniwersalna prawda. Sama mu to już przecież powiedziała. Ziarno niepewności zostało zasiane, pozostałoby im zbierać plony. Rok w rok, miesiąc w miesiąc. Nieważne, jak bardzo by się starał, nawet jeśli udałoby się coś zmienić w tej popierdolonej sytuacji, nawet jeśli mimo wszystko by go takiego zaakceptowała, ich świętość przestała istnieć.
Tak jak przez lata obawiała się, że do niej nie wróci, bo zabierze go praca. Tak w tym momencie jeszcze bardziej by się bała. Mógłby pokutować, ale już to kwestionowała.
Więc po co ciągnęli tę rozmowę? Dlaczego nie mogli poddać się ciszy, jeszcze przez chwilę udawać, że cokolwiek z tego będzie? Chcieli się teraz, on tego chciał, ona tego chciała. To mogła być namiastka tego, do czego kiedyś dążyli. Więc zamknął jej usta pocałunkiem, przyciągając ją ku sobie.
- Ożeniłbym się z tobą - szepnął miękko, równie smutno, smakując jej usta; to też powinna wiedzieć, szczególnie po tym, co powiedziała. - A potem wyjechalibyśmy w Alpy do pierdolonego rezerwatu smoków, którego byśmy nie zobaczyli, bo nie wyszlibyśmy z łóżka - uniósł kącik warg, nadal się nie odsuwając. - Zostałbym. Ale to przepadło. Nie zostanę. Zrozum to, to nie jest coś, co się wydarzy. Nie tego byś teraz chciała - starał się to jak najłagodniej przekazać, delikatnie wsuwając jej kosmyk włosów za ucho.
Nie patrzył jej w oczy.
Już raz prowadzili dyskusję w ten sposób. Brzmiała tak samo. Zaczęła się niemalże dokładnie w ten sam sposób. Wtedy też bezcelowo trwała i trwała, nie przynosząc im niczego więcej niż tylko kolejne rozczarowania i niedopowiedzenia.
Teraz starał się być z nią szczery, ale coraz bardziej się wkurwiał, bo nie dostrzegał, aby cokolwiek doceniała. Nawet nie próbowała tego zrobić. Znał ją, wiedział, że była uparta. Oboje potrafili to robić, jednak nie chciał, żeby się na nim fiksowała.
To było szaleństwo. Tak jak jej to zarzucił. To była droga ku przepaści a ona się na nią pchała. Nic nie rozumiała. Nie powinien poruszać tego tematu, mówić jej, że ją kocha, nawet jeśli ona też go kochała. Nie czuł żadnej ulgi w związku z tym, że nadal go chciała. Wyłącznie gorycz, która się w nim rozlewała.
Ostatkiem sił powstrzymywał się przed tym, by nie złapać jej za ramiona, choć przecież nadal trzymał ją w objęciach, pierwszy raz robiąc coś, czego nigdy nie zamierzał robić. Potrząsając nią, każąc jej otrzeźwieć. Po co jeszcze się starała? Po co próbowała naprawić coś, co nie działało? Czemu go kochała?
Kurewsko chciał, żeby go kochała.
Ale nie powinna. Nie zasłużyła sobie na to, żeby przez ostatnie półtora roku tkwić w tym uczuciu tak głęboko jak zaczynał dostrzegać, że trwała. Nie był skurwielem. Nie życzył jej tego. Nie chciał, żeby na niego czekała, ale czekała.
O to miał do niej pretensje. Nie o to, że do niego nie wróciła. Przecież sam jej to zaznaczył. Nie chciał, żeby wracała. O to, że czekała, choć jednocześnie z nim nie rozmawiała. Odpychała go od siebie, gdy próbował ją ratować, ale jednocześnie na niego czekała. Ziała na niego ogniem, ale nadal z nim w tym wszystkim trwała.
Wystarczyło kilka godzin przepełnionych skrajnymi emocjami, żeby znowu zaczęli się palić, żeby wzięła go w swoje ramiona, wpuściła go do łóżka, nie pytając o nic więcej. Żeby oplatała go ramionami, reagując na niego w ten sam sposób, co zawsze, jakby nic się nigdy nie zmieniło. Zranił ją, skrzywdził, ale nadal go kochała.
Przynajmniej tak myślała. Tak uważała, całkowicie nieświadoma tego, że wszystko, co kiedyś mieli było jednym wielkim kłamstwem.
- Nie wykrzywiaj moich słów - niemalże wszedł jej w słowo, rozszerzając źrenice i świdrując dziewczynę spojrzeniem. - Nie chciałem, żebyś trzymała się kogoś kto już nie istnieje. Nie prosiłem, żebyś na mnie czekała - to, że był zazdrosny o tamtego człowieka, o którego ewidentnie nie musiał się wkurwiać (co jak na ironię też go wpieniało) nie oznaczało, że chciał, żeby na niego czekała.
Nie chciał, żeby go chciała. Tak, to było cholernie popieprzone, ale nie mógł jej dać tego, czego od niego oczekiwała. Tym bardziej, że nawet nie wiedział, czym to tak właściwie było.
- Ja cię w tym nie chcę. Nie chcę, żebyś w tym ze mną była. Tak ciężko to pojąć? - odbił w jej stronę, patrząc na nią z narastającą złością podszytą tym znacznie bardziej niechcianym uczuciem - desperacją.
Bo o to w istocie chodziło, prawda? O desperację. Wszystko, co robili od ostatnich godzin, to była desperacja. W różnych wydaniach, pod różnymi postaciami, czysta, najczystsza desperacja. Tyle tylko, że o ile jeszcze kilka chwil temu kierowała ich we wspólną stronę, teraz na powrót coraz bardziej ich rozdzielała.
- Przestaniesz się kurwa obwiniać? - Nie wiedział jakim cudem jeszcze na nią nie warczał, ale był tego naprawdę blisko.
Z minuty na minutę coraz bardziej go ku temu pchała, bo usrała się dostrzegać swoją winę tam, gdzie nigdy jej nie miała. Nie chciał brać wszystkiego na siebie, ale w tym wypadku wyłącznie go podkurwiała. Spełniła jego żądania, tak?
- Dobry człowiek by cię nie zostawił - musiał jej w ogóle tłumaczyć takie oczywistości? - Dobry człowiek by się dla ciebie starał. Dobry człowiek by się z tobą nie pieprzył, jakby nie miało być jutra a potem nie zamierzałby stąd spierdolić. Dobry człowiek nie musiałby ci nic wyjaśniać. Sama byś wszystko wiedziała - nie był dobrym człowiekiem, nie dla nikogo a tym bardziej nie dla niej.
Nieważne jak bardzo chciała, żeby było inaczej. Wyłącznie to sobie wmawiała.
Nie potrafił na nią spojrzeć bez goryczy. Nie umiał nie wykrzywić kącików warg, nie spojrzeć na nią w taki sposób, w jaki wcale nie chciał na nią patrzeć. Gorzko i kpiąco, rozgoryczenie, bez jakiegokolwiek zawahania. Nie umiał nie pokręcić głową, nie parsknąć. Za bardzo w niego wierzyła, w dalszym ciągu zbyt mocno mu ufała. Powinien się cieszyć, prawda? Tymczasem pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Nie rób sobie tego - miał ją prosić, żeby sama się w to nie pchała? - Nie mogę ci obiecać, że będę lepszy. Znowu cię zawiodę - stwierdził bez wahania.
To nie tak, że by się nie starał. Nie tak, że chciałby ją ponownie skrzywdzić. Starałby się, cholernie by się starał, ale te starania nie przyniosłyby niczego, co w jakikolwiek sposób wynagrodziłoby jej to, z kim się związała. Nie zapewniłyby jej tego, czego potrzebowała. Nie byłyby zgodne z ich planami z przeszłości. Nie mógł jej tego dać, nieważne jak bardzo by tego chciał, jak mocno Geraldine by tego chciała.
- Nie mogę cię wciągnąć w moje problemy, zasługujesz na lepsze życie niż to, które teraz prowadzę - powtórzył, starając się zachować ten sam ton, nawet jeśli to były próżne starania.
Oboje za bardzo się zaparli. Do niczego nie dochodzili.
- Widzisz? - Parsknął z goryczą. - Właśnie o tym mówię.
No pięknie, znowu go obwiniała. I naprawdę myślała, że miałaby to wytrzymać? Że po kilku takich razach byłaby go w stanie chcieć? To, że teraz tego pragnęła nie zmieniało faktu, że szybko zweryfikowałaby swoje podejście. Utknęłaby z nim w czymś, co by ją pożarło. Nieważne, że by się usrała, zaczęłaby tego żałować prędzej niż później. Tak to miało wyglądać. Czy naprawdę sądziła, że to miało wypalić?
Ta rozmowa była kompletnie bezcelowa, rozpieprzyła chwilowy spokój, jaki mieli. Nic więcej im nie dała. Wyłącznie odbierała. Miał tego dosyć. Potrzebował odpoczynku, nie kolejnej porcji dawania mu złudnego przekonania, że cokolwiek się stało, powrót do siebie nawzajem był najlepszym rozwiązaniem. Bo nie był. Ta rozmowa zdecydowanie nie szła po myśli.
Hej. Może dlatego, że była kurewsko nieprzemyślana?
- Nie chcę cię ranić, ale nie wiem jak inaczej to powiedzieć - zaczął kolejny raz z rzędu tłumiąc irytację, starając się ważyć słowa, niemalże przyciskając czoło do jej czoła. - Wiem, że chcesz mnie uratować, ale ja nie chcę być ratowany - byli tak blisko, naprawdę cholernie blisko, patrzyła na niego, dotykała go, ale zupełnie go nie rozumiała.
Nie pojmowała tego, że to wszystko było niewykonalne. Ich szansa przepadła. Nieważne, że ją kochał, że zawsze miał, że ona go kochała. Niektórych spraw nie dało się przeskoczyć. W niektórych sytuacjach ta miłość nie miała wystarczyć.
- Nie chcę, żebyś traciła czas na kogoś kto nie ma nic do zaoferowania - kolejny raz odwrócił wzrok.
Chciała prawdy, więc ją miała, nawet jeśli on sam dławił się smakiem tych słów. Nie miał nic do zaoferowania, kurewsko starał się, by było inaczej, ale czy to nie było istotą tego, co się działo? Nie miał nic do zaoferowania. Nie dla niej, nie w taki sposób, w jaki mogłaby tego chcieć.
- Nie potrafię być dla ciebie tym, kim byłem kiedyś - powtórzył jak mantrę, wracając spojrzeniem do Geraldine. - Nie jesteś na to skazana, zasługujesz na wiele więcej niż brak wyjaśnień i przyszłości - to też zamierzał jej mówić, musiała wiedzieć, na pewno wiedziała.
Wtedy, kiedy byli sobie najbliżsi, była jego wszystkim. Jedyną osobą, która całkowicie go wtedy znała. Przy niej jednej pozwalał sobie spuścić gardę. Z nią jedną potrafił zachowywać się jak człowiek, którym chciał być, którego ona potrzebowała.
To nie tak, że za nią nie tęsknił. Nie tak, że nie chciał, żeby przeszłość wróciła, by teraźniejszość wyparowała, ustępując miejsca dawnym złudzeniom, jakby ostatni rok był wyłącznie złym snem. Koszmarem i niczym więcej.
W przeciągu kilku chwil utracił niemal wszystko, na czym mu zależało. Cała reszta nadal się rozpadała. Gdzieś tam pod skórą wiedział, jaką szansę mu teraz dawała i jak łatwo byłoby temu ulec. Wystarczyłoby jedno słowo, obietnica dana pod wpływem chwili. Mieliby to. Tyle tylko, że tak naprawdę nie wiedziała, na co się pisała. Nie chciała tego. Mogła twierdzić, że jest inaczej, ale w rzeczywistości tego nie chciała.
- Nie możesz tu zostać. Nie dam ci tego zrobić, Ma Moitié, choćbyś się usrała - spróbował nadać temu czulszy ton, rozluźnić te słowa, sprawić coś, by poczuła się inaczej, ale jednocześnie, aby wreszcie to do niej dotarło.
Przecież podskórnie musiała to rozumieć. Na pewno to rozumiała. To, że się uparła nie znaczyło, że zamierzał jej na to pozwolić. To też wiedziała.
- To, że ty się nigdzie nie wybierasz, nie oznacza, że ja tego nie robię - to, że teraz nie próbował się od niej odsunąć, to niewiele znaczyło na dłuższą metę. - Jeśli zostanę, zawsze będziesz się zastanawiać, kiedy znowu odejdę. To nie jest coś, czego byś chciała - musieli mieć tu jasność, czyż nie?
To była ta uniwersalna prawda. Sama mu to już przecież powiedziała. Ziarno niepewności zostało zasiane, pozostałoby im zbierać plony. Rok w rok, miesiąc w miesiąc. Nieważne, jak bardzo by się starał, nawet jeśli udałoby się coś zmienić w tej popierdolonej sytuacji, nawet jeśli mimo wszystko by go takiego zaakceptowała, ich świętość przestała istnieć.
Tak jak przez lata obawiała się, że do niej nie wróci, bo zabierze go praca. Tak w tym momencie jeszcze bardziej by się bała. Mógłby pokutować, ale już to kwestionowała.
Więc po co ciągnęli tę rozmowę? Dlaczego nie mogli poddać się ciszy, jeszcze przez chwilę udawać, że cokolwiek z tego będzie? Chcieli się teraz, on tego chciał, ona tego chciała. To mogła być namiastka tego, do czego kiedyś dążyli. Więc zamknął jej usta pocałunkiem, przyciągając ją ku sobie.
- Ożeniłbym się z tobą - szepnął miękko, równie smutno, smakując jej usta; to też powinna wiedzieć, szczególnie po tym, co powiedziała. - A potem wyjechalibyśmy w Alpy do pierdolonego rezerwatu smoków, którego byśmy nie zobaczyli, bo nie wyszlibyśmy z łóżka - uniósł kącik warg, nadal się nie odsuwając. - Zostałbym. Ale to przepadło. Nie zostanę. Zrozum to, to nie jest coś, co się wydarzy. Nie tego byś teraz chciała - starał się to jak najłagodniej przekazać, delikatnie wsuwając jej kosmyk włosów za ucho.
Nie patrzył jej w oczy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down