09.12.2024, 18:37 ✶
Siedział w salonie wpatrując się w podłogę, jakby chciał przez nią przeniknąć. Wspomnienia wydarzeń w dalszym ciągu tliły się w jego pamięci, jakby wciąż byli w Kniei, dalej stojąc w obliczu zagrożenia. Obraz, który wbił mu się w umysł był tak przerażający, że nie potrafił go wymazać. Wyrył się tam na stałe.
Czuł jak zimny dreszcz raz po raz przechodzi przez jego ciało, wywołując u niego przyspieszone bicie serca i poczucie zagrożenia, mimo że otaczał go niewielki, przytulny salonik a ogień w kominku trzaskał przyjemnie, roztaczając wokół ciepłe światło.
Wydawało mu się, że czas zatrzymał się w miejscu a świat zewnętrzny zniknął za niewidzialną zasłoną, która oddzielała go od rzeczywistości. Nawet wtedy, kiedy ptak zapukał w okno, sprawiając, że Ambroise otrzeźwiał na tyle, że machnięciem różdżki wpuścił zwierzę do pomieszczenia. Ani przez chwilę głębiej się nad tym nie zastanawiał, po prostu to robiąc. Nie wyczuwał w tym zagrożenia, groza płynęła skądinąd.
Jakimś cudem udało mu się wymusić na sobie rzucenie zaklęcia we właściwy sposób. Nie musiał wstawać. Całe szczęście, bo jego ciało zdawało się być zbyt ciężkie, by mógł z łatwością unieść je z miejsca. Nawet wtedy, kiedy odkładał różdżkę na podłogę, każdy ruch sprawiał mu ból. Jego ciało zdawało się być przyciśnięte do podłogi niewidocznym ciężarem. Nie miał siły, by wstać, ale przynajmniej coś zrobił.
Myśli krążyły mu po głowie, każdy ruch był wyzwaniem. Jeszcze poprzedniego wieczoru (choć tak właściwie to już chyba dwa dni wcześniej?) wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Nie siedzieli w taki sposób. Rozmawiali, snuli plany. Teraz te rozmowy wydawały się być tak odległe, jakby wydarzyły się w innym świecie. Zamiast tego w jego umyśle krążyły obrazy, które nie dawały mu spokoju. Sceny związane z krzykiem, którego nie mógł zapomnieć. Z niepojętą grozą, cieniem kładącym się nad ich włościami i nad całą Doliną.
Zimne palce strachu zacisnęły się na jego gardle. Nawet nie komentował tego, co się właśnie działo. Po prostu siedział wpatrzony w reakcję siostry na stworzenie, które wleciało do pomieszczenia. Odczuła ulgę - to było pewne, to do niego dotarło wraz z widokiem łez w jej oczach. Innych. Już nie wyłącznie rozpaczliwych. Poruszyła ustami. Odzyskała odrobinę wigoru.
Ulżyło mu, choć nie na tyle, aby cokolwiek się w nim zmieniło. W dalszym ciągu wyglądał jak cień samego siebie. Oczy, które kiedyś lśniły, nawet złością na zostanie porzuconym w środku lasu, teraz były matowe a ich spojrzenie było puste i nieobecne. Jego opalona, wręcz ogorzała od słońca cera była chorobliwie blada. Rysy twarzy wyostrzyły się przez sposób, w który zaciskał usta, starając się jakoś ogarnąć.
Wydawało się, że każda kropla energii, jaka w nim pozostała wyciekła w wyniku stresu i wewnętrznego niepokoju, którymi nie chciał emanować na zewnątrz, nawet jeśli niespecjalnie mu to wychodziło. Zimno, które go ogarniało nie było tylko fizyczne. To uczucie braku ciepła i bezpieczeństwa zagnieździło się głęboko w jego wnętrzu i to właśnie stamtąd płynęło na zewnątrz.
Spoglądał przed siebie, ale nie na niedźwiedzia tylko przez niego. Na wylot. Dalej w okno. Zupełnie tak, jakby to, że centralne miejsce w saloniku Roselyn zajmował teraz misiek nie było niczym niestandardowym. Jakby zawsze należało do potężnego zwierzęcia. Żywy niedźwiedź zamiast dywanu.
W końcu zamrugał dwa razy i podniósł wzrok na zwierzę. W jego oczach nie było zdziwienia, nie było złości ani nawet obojętności. Był to raczej rodzaj akceptacji, jakby to, co się wydarzyło sprawiło, że był w stanie zaakceptować ten widok. Nie pytać, nie kwestionować tego, co się działo. Ta w teorii absurdalna sytuacja totalnie go nie ruszyła. Zupełnie tak, jakby przemiana ptaka w wielkie futrzaste stworzenie rysujące im podłogę pazurami była czymś całkowicie standardowym i działa się co najmniej kilka razy w tygodniu, szczególnie w środku nocy. A może już powoli nad ranem?
Nie miał na to siły. Bezwiednie wzruszył ramionami. Niedźwiedź. Po prostu. To był niedźwiedź, który był też ptakiem. Był również człowiekiem, ale teraz był to niedźwiedź. Po prostu niedźwiedź. Niedźwiedź pośrodku niedużego saloniku. Co prawda z masą kwiatów, drewna i roślinnymi motywami, ale... ...niedźwiedź... ...niedźwiedź w saloniku. Normalka.
Ogromne, futrzaste stworzenie wleciało przez okno pod postacią ptaka, miało skrzydła, pióra i w ogóle... ...a teraz siedziało pośrodku saloniku i najpewniej trochę liniało, emanując przy tym czymś nieokreślonym. Jak gdyby nigdy nic. Jego obecność była zaskakująca, na pewno, ale teraz wydawała się niemal absurdalnie normalna w kontekście tego, przez co przed chwilą przeszli. Nawet ten dziwaczny widok nie był w stanie wzbudzić w Greengrassie zbyt silnych emocji. Zamiast tego, Ambroise czuł jedynie wyczerpanie. Już nawet nie był zły na Samuela za to, że ten ich zostawił. Wrócił. Jakoś. Najwyraźniej był cały i zdrowy, Roselyn ulżyło. To było najważniejsze.
Jego myśli bezwiednie wracały do tego, co się wydarzyło. Zamknął oczy, próbując znaleźć w sobie odrobinę spokoju związanego z tym, że wszyscy wrócili z Kniei, nikt nie zginął, nikomu nic się fizycznie nie stało, ale widok, który go nawiedzał nie dawał mu szans na złapanie wytchnienia w ten sposób. Obrazy zbyt mocno wyryły mu się pod powiekami.
Nie potrafił zdefiniować tego, co teraz czuł ani w żaden sposób tego wyrazić i chyba nawet nie zamierzał próbować. Zamiast tego powoli zaczerpnął powietrza w płuca, oddychając głęboko i bezwiednie pocierając ręką ramiona Roselyn pod kocem. Drugą podświadomie, całkowicie odruchowo wyciągając, żeby pokrzepiająco, choć trochę machinalnie poklepać niedźwiedzia po łbie, gdy dotarło do niego to stęknięcie.
Nie ogarniał już od samego początku. Odkąd wrócili stamtąd. Tego też nie ogarnął. W tym momencie nie chodziło o obcego człowieka, nieznanego czarodzieja. Chodziło o... ...kogoś. Sam nie wiedział, o kogo czy o co, nie analizował tego. Nie zastanawiał się nad reakcją na to, co zrobił a co w gruncie rzeczy było wyrazem pewnej... ...sympatii? Jedynie znowu ciężko wciągnął powietrze w płuca, oddychając i cofając rękę na kolano Roo. Dopiero wtedy zdając sobie sprawę z tego, że chyba powinien spytać o najbardziej oczywiste.
- Podrapałaś się? Potrzebujesz, żeby cię opatrzeć? - Spytał powoli, przenosząc spojrzenie na twarz siostry. - Eliksir? Coś jeszcze innego? Butelkę? Trawę? - Tak właściwie to trudno było powiedzieć, co byłoby tu najwłaściwsze, ale posłał Roselyn pytające spojrzenie; przynajmniej tak mu się wydawało.
Zaraz zresztą przeniósł je w kierunku niedźwiedzia, ponownie głęboko oddychając. Nie pytał, na ile miał zostać zrozumiany.
- Potrzebujesz czegoś? Nic ci nie zrobiło? Po tym jak cię wywiało? - Nie wiedział, jakiej odpowiedzi oczekiwał i w jaki sposób, ale to nie miało aż takiego znaczenia.
Czuł jak zimny dreszcz raz po raz przechodzi przez jego ciało, wywołując u niego przyspieszone bicie serca i poczucie zagrożenia, mimo że otaczał go niewielki, przytulny salonik a ogień w kominku trzaskał przyjemnie, roztaczając wokół ciepłe światło.
Wydawało mu się, że czas zatrzymał się w miejscu a świat zewnętrzny zniknął za niewidzialną zasłoną, która oddzielała go od rzeczywistości. Nawet wtedy, kiedy ptak zapukał w okno, sprawiając, że Ambroise otrzeźwiał na tyle, że machnięciem różdżki wpuścił zwierzę do pomieszczenia. Ani przez chwilę głębiej się nad tym nie zastanawiał, po prostu to robiąc. Nie wyczuwał w tym zagrożenia, groza płynęła skądinąd.
Jakimś cudem udało mu się wymusić na sobie rzucenie zaklęcia we właściwy sposób. Nie musiał wstawać. Całe szczęście, bo jego ciało zdawało się być zbyt ciężkie, by mógł z łatwością unieść je z miejsca. Nawet wtedy, kiedy odkładał różdżkę na podłogę, każdy ruch sprawiał mu ból. Jego ciało zdawało się być przyciśnięte do podłogi niewidocznym ciężarem. Nie miał siły, by wstać, ale przynajmniej coś zrobił.
Myśli krążyły mu po głowie, każdy ruch był wyzwaniem. Jeszcze poprzedniego wieczoru (choć tak właściwie to już chyba dwa dni wcześniej?) wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Nie siedzieli w taki sposób. Rozmawiali, snuli plany. Teraz te rozmowy wydawały się być tak odległe, jakby wydarzyły się w innym świecie. Zamiast tego w jego umyśle krążyły obrazy, które nie dawały mu spokoju. Sceny związane z krzykiem, którego nie mógł zapomnieć. Z niepojętą grozą, cieniem kładącym się nad ich włościami i nad całą Doliną.
Zimne palce strachu zacisnęły się na jego gardle. Nawet nie komentował tego, co się właśnie działo. Po prostu siedział wpatrzony w reakcję siostry na stworzenie, które wleciało do pomieszczenia. Odczuła ulgę - to było pewne, to do niego dotarło wraz z widokiem łez w jej oczach. Innych. Już nie wyłącznie rozpaczliwych. Poruszyła ustami. Odzyskała odrobinę wigoru.
Ulżyło mu, choć nie na tyle, aby cokolwiek się w nim zmieniło. W dalszym ciągu wyglądał jak cień samego siebie. Oczy, które kiedyś lśniły, nawet złością na zostanie porzuconym w środku lasu, teraz były matowe a ich spojrzenie było puste i nieobecne. Jego opalona, wręcz ogorzała od słońca cera była chorobliwie blada. Rysy twarzy wyostrzyły się przez sposób, w który zaciskał usta, starając się jakoś ogarnąć.
Wydawało się, że każda kropla energii, jaka w nim pozostała wyciekła w wyniku stresu i wewnętrznego niepokoju, którymi nie chciał emanować na zewnątrz, nawet jeśli niespecjalnie mu to wychodziło. Zimno, które go ogarniało nie było tylko fizyczne. To uczucie braku ciepła i bezpieczeństwa zagnieździło się głęboko w jego wnętrzu i to właśnie stamtąd płynęło na zewnątrz.
Spoglądał przed siebie, ale nie na niedźwiedzia tylko przez niego. Na wylot. Dalej w okno. Zupełnie tak, jakby to, że centralne miejsce w saloniku Roselyn zajmował teraz misiek nie było niczym niestandardowym. Jakby zawsze należało do potężnego zwierzęcia. Żywy niedźwiedź zamiast dywanu.
W końcu zamrugał dwa razy i podniósł wzrok na zwierzę. W jego oczach nie było zdziwienia, nie było złości ani nawet obojętności. Był to raczej rodzaj akceptacji, jakby to, co się wydarzyło sprawiło, że był w stanie zaakceptować ten widok. Nie pytać, nie kwestionować tego, co się działo. Ta w teorii absurdalna sytuacja totalnie go nie ruszyła. Zupełnie tak, jakby przemiana ptaka w wielkie futrzaste stworzenie rysujące im podłogę pazurami była czymś całkowicie standardowym i działa się co najmniej kilka razy w tygodniu, szczególnie w środku nocy. A może już powoli nad ranem?
Nie miał na to siły. Bezwiednie wzruszył ramionami. Niedźwiedź. Po prostu. To był niedźwiedź, który był też ptakiem. Był również człowiekiem, ale teraz był to niedźwiedź. Po prostu niedźwiedź. Niedźwiedź pośrodku niedużego saloniku. Co prawda z masą kwiatów, drewna i roślinnymi motywami, ale... ...niedźwiedź... ...niedźwiedź w saloniku. Normalka.
Ogromne, futrzaste stworzenie wleciało przez okno pod postacią ptaka, miało skrzydła, pióra i w ogóle... ...a teraz siedziało pośrodku saloniku i najpewniej trochę liniało, emanując przy tym czymś nieokreślonym. Jak gdyby nigdy nic. Jego obecność była zaskakująca, na pewno, ale teraz wydawała się niemal absurdalnie normalna w kontekście tego, przez co przed chwilą przeszli. Nawet ten dziwaczny widok nie był w stanie wzbudzić w Greengrassie zbyt silnych emocji. Zamiast tego, Ambroise czuł jedynie wyczerpanie. Już nawet nie był zły na Samuela za to, że ten ich zostawił. Wrócił. Jakoś. Najwyraźniej był cały i zdrowy, Roselyn ulżyło. To było najważniejsze.
Jego myśli bezwiednie wracały do tego, co się wydarzyło. Zamknął oczy, próbując znaleźć w sobie odrobinę spokoju związanego z tym, że wszyscy wrócili z Kniei, nikt nie zginął, nikomu nic się fizycznie nie stało, ale widok, który go nawiedzał nie dawał mu szans na złapanie wytchnienia w ten sposób. Obrazy zbyt mocno wyryły mu się pod powiekami.
Nie potrafił zdefiniować tego, co teraz czuł ani w żaden sposób tego wyrazić i chyba nawet nie zamierzał próbować. Zamiast tego powoli zaczerpnął powietrza w płuca, oddychając głęboko i bezwiednie pocierając ręką ramiona Roselyn pod kocem. Drugą podświadomie, całkowicie odruchowo wyciągając, żeby pokrzepiająco, choć trochę machinalnie poklepać niedźwiedzia po łbie, gdy dotarło do niego to stęknięcie.
Nie ogarniał już od samego początku. Odkąd wrócili stamtąd. Tego też nie ogarnął. W tym momencie nie chodziło o obcego człowieka, nieznanego czarodzieja. Chodziło o... ...kogoś. Sam nie wiedział, o kogo czy o co, nie analizował tego. Nie zastanawiał się nad reakcją na to, co zrobił a co w gruncie rzeczy było wyrazem pewnej... ...sympatii? Jedynie znowu ciężko wciągnął powietrze w płuca, oddychając i cofając rękę na kolano Roo. Dopiero wtedy zdając sobie sprawę z tego, że chyba powinien spytać o najbardziej oczywiste.
- Podrapałaś się? Potrzebujesz, żeby cię opatrzeć? - Spytał powoli, przenosząc spojrzenie na twarz siostry. - Eliksir? Coś jeszcze innego? Butelkę? Trawę? - Tak właściwie to trudno było powiedzieć, co byłoby tu najwłaściwsze, ale posłał Roselyn pytające spojrzenie; przynajmniej tak mu się wydawało.
Zaraz zresztą przeniósł je w kierunku niedźwiedzia, ponownie głęboko oddychając. Nie pytał, na ile miał zostać zrozumiany.
- Potrzebujesz czegoś? Nic ci nie zrobiło? Po tym jak cię wywiało? - Nie wiedział, jakiej odpowiedzi oczekiwał i w jaki sposób, ale to nie miało aż takiego znaczenia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down