09.12.2024, 22:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2024, 22:37 przez Baldwin Malfoy.)
Nawet jeśli patrząc w twarz syna, kobieta widziała niemal lustrzane odbicie własnego męża, to duszę… Och duszę i serce odziedziczył po niej.
Pamięć była przerażającą rzeczą, ostrzem, który od lat dociskano do szyi młodego dziedzica. Gdy wspomnienia przeplatały się z marzeniami sennymi. Pragnienie dziecka, by sprawić, że choć raz kamienną twarz matki wykrzywił uśmiech, a głowa zgięła się w aprobacie.
Nie był jak Renigald. Ani Elliot. Nie był nawet jak Desmond.
I nieważne jak bardzo by się nie starał nie był jak swój własny pierdolony ojciec.
Nawet jeśli miał splunąć na własną dumę, to Visenya nie była kobietą przed którą wstydziłby się to robić. Mógł jej nienawidzić; śnić o tym jak barwi matczyną krwią szaty na starym, umiłowanym portrecie, ale… Był tylko kwiatem jej własnego ogrodu. Nadal, pomimo upływu lat nie potrafiła zdobyć się na odcięcie toczonego robactwem i chorobą pąku.
To ona go nauczyła, że ma prawo żądać od świata czego tylko jego dusza zapragnie. A gdy tego zażądał - odtrąciła go. Wzgardziła. Zawiodła.
Trudno było doszukiwać się w Baldwinie skruchy, bo tej splamiona pożądaniem dusza po prostu nie znała. Znała za to zbyt dobrze poczucie odrzucenia i pogardy, by teraz ustąpić.
Nie odmówiła mu.
To już coś. Nie chciał nadwyrężać swojego szczęścia i cierpliwości matki, dlatego korzystając z okazji, po prostu wyciągnął z torby coś co z początku przypominało motek koronki.
Dopiero rozwinięte i rozłożone na stole okazało się wyjątkowo starą, podniszczoną sukienką - w kilku miejscach nici były pozaciągane; materiał niegdyś biały, dziś zszarzał; posrebrzane guziki z wybitym rodowym symbolem Malfoy’ów starły się, a jednego przy zapięciu kołnierzyka przy szyi w ogóle brakowało; cały dolny brzeg był permanentnie brudny od kurzu i pyłu. Pomimo, że sama kreacja była dość długa, ot na oko na przeciętnego wzrostu dziewczynę, jej ostatnia właścicielka musiała być wręcz chorobliwie szczupła. Z pewnością drobniejsza od poprzedniczek sądząc po wyraźnych śladach zwężania i poprawek krawieckich.
Przesunął palcami po materiale, starając się go choć trochę rozprostować. Z nietypową dla siebie wrażliwością, w niemal nabożnym milczeniu. Samo patrzenie na tą cholerną kieckę sprawiało mu wyraźny ból.
To w nią była ubrana, gdy… Gdy Ją wtedy znalazł. W tych pieprzonych Katakumbach.
Jak dziś pamiętał moment, kiedy wreszcie wyszli na Nokturn. Obskurny pokój w Wiewernie, za który zapłacił rodową broszą po dziadku. Lodowatą łazienkę i to jak skostniałe miał dłonie, gdy powoli rozpinał rząd guziczków i rozwiązywał jedwabne wstążki gorsetu, bo pogrążona w głębokiej apatii półwila nie była w stanie zrobić nawet tego. Jak pieprznął tą cholerną sukienkę w kąt, by przez następne godziny spędzić klęcząc na kafelkach przy wannie, obmywając srebrzyste włosy czarownicy, ścierając brud podziemia z jej mlecznej skóry. W milczeniu wymieniając wodę raz za razem, parząc palce ogniem i wrzątkiem, starając się przywrócić swojej Delilah czystość. Ale nieważne co robił, woda nadal była szara, tak jak zbrukane krwią pozostawały dłonie szekspirowskiej Lady Makbet.
Zawiódł ją wtedy. Zawiódł i teraz.
Wrócił na ziemię, dopiero gdy poczuł pojedynczą łzę, która opadła na materiał.
Kurwa mać. Nie tu. Nie przy niej!
Otrząsnął się z letargu, zamrugał parokrotnie, próbując pozbyć się irytującej mgły, którą zaszły mu oczy. Równocześnie nie robił nic, aby ukryć przed matką wyraźne podłużne blizny na swoich dłoniach. Niech widzi każdą najmniejszą słabość pierworodnego.
- Ta sukienka należy do kogoś bardzo bliskiego mojemu sercu.- Powiedział w końcu. Cofnął palce, na wypadek, gdyby matka chciała po nią sięgnąć. Jak ognia unikał dotyku tak dobrze znanych sobie dłoni.- Czy mogłabyś ją naprawić?
Pamięć była przerażającą rzeczą, ostrzem, który od lat dociskano do szyi młodego dziedzica. Gdy wspomnienia przeplatały się z marzeniami sennymi. Pragnienie dziecka, by sprawić, że choć raz kamienną twarz matki wykrzywił uśmiech, a głowa zgięła się w aprobacie.
Nie był jak Renigald. Ani Elliot. Nie był nawet jak Desmond.
I nieważne jak bardzo by się nie starał nie był jak swój własny pierdolony ojciec.
Nawet jeśli miał splunąć na własną dumę, to Visenya nie była kobietą przed którą wstydziłby się to robić. Mógł jej nienawidzić; śnić o tym jak barwi matczyną krwią szaty na starym, umiłowanym portrecie, ale… Był tylko kwiatem jej własnego ogrodu. Nadal, pomimo upływu lat nie potrafiła zdobyć się na odcięcie toczonego robactwem i chorobą pąku.
To ona go nauczyła, że ma prawo żądać od świata czego tylko jego dusza zapragnie. A gdy tego zażądał - odtrąciła go. Wzgardziła. Zawiodła.
Trudno było doszukiwać się w Baldwinie skruchy, bo tej splamiona pożądaniem dusza po prostu nie znała. Znała za to zbyt dobrze poczucie odrzucenia i pogardy, by teraz ustąpić.
Nie odmówiła mu.
To już coś. Nie chciał nadwyrężać swojego szczęścia i cierpliwości matki, dlatego korzystając z okazji, po prostu wyciągnął z torby coś co z początku przypominało motek koronki.
Dopiero rozwinięte i rozłożone na stole okazało się wyjątkowo starą, podniszczoną sukienką - w kilku miejscach nici były pozaciągane; materiał niegdyś biały, dziś zszarzał; posrebrzane guziki z wybitym rodowym symbolem Malfoy’ów starły się, a jednego przy zapięciu kołnierzyka przy szyi w ogóle brakowało; cały dolny brzeg był permanentnie brudny od kurzu i pyłu. Pomimo, że sama kreacja była dość długa, ot na oko na przeciętnego wzrostu dziewczynę, jej ostatnia właścicielka musiała być wręcz chorobliwie szczupła. Z pewnością drobniejsza od poprzedniczek sądząc po wyraźnych śladach zwężania i poprawek krawieckich.
Przesunął palcami po materiale, starając się go choć trochę rozprostować. Z nietypową dla siebie wrażliwością, w niemal nabożnym milczeniu. Samo patrzenie na tą cholerną kieckę sprawiało mu wyraźny ból.
To w nią była ubrana, gdy… Gdy Ją wtedy znalazł. W tych pieprzonych Katakumbach.
Jak dziś pamiętał moment, kiedy wreszcie wyszli na Nokturn. Obskurny pokój w Wiewernie, za który zapłacił rodową broszą po dziadku. Lodowatą łazienkę i to jak skostniałe miał dłonie, gdy powoli rozpinał rząd guziczków i rozwiązywał jedwabne wstążki gorsetu, bo pogrążona w głębokiej apatii półwila nie była w stanie zrobić nawet tego. Jak pieprznął tą cholerną sukienkę w kąt, by przez następne godziny spędzić klęcząc na kafelkach przy wannie, obmywając srebrzyste włosy czarownicy, ścierając brud podziemia z jej mlecznej skóry. W milczeniu wymieniając wodę raz za razem, parząc palce ogniem i wrzątkiem, starając się przywrócić swojej Delilah czystość. Ale nieważne co robił, woda nadal była szara, tak jak zbrukane krwią pozostawały dłonie szekspirowskiej Lady Makbet.
Zawiódł ją wtedy. Zawiódł i teraz.
Wrócił na ziemię, dopiero gdy poczuł pojedynczą łzę, która opadła na materiał.
Kurwa mać. Nie tu. Nie przy niej!
Otrząsnął się z letargu, zamrugał parokrotnie, próbując pozbyć się irytującej mgły, którą zaszły mu oczy. Równocześnie nie robił nic, aby ukryć przed matką wyraźne podłużne blizny na swoich dłoniach. Niech widzi każdą najmniejszą słabość pierworodnego.
- Ta sukienka należy do kogoś bardzo bliskiego mojemu sercu.- Powiedział w końcu. Cofnął palce, na wypadek, gdyby matka chciała po nią sięgnąć. Jak ognia unikał dotyku tak dobrze znanych sobie dłoni.- Czy mogłabyś ją naprawić?