09.12.2024, 22:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2025, 22:54 przez Anthony Shafiq.)
Anthony lubił wiedzieć. Lubił kolekcjonować informacje, jak smoki na przestronnych korytarzach swojej rezydencji, tak nad, jak i pod ziemią, jak ludzi - młodych, starych, wszelkich talentów i specjalności. Anthony lubił wiedzieć rzeczy, lubił czytać nie tylko książki, ale też historie ludzi zapisane w ich skórze, w blasku oczu, w sposobie wysławiania się.
A mimo to, Anthony bynajmniej nie wiedział o tych wszystkich rozterkach, które szarpały pierś jego przyjaciółki. Biuro kojarzyło mu się z okazjonalnym zaglądaniem, głównie do Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, szczególnie w ostatnich dwóch latach, kiedy z obawy przed spotkaniem na korytarzu Erika, w ogóle przestał się pojawiać korzystając z każdej nadarzającej się wymówki do tego, by pracować poza domem lub nie pracować wcale.
Może gdyby mu mówiła o swoich potrzebach.
Może, gdyby nie przysypała jego propozycji piaskiem zapomnieniania.
Może wtedy byłby bardziej świadomy, że ranił ją śmiejąc się, na początku nowej drogi, której szlak dopiero miał wytyczyć.
Kiedy jednak dotknęła go, a potem wspomniała o pierwszym piętrze, wtedy nieco spoważaniał, a wolną dłonią ujął jej śliczną, ostro zarysowaną twarz zapatrzony w jej rozbiegane oczy próbujące ukryć tak wiele. Jego skóra była miękka, ktoś z niższych sfer mógłby powiedzieć, że uczciwie nie przepracował ani jednego dnia, ale nie była to prawda. Posługiwał się po prostu innymi narzędziami.
Zapatrzył się w nią, bo choć nie była słońcem i to czasem zachodziło, pozostawiajac czarne niebo w samotnej pustce, nim zalśniły gwiazdy. Księżyc, ten był domeną Morpheusa, ale gdyby Anthony miał szukać odpowiedniej metafory, uczyniłby z Lorien nie jedną gwiazdę, a cały gwiazdozbiór, możliwie piękny, możliwie wzniosły choć nieoczywisty w swoim zakresie. Gwiazdy lśniące jak błyskotki na jej dłoniach, gwiazdy jak diamenty zdobiące ciężkie naszyjniki. Pogładził jej policzek gestem, którego nigdyby nie wykonał w jej kierunku, gdy jeszcze była mężatką człowieka prowadzącego sklep ze świecami i kadzidłami. Bo choć balansował na granicy prawa, był obrzydliwie wręcz przywiązany do pewnych obietnic dawanych przy świadkach.
Honorowy złodziej. Piekło prawdziwie powinno być już dawno zamarznięte.
- Mia cara.... mia carrissima - podjął, na moment nawet nie odwracając twarzy, jak żeglarz zapatrzony w północną gwiazdę wskazującą kierunek pośrodku niczego - To nie może być moja inicjatywa, a bez poparcia społecznego choćby i był stan krytyczny i wybory spadłyby na barki sędziów Wizengamotu... bez poparcia nie zrobię nic. Nie kiedy ta banda przebierańców biega i wykrwawia nasze ulice, w totalnym braku świadomości i poszanowania kastowej struktury w której żyliśmy i żyjemy z powodzeniem od wieków. - Jeśli pragnęła pieszczoty, jeśli tylko nastawiła głowę, podążyła za dłonią, którą chciał na moment odsunąć, wtedy powrócił małym palcem gładząc obrys drobnej szczęki, opuszkami gładząc wrażliwe miejsca na szyi, tuż pod uchem, jak ledwie kilka dni temu gładził ptasie piórka opłakując stratę przyjaciółki.
- Daję sobie pół roku, rok by ten kapitał zbudować. Zaplecze. Odpowiednie... zaangażowanie ze strony sojuszników. - Westchnął ciężko - Będę potrzebował w tym Twojej pomocy, bez względu na to, o który korytarz czy piętro będzie chodzić, wiesz o tym prawda? - Nie zostawiaj mnie. Może tak powinien uformować swoje myśli, będąc w emocjonalnym szachu i słabości wobec drobnej istotki jedzącej z nim kolację?
A mimo to, Anthony bynajmniej nie wiedział o tych wszystkich rozterkach, które szarpały pierś jego przyjaciółki. Biuro kojarzyło mu się z okazjonalnym zaglądaniem, głównie do Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, szczególnie w ostatnich dwóch latach, kiedy z obawy przed spotkaniem na korytarzu Erika, w ogóle przestał się pojawiać korzystając z każdej nadarzającej się wymówki do tego, by pracować poza domem lub nie pracować wcale.
Może gdyby mu mówiła o swoich potrzebach.
Może, gdyby nie przysypała jego propozycji piaskiem zapomnieniania.
Może wtedy byłby bardziej świadomy, że ranił ją śmiejąc się, na początku nowej drogi, której szlak dopiero miał wytyczyć.
Kiedy jednak dotknęła go, a potem wspomniała o pierwszym piętrze, wtedy nieco spoważaniał, a wolną dłonią ujął jej śliczną, ostro zarysowaną twarz zapatrzony w jej rozbiegane oczy próbujące ukryć tak wiele. Jego skóra była miękka, ktoś z niższych sfer mógłby powiedzieć, że uczciwie nie przepracował ani jednego dnia, ale nie była to prawda. Posługiwał się po prostu innymi narzędziami.
Zapatrzył się w nią, bo choć nie była słońcem i to czasem zachodziło, pozostawiajac czarne niebo w samotnej pustce, nim zalśniły gwiazdy. Księżyc, ten był domeną Morpheusa, ale gdyby Anthony miał szukać odpowiedniej metafory, uczyniłby z Lorien nie jedną gwiazdę, a cały gwiazdozbiór, możliwie piękny, możliwie wzniosły choć nieoczywisty w swoim zakresie. Gwiazdy lśniące jak błyskotki na jej dłoniach, gwiazdy jak diamenty zdobiące ciężkie naszyjniki. Pogładził jej policzek gestem, którego nigdyby nie wykonał w jej kierunku, gdy jeszcze była mężatką człowieka prowadzącego sklep ze świecami i kadzidłami. Bo choć balansował na granicy prawa, był obrzydliwie wręcz przywiązany do pewnych obietnic dawanych przy świadkach.
Honorowy złodziej. Piekło prawdziwie powinno być już dawno zamarznięte.
- Mia cara.... mia carrissima - podjął, na moment nawet nie odwracając twarzy, jak żeglarz zapatrzony w północną gwiazdę wskazującą kierunek pośrodku niczego - To nie może być moja inicjatywa, a bez poparcia społecznego choćby i był stan krytyczny i wybory spadłyby na barki sędziów Wizengamotu... bez poparcia nie zrobię nic. Nie kiedy ta banda przebierańców biega i wykrwawia nasze ulice, w totalnym braku świadomości i poszanowania kastowej struktury w której żyliśmy i żyjemy z powodzeniem od wieków. - Jeśli pragnęła pieszczoty, jeśli tylko nastawiła głowę, podążyła za dłonią, którą chciał na moment odsunąć, wtedy powrócił małym palcem gładząc obrys drobnej szczęki, opuszkami gładząc wrażliwe miejsca na szyi, tuż pod uchem, jak ledwie kilka dni temu gładził ptasie piórka opłakując stratę przyjaciółki.
- Daję sobie pół roku, rok by ten kapitał zbudować. Zaplecze. Odpowiednie... zaangażowanie ze strony sojuszników. - Westchnął ciężko - Będę potrzebował w tym Twojej pomocy, bez względu na to, o który korytarz czy piętro będzie chodzić, wiesz o tym prawda? - Nie zostawiaj mnie. Może tak powinien uformować swoje myśli, będąc w emocjonalnym szachu i słabości wobec drobnej istotki jedzącej z nim kolację?