Hrabia zasiadł w fotelu i patrzył uważnie na mówiącego mężczyznę, zgodnie z własną deklaracją daną u progu domostwa. Słuchał go z uwagą, a w jego ciele i twarzy co rusz odbijały się tłumione reakcje. Gdy stężął w napięciu na wzmianki o rzucenie się w o bjęcia i ślubnym stroju, gdy ściągnął brwi w zdziwieniu, w chwili, w której Jonathan wyciągnął listy i wskazał w starszym z nich linijkę spędzającą jego sen z oczu w ostatnich tygodniach. Wampir pochylił się i ujął w środkowy palec i kciuk własną korespondencję, wciąż pachnącą różami, wonią możliwie nieobecną w tym domu nawet po jego przyjściu.
- Być może nie lubię być przesłuchiwany w przedsionku zaraz po wejściu do domu. Dlaczego od razu zakładasz, że nie chcę odpowiedzieć Ci na Twoje pytania? - odetchnął odsuwając list od wyraźnie zasmuconych oczu - nieczęstej ekspresji dedykowanej tylko Jonathanowi, w chwilach gdy jego były kochanek był przekonany, że są sami. W chwili, gdy już podchodził na przyjęciu by powiedzieć kilka słów, co zbiegło się z zasłabnięciem Morpheusa.
- Wolę być przesłuchiwany tu, w salonie, w wygodnym fotelu - dodał, odkładając list na stolik stojący między nimi. - Zaczynając więc od pierwszego pytania... - podjął powoli, wzrokiem ześlizgując się po nowszym liście, zawierajacym zdecydowanie więcej słów, bardzo konsekwentnie nie patrząc Jonathanowi w twarz. - ... gdybyś to zrobił, uczyniłbyś mnie najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi i wszedłbym w tę pułapkę z szeroko otwartymi ramionami, myśląc o tym, że wolę zginąć w Twoim objęciu otulony słodkim kłamstwem, niż mierzyć się z rzeczywistością w której nigdy mnie nie kochałeś, tak jak ja kocham Ciebie. - Przez krótki moment przebiegł cień zażenowania przez przystojną twarz, lecz może to gra świateł podbity obawami gospodarza, bo ton i słowa pozostawały zwyczajnie smutne, pozbawione sarkazmu i blichtru roześmianej maski założonej podczas farsy, która miała miejsce na koncercie. - Te złote liście... wykończenia mankietów... Wyglądałeś tak... - umilkł nagle przez moment poddając się marzeniu, porzucając drugi z listów, pozostawiając jednak myśl, że może nie tylko plotka dała impuls do tej dziwnej zmiany.
- Pytanie drugie: nie wiem o jakim zastraszaniu mówisz. Jestem winny wielu grzechów, w tym grzechu zazdrości ponad miarę, ale czy nie byłoby tak, że gdybym zrobił krzywdę Twoim bliskim, to nigdy więcej byś się do mnie nie odezwał? Jaki więc byłby w tym sens? - mówił tylko z pozoru leniwie, dobierał powoli słowa do tego dziwnego warkocza, skręcanego powrozu spowiedzi, ku jakiej poprowadził go Selwyn. Przeniósł przy tym w końcu pochmurne tęczówki na swojego rozmówcę, gdy palce zataczały powolne kręgi nad dawnymi słowami utrwalonymi piórem na grubym, czerpanym papierze. - Byłem wtedy, gdy to pisałem jeszcze w Poisy... byłem wtedy u kresu. Chciałem zobaczyć. Poczuć. Doświadczyć tego fascynującego świata, który mi Ciebie zabrał, który wybrałeś zamiast mnie. - smutek dociążała gorycz i gniew trzymany wciąż na wodzy, inny od kłótni, która zakończyła ich francuski rozdział, inny od krzyku wściekłości, od huraganu, który przeszedł przez pokój w którym wtedy rozmawiali. - Chciałem zobaczyć jak pracujesz, jak spędzasz wolny czas, z kim przychodzi Ci rozmawiać... Jak bardzo różni się to od życia które wiedliśmy w Paryżu? Co ma do zaoferowania to miejsce, czego ja nie mogłem Ci dać? Chciałem zatopić w tym wszystkim zęby, żeby zrozumieć, ruszyć się, zmienić coś, by móc w końcu obudzić się z oczekiwania, ze snu, w którym do mnie wracasz. - Ostatnie słowa już cedził przez zaciśnięte zęby. Podniósł się gwałtownie, choć od razu jego kroki powiodły nie ku Jonathanowi, a do okna. Dopiero tam się zatrzymał odchylając zaśłony, skupiając na zewnętrzu, próbując zmusić się do spokoju.
- Być może nie lubię być przesłuchiwany w przedsionku zaraz po wejściu do domu. Dlaczego od razu zakładasz, że nie chcę odpowiedzieć Ci na Twoje pytania? - odetchnął odsuwając list od wyraźnie zasmuconych oczu - nieczęstej ekspresji dedykowanej tylko Jonathanowi, w chwilach gdy jego były kochanek był przekonany, że są sami. W chwili, gdy już podchodził na przyjęciu by powiedzieć kilka słów, co zbiegło się z zasłabnięciem Morpheusa.
- Wolę być przesłuchiwany tu, w salonie, w wygodnym fotelu - dodał, odkładając list na stolik stojący między nimi. - Zaczynając więc od pierwszego pytania... - podjął powoli, wzrokiem ześlizgując się po nowszym liście, zawierajacym zdecydowanie więcej słów, bardzo konsekwentnie nie patrząc Jonathanowi w twarz. - ... gdybyś to zrobił, uczyniłbyś mnie najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi i wszedłbym w tę pułapkę z szeroko otwartymi ramionami, myśląc o tym, że wolę zginąć w Twoim objęciu otulony słodkim kłamstwem, niż mierzyć się z rzeczywistością w której nigdy mnie nie kochałeś, tak jak ja kocham Ciebie. - Przez krótki moment przebiegł cień zażenowania przez przystojną twarz, lecz może to gra świateł podbity obawami gospodarza, bo ton i słowa pozostawały zwyczajnie smutne, pozbawione sarkazmu i blichtru roześmianej maski założonej podczas farsy, która miała miejsce na koncercie. - Te złote liście... wykończenia mankietów... Wyglądałeś tak... - umilkł nagle przez moment poddając się marzeniu, porzucając drugi z listów, pozostawiając jednak myśl, że może nie tylko plotka dała impuls do tej dziwnej zmiany.
- Pytanie drugie: nie wiem o jakim zastraszaniu mówisz. Jestem winny wielu grzechów, w tym grzechu zazdrości ponad miarę, ale czy nie byłoby tak, że gdybym zrobił krzywdę Twoim bliskim, to nigdy więcej byś się do mnie nie odezwał? Jaki więc byłby w tym sens? - mówił tylko z pozoru leniwie, dobierał powoli słowa do tego dziwnego warkocza, skręcanego powrozu spowiedzi, ku jakiej poprowadził go Selwyn. Przeniósł przy tym w końcu pochmurne tęczówki na swojego rozmówcę, gdy palce zataczały powolne kręgi nad dawnymi słowami utrwalonymi piórem na grubym, czerpanym papierze. - Byłem wtedy, gdy to pisałem jeszcze w Poisy... byłem wtedy u kresu. Chciałem zobaczyć. Poczuć. Doświadczyć tego fascynującego świata, który mi Ciebie zabrał, który wybrałeś zamiast mnie. - smutek dociążała gorycz i gniew trzymany wciąż na wodzy, inny od kłótni, która zakończyła ich francuski rozdział, inny od krzyku wściekłości, od huraganu, który przeszedł przez pokój w którym wtedy rozmawiali. - Chciałem zobaczyć jak pracujesz, jak spędzasz wolny czas, z kim przychodzi Ci rozmawiać... Jak bardzo różni się to od życia które wiedliśmy w Paryżu? Co ma do zaoferowania to miejsce, czego ja nie mogłem Ci dać? Chciałem zatopić w tym wszystkim zęby, żeby zrozumieć, ruszyć się, zmienić coś, by móc w końcu obudzić się z oczekiwania, ze snu, w którym do mnie wracasz. - Ostatnie słowa już cedził przez zaciśnięte zęby. Podniósł się gwałtownie, choć od razu jego kroki powiodły nie ku Jonathanowi, a do okna. Dopiero tam się zatrzymał odchylając zaśłony, skupiając na zewnętrzu, próbując zmusić się do spokoju.