Lewy kącik ust zadrgał ku górze na brzmienie odpowiedzi Selwyna. Ledwie zauważalnie z tej perspektywy, gdy Jean stał tyłem do gospodarza i wpatrywał się w mrok nocy otaczającej rezydencję. Były powody, dla których obaj mężczyźni zapadli się w siebie, były intrygujące różnice, ale jakże słodkie podobieństwa. Pokój pachniał strachem, uszy łaskotało łomoczące serce, próbujące wydostać się z klatki. Strach zmieszany z podnieceniem, odwieczna gra zmysłów, w której istotom mroku pozostało obserwować i atakować, gdy nadejdzie właściwa pora. Hrabia był zbyt stary, by bawić się w kotka i myszkę, a jednocześnie emocje, zbyt dużo emocji unoszących się w naelektryzowanym powietrzu zdawały się upajać lepiej niż krew odurzonych narkotykami niedoszłych samobójców.
Ból był realny. Ból przypominał w egzystencji trwającej zbyt długo, o tym jak prawdziwie smakowało życie.
Przymknął oczy, kiedy oddech Jonathana połaskotał jego chłodną skórę wysyczanymi domysłami. Jeśli miało to doprowadzić go na skraj, było już za późno - on dawno tę granicę miał przekroczoną. Wbrew obawom Selwyna atak jednak nie nastąpił. Zamiast tego, po chwili ciszy Jean podjął dalej, tym samym miarowym, niespiesznym tempem pozornie uspokojonego głosu:
- Pytanie trzecie. Nie zamierzałem Ci sugerować, że mógłbym zrobić Ci coś gorszego, aby Cię zastraszać tu i teraz. Zarzucasz mi wciąż, że nie pozwoliłem Ci odejść i przez to nie możesz mi zaufać. Proszę. Pozwoliłem Ci odejść. Znasz moje możliwości i wiesz, że nie wykorzystałem ich przeciwko Tobie. Pozwoliłem Ci odejść, bo nie zmusiłem Cię do pozostania, nie zmuszam teraz do powrotu - dodał cicho i przełknął ślinę, zwieszając głowę, znów patrząc na stukające w parapet długie palce. - Ale to nie ma znaczenia, prawda? Cokolwiek bym nie powiedział i tak mi w nic nie uwierzysz. Po co więc w ogóle ta rozmowa, po co to zaproszenie? Czego ode mnie chcesz? - wraz z ostatnim pytaniem odwrócił się, ale nie potrzedł. Pozostał przykuty do okna, do parapetu, jakby była to jedyna droga niedostępnej ucieczki. Ramiona miał opuszczone, twarz pełną rezygnacji i bezsilności.
Ból był realny. Ból przypominał w egzystencji trwającej zbyt długo, o tym jak prawdziwie smakowało życie.
Przymknął oczy, kiedy oddech Jonathana połaskotał jego chłodną skórę wysyczanymi domysłami. Jeśli miało to doprowadzić go na skraj, było już za późno - on dawno tę granicę miał przekroczoną. Wbrew obawom Selwyna atak jednak nie nastąpił. Zamiast tego, po chwili ciszy Jean podjął dalej, tym samym miarowym, niespiesznym tempem pozornie uspokojonego głosu:
- Pytanie trzecie. Nie zamierzałem Ci sugerować, że mógłbym zrobić Ci coś gorszego, aby Cię zastraszać tu i teraz. Zarzucasz mi wciąż, że nie pozwoliłem Ci odejść i przez to nie możesz mi zaufać. Proszę. Pozwoliłem Ci odejść. Znasz moje możliwości i wiesz, że nie wykorzystałem ich przeciwko Tobie. Pozwoliłem Ci odejść, bo nie zmusiłem Cię do pozostania, nie zmuszam teraz do powrotu - dodał cicho i przełknął ślinę, zwieszając głowę, znów patrząc na stukające w parapet długie palce. - Ale to nie ma znaczenia, prawda? Cokolwiek bym nie powiedział i tak mi w nic nie uwierzysz. Po co więc w ogóle ta rozmowa, po co to zaproszenie? Czego ode mnie chcesz? - wraz z ostatnim pytaniem odwrócił się, ale nie potrzedł. Pozostał przykuty do okna, do parapetu, jakby była to jedyna droga niedostępnej ucieczki. Ramiona miał opuszczone, twarz pełną rezygnacji i bezsilności.