10.12.2024, 22:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2024, 22:14 przez Dægberht Flint.)
Być ja morze lub rwący potok, a jednak wydać z siebie krótkie hmph, zamiast dać ujście kotłującej się w środku myśli...
- Jeżeli myślisz, że musisz dusić w sobie jakieś opinie, to mylisz się. Udźwignę każdą szczerość z ust płynącą, nie jestem niewolnikiem konwenansów ani żałośnie niskiej samooceny.
Nawet się trochę wystawiał - na gradobicie, na fale zatapiające go coraz głębiej w otchłani fascynacji. Z niektórych burz nigdy się nie wychodziło, ale to wcale nie sprawiało, że zamierzał je omijać. Chaos potrafił być piękniejszy niż najpiękniejsze i najspokojniejsze porty świata, do których chciała wracać większość marynarzy.
- Ekscentrycy. Na pewno już na starcie wypadłem dużo lepiej, przygotowując spotkanie jak na rocznicę ślubu, ale z pominięciem dobrego sprawdzenia prognozy pogody. - Był w tym absurdzie podejrzanie wręcz samoświadomy i wcale się tego nie wstydził. Mówił o tym roześmiany, wesoły, chociaż coś w nim mówiło, że to jednak nie wszystko, co miał do pokazania. Część Flinta pozostawała zagadką - jego gesty były niczym wskazówki - dziwne błyski w oku, które widziało każdy znany ludziom kontynent. Coś takiego powinno świadczyć o ludzkiej sile, Flint jednak nie miał tego w sobie. Owszem, kipiał zadziornością i upartością, ale nie miał w sobie z pewnością tego czegoś, co posiadał Alastor - tego wrażenia, że udźwignie absolutnie wszystko. Jego rysy były delikatne, równie co jej brat niemal wyrzeźbione - mogliby konkurować w wyborach na osobę najbardziej przypominającą posąg, ale nawet najmniej precyzyjny historyk nie określiłby ich krajów ich pochodzenia jako zbliżonych do siebie. Bo do Moody'ego pasowały chłód jasnego kamienia kojarzonego z antycznymi cywilizacjami południa Europy, skupienie twórcy na sile mięśnia i zatrzymaniu czasu na chwili, kiedy piękno ludzkiego ciała osiągało najwyższą formę godną podziwiania jej z dołu, stojąc u stóp kilkumetrowego posągu wyższego niż niektóre londyńskie kamienice. Flint był kruchy, a jego skóra miała ciepły odcień ziemi skąpanej w zachodzącym słońcu. Twarz mu niosła ciepło pustyń i ich opowieści - słońce kochało go aż zbyt mocno i on też musiał kochać słońce - jakiekolwiek siły go stworzyły rozumiały istotę piękna i przyozdobiły jego oblicze cichym uśmiechem, łagodzącym go w taki sposób, który kazał człowiekowi sądzić, że noszona przez niego uroda nigdy nie była zbroją. I tak też w istocie było - te włosy i zarost, jakie czasami nosił, posiadały w sobie znamiona przynajmniej lekkiego zaniedbania, a przynajmniej braku zainteresowania tematem. On był posągiem spoglądającym w niebo z rozprostowanymi w górę rękoma, niosącym wspomnienie starożytnego dziedzictwa, którego nie zachowały rzymskie biblioteki. - Wolałabyś być na jakimś głośnym przyjęciu?
Nie rozumiał tego pragnienia śmierci.
- Pokusa... - Powtórzył po niej. - To przestaje brzmieć jak zew pustki.
Najwyraźniej nie wiedział, jak to skomentować, ale nie uczynił też tej chwili nadmiernie niezręczną. Odpowiedział na pytania, przekierowując ciężar rozmowy na swoje wyprawy.
- Tak włażę. Nie korzysta się z mioteł, bo wiatr nad wodą bywa czymś niemożliwym do okiełznania, a statki zaklina się tak, żeby w najgorszym momencie dało się na przynajmniej moment zanurzyć pod wodę. - To jednak również nie należało do rzeczy bezpiecznych i przyjemnych. - I pływałem z różnymi osobami. Pływałem też sam. Nie spoglądałem nigdy na pochodzenie załogi, tylko na to czy cel wyprawy pokrywał się z moim.
- Jeżeli myślisz, że musisz dusić w sobie jakieś opinie, to mylisz się. Udźwignę każdą szczerość z ust płynącą, nie jestem niewolnikiem konwenansów ani żałośnie niskiej samooceny.
Nawet się trochę wystawiał - na gradobicie, na fale zatapiające go coraz głębiej w otchłani fascynacji. Z niektórych burz nigdy się nie wychodziło, ale to wcale nie sprawiało, że zamierzał je omijać. Chaos potrafił być piękniejszy niż najpiękniejsze i najspokojniejsze porty świata, do których chciała wracać większość marynarzy.
- Ekscentrycy. Na pewno już na starcie wypadłem dużo lepiej, przygotowując spotkanie jak na rocznicę ślubu, ale z pominięciem dobrego sprawdzenia prognozy pogody. - Był w tym absurdzie podejrzanie wręcz samoświadomy i wcale się tego nie wstydził. Mówił o tym roześmiany, wesoły, chociaż coś w nim mówiło, że to jednak nie wszystko, co miał do pokazania. Część Flinta pozostawała zagadką - jego gesty były niczym wskazówki - dziwne błyski w oku, które widziało każdy znany ludziom kontynent. Coś takiego powinno świadczyć o ludzkiej sile, Flint jednak nie miał tego w sobie. Owszem, kipiał zadziornością i upartością, ale nie miał w sobie z pewnością tego czegoś, co posiadał Alastor - tego wrażenia, że udźwignie absolutnie wszystko. Jego rysy były delikatne, równie co jej brat niemal wyrzeźbione - mogliby konkurować w wyborach na osobę najbardziej przypominającą posąg, ale nawet najmniej precyzyjny historyk nie określiłby ich krajów ich pochodzenia jako zbliżonych do siebie. Bo do Moody'ego pasowały chłód jasnego kamienia kojarzonego z antycznymi cywilizacjami południa Europy, skupienie twórcy na sile mięśnia i zatrzymaniu czasu na chwili, kiedy piękno ludzkiego ciała osiągało najwyższą formę godną podziwiania jej z dołu, stojąc u stóp kilkumetrowego posągu wyższego niż niektóre londyńskie kamienice. Flint był kruchy, a jego skóra miała ciepły odcień ziemi skąpanej w zachodzącym słońcu. Twarz mu niosła ciepło pustyń i ich opowieści - słońce kochało go aż zbyt mocno i on też musiał kochać słońce - jakiekolwiek siły go stworzyły rozumiały istotę piękna i przyozdobiły jego oblicze cichym uśmiechem, łagodzącym go w taki sposób, który kazał człowiekowi sądzić, że noszona przez niego uroda nigdy nie była zbroją. I tak też w istocie było - te włosy i zarost, jakie czasami nosił, posiadały w sobie znamiona przynajmniej lekkiego zaniedbania, a przynajmniej braku zainteresowania tematem. On był posągiem spoglądającym w niebo z rozprostowanymi w górę rękoma, niosącym wspomnienie starożytnego dziedzictwa, którego nie zachowały rzymskie biblioteki. - Wolałabyś być na jakimś głośnym przyjęciu?
Nie rozumiał tego pragnienia śmierci.
- Pokusa... - Powtórzył po niej. - To przestaje brzmieć jak zew pustki.
Najwyraźniej nie wiedział, jak to skomentować, ale nie uczynił też tej chwili nadmiernie niezręczną. Odpowiedział na pytania, przekierowując ciężar rozmowy na swoje wyprawy.
- Tak włażę. Nie korzysta się z mioteł, bo wiatr nad wodą bywa czymś niemożliwym do okiełznania, a statki zaklina się tak, żeby w najgorszym momencie dało się na przynajmniej moment zanurzyć pod wodę. - To jednak również nie należało do rzeczy bezpiecznych i przyjemnych. - I pływałem z różnymi osobami. Pływałem też sam. Nie spoglądałem nigdy na pochodzenie załogi, tylko na to czy cel wyprawy pokrywał się z moim.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr