Czy Godryk go wydziedziczy? Czy matka się go wyrzeknie? Czy rodzeństwo będzie nadal się do niego odwiedzać? Nie wiedział, komu powie pan Dolohov. Komu zdradzi sekret syna. Czy następnego dnia będzie miał do czego wracać w pracy czy ujrzy jedynie świstek i puste biurko, a wszelkie drzwi się za nim zamkną. Jego świat wisiał na włosku, jego przyszłość. Wiedział, że Stany nie będą dla nich łaskawe.
Poddał swoją głowę chwili obecnej.
— Jestem tutaj, nie jesteś sam. — Może Morpheus podsłuchiwał. Może jednak znał jego ciąg myślenia bardziej, niż Vasilij chciał się do tego przyznać. Znał go lepiej niż własną duszę, gdy mówił: — Decyzja o grancie będzie niebawem. Jesteś geniuszem, przecież wiesz, że go dostaniesz. We dwoje nie musimy uciekać — gestem uniżenia grzesznicy z Nowego Testamentu, odsłonił skórę stóp Vasilija, przykładając do jednej policzek. Resztki deszczu, jak łzy oblewające Jeszułę. Metafora w metaforze. Ucałował je, w kompletnym zaprzeczeniu jakiejkolwiek granicy swojego uwielbienia. Największym wrogiem wolności był szczęśliwy niewolnik i nawet jeżeli teraz cierpiał, to przy Vasiliju właśnie taki był. Nie chował swojej wrażliwej myśli, drżącego umysłu, kruchych rzeczy, inaczej niż u Dolohova, Longbottom zdawał się topić w darze trzeciego oka. Dostrzegał za bardzo, zbyt niewyraźnie, dlatego przegrywał w walce ze samym sobą.
— Wybrać za ciebie czy potrzebujesz chwili? — Morpheus był niesamowicie fizyczną osobą. Lubił istnieć w przestrzeni, znać dotyk, dzielić go, a jednak w przestrzeni Vasilija stawał się niemal wyzbyty z potrzeb. Jego wieczny głód był nasycony, zaspokojony widokiem, zaspokojony dźwiękiem. Jak opowieści chrześcijańskiego folkloru, gdzie ekstaza przebywania z bogiem dawała wszystko, co było potrzebne. Poznając dogłębnie tarota, wczytywał się w historie o tych, którzy pozostawali skórą i kośćmi i żywili się jedynie ciałem swojego bóstwa, zrodzonego z ludzkiej kobiety.
Rozmasował kostkę Vasilija, aby zdjąć z pęcin napięcie. Uniósł ze swoich nizin spojrzenie na młodzieńca, czekając na pozwolenie, aby tamten mógł oddać władze w jego dłonie i pławić w rozkoszy poddania lub odzyskać rezon dyrygując swoim kochankiem wedle swojego upodobania. Longbottom był dziwakiem, ale to dobrze, bo Vasilij również był dziwny. Dorównywali sobie w tym wzajemnie, w tym niespotykanym rezonowniu dwóch różnych metali, wydających wspólnie jeden, czysty, świetlisty dźwięk, drżący w czaszce.