10.12.2024, 23:09 ✶
Baldwin.
Oczywiście, że Baldwin. Czyżby spodziewał się kogoś innego? No niestety, przeliczył się, bo poza blondynem na korytarzu nie było nikogo innego.
- Och wow. Nie szalej tak z tą ekscytacją.- Przewrócił lekko oczami nawet nie udając, że nie zauważył tego cienia zawodu. Okej może nie był pewną przesadnie nieśmiałą, uroczą brunetką, ale miał swoje zalety. Jakieś. Chyba. Uniósł butelkę do góry.- Ponoć “czułeś się w obowiązku zaprosić mnie do siebie”. - Zacytował Charlie'mu jego własne słowa.- Więc jestem. I przybywam z darami.
Oparł się ramieniem o futrynę, udając, że nie dostrzegł jak Charles zasłonił sobą wejście.
- Sądząc po tym, że jest środek tygodnia, a ty jesteś w pełni ubrany wnioskuję, że nie gościsz swojej Scylli, so… Na pewno jestem nie w porę, żeby osłodzić ci samotny wieczór?- Zmrużył lekko powieki, ewidentnie rozbawiony całą sytuacją. Każde słowo uderzało w takie nuty, że można było odnieść wrażenie jakoby Charlie miał się poczuć zaszczycony ową wspaniałomyślną, niezapowiedzianą wizytą.
Jednego nie można było Malfoy’owi odmówić - nawet jeśli niósł w sobie ziarno chaosu równie dumnie co Olimpijczycy pochodnię, to czuło się od niego czystokrwiste pochodzenie i wychowanie. Lekko zadarty podbródek, wyprostowane plecy, uśmieszek człowieka, któremu się po prostu nie odmawiało, gdy czegoś od ciebie żądał - nieważne czy towarzystwa, ciała czy duszy;
W całym tym równaniu była jeszcze jedna istota.
Rozalinda przechyliła szczurzy łeb, wlepiając niewidzące ślepia wprost w Charlie’go, zanim nie straciła nim kompletnie zainteresowania. Nadal miała na sobie ten różowy, wełniany sweterek, chociaż gdzieś musiała zgubić spinkę-motylka. Jak to pozornie niegroźne stworzonko, tak grzeczne w objęciach swojego właściciela, było tą samą krwiożerczą istotą, która wbijała ostre zębiska w kocie karki?
Oczywiście, że Baldwin. Czyżby spodziewał się kogoś innego? No niestety, przeliczył się, bo poza blondynem na korytarzu nie było nikogo innego.
- Och wow. Nie szalej tak z tą ekscytacją.- Przewrócił lekko oczami nawet nie udając, że nie zauważył tego cienia zawodu. Okej może nie był pewną przesadnie nieśmiałą, uroczą brunetką, ale miał swoje zalety. Jakieś. Chyba. Uniósł butelkę do góry.- Ponoć “czułeś się w obowiązku zaprosić mnie do siebie”. - Zacytował Charlie'mu jego własne słowa.- Więc jestem. I przybywam z darami.
Oparł się ramieniem o futrynę, udając, że nie dostrzegł jak Charles zasłonił sobą wejście.
- Sądząc po tym, że jest środek tygodnia, a ty jesteś w pełni ubrany wnioskuję, że nie gościsz swojej Scylli, so… Na pewno jestem nie w porę, żeby osłodzić ci samotny wieczór?- Zmrużył lekko powieki, ewidentnie rozbawiony całą sytuacją. Każde słowo uderzało w takie nuty, że można było odnieść wrażenie jakoby Charlie miał się poczuć zaszczycony ową wspaniałomyślną, niezapowiedzianą wizytą.
Jednego nie można było Malfoy’owi odmówić - nawet jeśli niósł w sobie ziarno chaosu równie dumnie co Olimpijczycy pochodnię, to czuło się od niego czystokrwiste pochodzenie i wychowanie. Lekko zadarty podbródek, wyprostowane plecy, uśmieszek człowieka, któremu się po prostu nie odmawiało, gdy czegoś od ciebie żądał - nieważne czy towarzystwa, ciała czy duszy;
W całym tym równaniu była jeszcze jedna istota.
Rozalinda przechyliła szczurzy łeb, wlepiając niewidzące ślepia wprost w Charlie’go, zanim nie straciła nim kompletnie zainteresowania. Nadal miała na sobie ten różowy, wełniany sweterek, chociaż gdzieś musiała zgubić spinkę-motylka. Jak to pozornie niegroźne stworzonko, tak grzeczne w objęciach swojego właściciela, było tą samą krwiożerczą istotą, która wbijała ostre zębiska w kocie karki?