Ofensywa w jaką przeszedł Jonathan, ilość charyzmy wtłoczonej w głos, pewności siebie, którą przesłaniały co prawda ostatnie dni, ale która wciąż stanowiła trzon jego osobowości...
- Nie mów, że nie wiedziałeś. - sarkał po francusku pod nosem, wcinając się w punktowanie mu uczuć. -Oczywiście, dla własnej korzyści pomalowałem nić, wiesz dobrze, że nie da się ich oszukać.
- niemal uniósł wargi w ostrzegawczym geście, ale wściekłe sarknięcia stawał się coraz cichsze - z każdym krokiem Jonathana odchylał się ochronnie, wciąż opierając biodra o parapet. Wyglądał tak, jakby nie chciał Selwyna tak blisko siebie, jakby to on obawiał się jego. Czy Jonathan strzelał poniżej pasa? Owszem, za to z jakim świetnym efektem, choć może niekoniecznie takim jaki by oczekiwał. Hrabia może i stracił gońca, ale otworzyło mu to drogę na wieżę. Czy jego dawny kochanek podszedłby do niego tak blisko? Czy podeszedłby w ogóle? Czy wyrzuciłby z siebie tak wiele słów obdarzając go pełnią uwagi, potwierdzając, że spojrzał na nici, potwierdzając ich barwę, której Jean sam nie mógł zobaczyć, a ledwie domyślał sięich odcienia ilościom myśli, które oddał Selwynowi bez względu na to czy tego chciał czy nie. To dawało bliskość, to dawało nadzieję. Był wściekły. Był zachwycony. W zmrużonych błękitach iskrzyło niebezpiecznie, magnetyzm stawał się między nimi trudny do zniesienia, w rwanym oddechu wzajemnej niechęci ścierającej się z energią czyniącą ich przed laty nierozłącznymi.
A potem Jonathan powiedział o pokoju, o wazie. Ale przede wszystkim powiedział o swoim żebrze, niechlubnej pamiątce ostatniej francuskiej konfrontacji. I stojąc tak blisko, mając tak dobry ogląd na twarz swojego gościa, Selwyn zobaczył to - niezrozumienie, niedowierzanie, a potem szybki rzut oka na ukryte przecież pod materiałem odzienia ciało. Jego rozmówca z oczywistych względów wiedział o wazie i pokoju, ale całkiem prawdopodobne, że nie wiedział o czymś o wiele istotniejszym. Wampir w odruchu wyciągnął rękę ku górze, jakby chciał go dotknąć niczym Tomasz Didymos pragnął wsadzać palce w Chrystusowe rany, aby uwierzyć, ale rychło się powstrzymał i odsunął dłoń.
Były ambasador mógł pogratulować sobie kontry. Pchnięcie retorycznej szpady przecięło wstęgę i odrzuciło maskę oponenta. Czy była to jednak twarz, którą spodziewał się zobaczyć? Twarz pełna troski i zdezorientowania, ta sama, która kilka dni temu bezgłośnie wypowiadała w jego stronę prośbę, by na siebie uważał, na moment przed teleportacją?
Jean zdecydowanie nie wiedział co zrobić, wytrącony z tempa rozmowy, przygwożdżony do okna, przygwożdżony faktem, który liczył sobie już sześć długich lat.
- Wy... ludzie, jesteście tacy krusi - szepnął, czy jeknął właściwie, oddychając płytko, tym razem jednoznacznie z nerwów. - Byłem taki wściekły, gdy oznajmiłeś mi, że wyjeżdżasz, gdy przekreśliłeś jednym głupim listem wszystko to, co nas łączyło i nawet się nie zająknąłeś czy chciałbym przyjechać tu z Tobą... nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło, ale... och, to niczego nie usprawiedliwia! - przerwał sam sobie, zdenerwowany - Jonathan przepraszam. Nie chciałem... Nigdy nie chciałem zrobić Ci krzywdy. Czy to... czy to Cię nadal boli? - zapytał niepewnie, w szeroko rozwartych, utkwionych w nim oczach zaszywając błaganie, by nie trzymał go w niepewności.
- Nie mów, że nie wiedziałeś. - sarkał po francusku pod nosem, wcinając się w punktowanie mu uczuć. -Oczywiście, dla własnej korzyści pomalowałem nić, wiesz dobrze, że nie da się ich oszukać.
- niemal uniósł wargi w ostrzegawczym geście, ale wściekłe sarknięcia stawał się coraz cichsze - z każdym krokiem Jonathana odchylał się ochronnie, wciąż opierając biodra o parapet. Wyglądał tak, jakby nie chciał Selwyna tak blisko siebie, jakby to on obawiał się jego. Czy Jonathan strzelał poniżej pasa? Owszem, za to z jakim świetnym efektem, choć może niekoniecznie takim jaki by oczekiwał. Hrabia może i stracił gońca, ale otworzyło mu to drogę na wieżę. Czy jego dawny kochanek podszedłby do niego tak blisko? Czy podeszedłby w ogóle? Czy wyrzuciłby z siebie tak wiele słów obdarzając go pełnią uwagi, potwierdzając, że spojrzał na nici, potwierdzając ich barwę, której Jean sam nie mógł zobaczyć, a ledwie domyślał sięich odcienia ilościom myśli, które oddał Selwynowi bez względu na to czy tego chciał czy nie. To dawało bliskość, to dawało nadzieję. Był wściekły. Był zachwycony. W zmrużonych błękitach iskrzyło niebezpiecznie, magnetyzm stawał się między nimi trudny do zniesienia, w rwanym oddechu wzajemnej niechęci ścierającej się z energią czyniącą ich przed laty nierozłącznymi.
A potem Jonathan powiedział o pokoju, o wazie. Ale przede wszystkim powiedział o swoim żebrze, niechlubnej pamiątce ostatniej francuskiej konfrontacji. I stojąc tak blisko, mając tak dobry ogląd na twarz swojego gościa, Selwyn zobaczył to - niezrozumienie, niedowierzanie, a potem szybki rzut oka na ukryte przecież pod materiałem odzienia ciało. Jego rozmówca z oczywistych względów wiedział o wazie i pokoju, ale całkiem prawdopodobne, że nie wiedział o czymś o wiele istotniejszym. Wampir w odruchu wyciągnął rękę ku górze, jakby chciał go dotknąć niczym Tomasz Didymos pragnął wsadzać palce w Chrystusowe rany, aby uwierzyć, ale rychło się powstrzymał i odsunął dłoń.
Były ambasador mógł pogratulować sobie kontry. Pchnięcie retorycznej szpady przecięło wstęgę i odrzuciło maskę oponenta. Czy była to jednak twarz, którą spodziewał się zobaczyć? Twarz pełna troski i zdezorientowania, ta sama, która kilka dni temu bezgłośnie wypowiadała w jego stronę prośbę, by na siebie uważał, na moment przed teleportacją?
Jean zdecydowanie nie wiedział co zrobić, wytrącony z tempa rozmowy, przygwożdżony do okna, przygwożdżony faktem, który liczył sobie już sześć długich lat.
- Wy... ludzie, jesteście tacy krusi - szepnął, czy jeknął właściwie, oddychając płytko, tym razem jednoznacznie z nerwów. - Byłem taki wściekły, gdy oznajmiłeś mi, że wyjeżdżasz, gdy przekreśliłeś jednym głupim listem wszystko to, co nas łączyło i nawet się nie zająknąłeś czy chciałbym przyjechać tu z Tobą... nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło, ale... och, to niczego nie usprawiedliwia! - przerwał sam sobie, zdenerwowany - Jonathan przepraszam. Nie chciałem... Nigdy nie chciałem zrobić Ci krzywdy. Czy to... czy to Cię nadal boli? - zapytał niepewnie, w szeroko rozwartych, utkwionych w nim oczach zaszywając błaganie, by nie trzymał go w niepewności.