11.12.2024, 01:34 ✶
Ostateczna decyzja, jaką podjął, ignorując wszystkie te iskry, wynikała z kalkulacji ryzyka. To, co wiązało się z wyznaniem mu swoich uczuć, nie było warte straty partnera naukowego. Co jeżeli ten świat co sobie między sobą stworzyli, miał spłonąć? Co pozostanie z ich współpracy poza popiołem po napisanych wspólnie słowach? Nie chciał przeżywać tego znowu, oglądać tego, jak najważniejsze relacje jego życia okazywały się być kruche jak szkło.
- Nie powinieneś. - Nie istnieje w moim życiu nikt, kogo działania wobec mojej osoby mógłbym cenić ponad twoje. Nie zagłębiając się już nawet w meandry tego, co nas łączy, sama w sobie lojalność temu co stworzyłem... to coś, czemu ulegam.
A jednak prawda była taka, że gdyby się w Trelawneyu nie zauroczył, to zapewne zwolniłby go dokładnie w chwili, kiedy wiedział za dużo. O jego żonie. O jego córce. O bezsennych nocach. O tym, z jaką łatwością przychodziło mu się zdenerwować, jak... brzydko reagował na rzeczy, które powinien przyjmować z podniesioną głową. Nie potrzebował wokół siebie wścibskich oczu wędrujących tam, gdzie nie powinny. Ale Trelawney właśnie - ah, jego oczy nie zapędzały się w rejony, w których podświadomie chciałby go zobaczyć. To kazało mu się zastanawiać nad jednym: czy istniała miłość, która nie była jak żar trawiący ludzkie serce? Miłość, której można było zaufać. Miłość delikatna, skrząca się jak spokojna tafla wody w blasku letniego słońca - przychodząca powoli, a nie jakby spotkała się na rozdrożu dwójka ludzi spragnionych siebie nawzajem, jakby wyschły w ich okolicy wszelkie źródła ludzkiej bliskości. Albo zwyczajnie się zestarzał i lubił robić takie rzeczy powoli.
Zrównanie się ich spojrzeń wiązało się z oczywistym napięciem. Bo Peregrinus był absolutnie prześliczny i może faktycznie nieraz ich ciała i spojrzenia się już stykały, ale przecież nigdy nie zrobiły tego w takim kontekście. Powiedzieć boję się, a później uczynić taki gest. Ah, gdyby tylko ten flirt nie wiązał się z idiotycznym poczuciem, że jeżeli sięgnie ręką do jego włosów i zatopi w nich palce, to rozbije coś o wiele cenniejszego niż romans - wzajemne zrozumienie. Ale teraz się już przecież nie dało temu zaprzeczyć, to zaistniało, zostało wypowiedziane na głos, a on podsycał to, zachęcał do złożenia mu jakiegoś zapewnienia lub obietnicy.
Nie odchylił się w tył, a nawet rozprostował nieco rękę, zamykając ich oddechy w ciasnej klatce pomiędzy wpatrzonymi w siebie twarzami. Mimo obaw kotłujących się w głowie, ciało Dolohova było wyzbyte tego lęku. On wyglądał na pewnego siebie, na kogoś grającego w swoje głupie gierki.
- Jeden z najwybitniejszych wróżbitów swojego pokolenia pyta mnie właśnie, czy poprawnie zaobserwował, że coś do siebie czujemy. - Całkiem zabawne kiedy się wzięło pod uwagę, jak wielka część jego wypłaty została zarobiona na odpowiadaniu tak lub nie na pytania o zakochanie właśnie.
Wyglądał nieco senniej niż na początku tej rozmowy, ale wciąż bardzo dobrze rozumiał, co się działo i przybrał pozycję otwartą na to zbliżenie. Trelawney mógł zaobserwować, jak przestaje trzymać jedną nogę na drugiej i uśmiecha się delikatnie.
- Nie jest to ani jednostronne, ani niewłaściwe. Ale Peregrinusie, jest pomiędzy nami dokładnie tyle, ile dopuściliśmy do tego, żeby tam było. Nigdy nie oczekiwałem od ciebie, że cokolwiek zrobisz z tymi moimi spojrzeniami. Możemy funkcjonować jak dotychczas. Albo to, albo zadam ci pytania, z których ciężko ci będzie wybrnąć.
- Nie powinieneś. - Nie istnieje w moim życiu nikt, kogo działania wobec mojej osoby mógłbym cenić ponad twoje. Nie zagłębiając się już nawet w meandry tego, co nas łączy, sama w sobie lojalność temu co stworzyłem... to coś, czemu ulegam.
A jednak prawda była taka, że gdyby się w Trelawneyu nie zauroczył, to zapewne zwolniłby go dokładnie w chwili, kiedy wiedział za dużo. O jego żonie. O jego córce. O bezsennych nocach. O tym, z jaką łatwością przychodziło mu się zdenerwować, jak... brzydko reagował na rzeczy, które powinien przyjmować z podniesioną głową. Nie potrzebował wokół siebie wścibskich oczu wędrujących tam, gdzie nie powinny. Ale Trelawney właśnie - ah, jego oczy nie zapędzały się w rejony, w których podświadomie chciałby go zobaczyć. To kazało mu się zastanawiać nad jednym: czy istniała miłość, która nie była jak żar trawiący ludzkie serce? Miłość, której można było zaufać. Miłość delikatna, skrząca się jak spokojna tafla wody w blasku letniego słońca - przychodząca powoli, a nie jakby spotkała się na rozdrożu dwójka ludzi spragnionych siebie nawzajem, jakby wyschły w ich okolicy wszelkie źródła ludzkiej bliskości. Albo zwyczajnie się zestarzał i lubił robić takie rzeczy powoli.
Zrównanie się ich spojrzeń wiązało się z oczywistym napięciem. Bo Peregrinus był absolutnie prześliczny i może faktycznie nieraz ich ciała i spojrzenia się już stykały, ale przecież nigdy nie zrobiły tego w takim kontekście. Powiedzieć boję się, a później uczynić taki gest. Ah, gdyby tylko ten flirt nie wiązał się z idiotycznym poczuciem, że jeżeli sięgnie ręką do jego włosów i zatopi w nich palce, to rozbije coś o wiele cenniejszego niż romans - wzajemne zrozumienie. Ale teraz się już przecież nie dało temu zaprzeczyć, to zaistniało, zostało wypowiedziane na głos, a on podsycał to, zachęcał do złożenia mu jakiegoś zapewnienia lub obietnicy.
Nie odchylił się w tył, a nawet rozprostował nieco rękę, zamykając ich oddechy w ciasnej klatce pomiędzy wpatrzonymi w siebie twarzami. Mimo obaw kotłujących się w głowie, ciało Dolohova było wyzbyte tego lęku. On wyglądał na pewnego siebie, na kogoś grającego w swoje głupie gierki.
- Jeden z najwybitniejszych wróżbitów swojego pokolenia pyta mnie właśnie, czy poprawnie zaobserwował, że coś do siebie czujemy. - Całkiem zabawne kiedy się wzięło pod uwagę, jak wielka część jego wypłaty została zarobiona na odpowiadaniu tak lub nie na pytania o zakochanie właśnie.
Wyglądał nieco senniej niż na początku tej rozmowy, ale wciąż bardzo dobrze rozumiał, co się działo i przybrał pozycję otwartą na to zbliżenie. Trelawney mógł zaobserwować, jak przestaje trzymać jedną nogę na drugiej i uśmiecha się delikatnie.
- Nie jest to ani jednostronne, ani niewłaściwe. Ale Peregrinusie, jest pomiędzy nami dokładnie tyle, ile dopuściliśmy do tego, żeby tam było. Nigdy nie oczekiwałem od ciebie, że cokolwiek zrobisz z tymi moimi spojrzeniami. Możemy funkcjonować jak dotychczas. Albo to, albo zadam ci pytania, z których ciężko ci będzie wybrnąć.
with all due respect, which is none