11.12.2024, 01:55 ✶
Wierzył mu. A może bardzo chciał mu wierzyć, bowiem nie zniósłby, gdyby kolejny raz miał być pionkiem w czyjejś grze. Nie umiałby zmierzyć się z faktem, że za wszystkimi pocałunkami i czułymi gestami, jakie Rodolphus wykonał w jego kierunku tej nocy, kryło się jedynie zimne wyrachowanie. Wcześniej, w sypialni, gdy Perseus leżał pod nim z twarzą przyciśniętą do poduszki, mogłoby mieć to sens, ale chyba nawet Lestrange nie był aż tak dobrym aktorem, by udawać to, co stało się pod prysznicem? Z drugiej strony, był Niewymownym, Merlin jeden wie, czego ich tam uczą. Zatrzymał się więc na moment i spojrzał mu w oczy, a potem ostrożnie skinął głową i ruszył na dół. Nie protestował, gdy Rodolphus użyczał mu swojego ramienia; właściwie, to przyjął jego pomoc z wielką ulgą i radością. Dotyk był jego językiem miłości, choć w tym przypadku to słowo mu nie leżało. Język czułości lub oddania - tak, to trafniej opisywało spragnionego bliskości Perseusa.
Westchnął zaskoczony, czując napierający na siebie tors. Nie musisz, sam się tym zajmę, próbował zaprotestować, gdy mężczyzna kierował jego dłońmi, ale nie stawiał żadnego oporu. Właściwie, to było to nawet przyjemne, nawet trochę zabawne - miał najwyraźniej do czynienia z perfekcjonistą, podczas gdy sam był chodzącym chaosem - był krzywo zapiętą koszulą, podczas gdy Rodolphus przypominał nowe wypastowane buty. A kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak idiotycznie brzmią garderobiane porównania, uśmiechnął się do siebie pod nosem.
— Nie chciałem w to wierzyć, ale w czasie naszej krótkiej wycieczki do Brazylii dostałem od niego list. To znaczy, przeczytałem go dopiero, jak wróciłem do Anglii — sprostował, dziękując przy tym w duchu, że list trafił na jego biurko w Lecznicy Dusz, zamiast zostać wrzuconym przez otwór na pocztę w jego własnym mieszkaniu; nie wyobrażał sobie, co Pollux i Daphne mogliby zrobić, gdyby okazało się, że plotki na temat charakteru pobytu Perseusa we Francji okazały się prawdziwe. — Był... Był bardzo dumny z tego, co zrobił. Że wprowadził chaos, zniszczył najważniejszy dzień w moim życiu, a teraz śmieją się ze mnie za plecami. Tak, jak niby śmiano się z niego, gdy go zostawiłem — upuścił nóż na deskę do krojenia; wyglądało to tak, jakby chciał nim cisnąć, ale w porę się powstrzymał. Zaraz potem zacisnął palce na krawędzi blatu, tak mocno, że aż pobielały mu knykcie i pochylił się do przodu. — Jeśli czuł się upokorzony, to na pewno nie moim odejściem, ale tym, że razem ze mną zniknęły pieniądze na jego wygodne życie. Lubił opływać w luksus i chwalić się majątkiem, którego nie posiadał. Nie byłem jedynym mężczyzną w jego życiu, ale jedynym wystarczająco naiwnym, żeby... Ach, pieprzyć to. Pomidory na talerzu, zrozumiałem.
Ponownie chwycił nóż i zajął się rozsmarowywaniem masła, a robił to tak agresywnie, że kromki wręcz uginały się pod ciężarem jego nacisku i kończyły z dziurami. On jednak zdawał sobie nic z tego nie robić, kontynuując swoje zadanie zupełnie tak, jakby wpadł w jakiś trans, z którego wyrwało go dopiero kolejne pytanie Rodolphusa.
— Wiesz, że słyszę groźby ze strony moich pacjentów średnio trzy razy w tygodniu? Gdybym przejmował się każdą z nich, już dawno dałbym sobie wejść na głowę i zamieniłbym się z nimi miejscami. Może właśnie dlatego opuściłem gardę i nie uwierzyłem w niebezpieczeństwo... — westchnął przeciągle, wyjmując z lodówki świeżą szynkę, ser i dwa pomidory kupione niewątpliwie dziś rano, a potem zajął się układaniem ich na chlebie. Tym razem nie zawalił; zrobił to całkiem równo, ale gorzej poszło mu z pomidorami, równie krzywymi co kromki. — Nie powinienem był traktować go jak... jak psychiatra. Tłumaczyć go przed sobą, że powiedział tak, bo poczuł się zraniony. Empatia jest przydatna w gabinecie, ale w prawdziwym życiu... myślę, że powinienem wyjść z tej roli.
Zlizał sok z pomidora z palca i dopiero wtedy, gdy Rodolphus wspomniał o jego bratanicy odważył się na niego spojrzeć. Pierwszy raz od dłuższej chwili. Bellatrix. Jakże mógł o niej zapomnieć? Poczuł, jak wyrzuty sumienia wiercą mu dziurę w brzuchu - nie tylko przez to, że przespał się z jej narzeczonym, ale też... Och, czyżby wtedy pod starą czereśnią powiedział jej coś, co zrujnowało ich relację?
— Nie układa się wam, prawda? — zapytał ostrożnie, kładąc przy tym dłoń na jego ramieniu. Pocieszająco. Kojąco.
Westchnął zaskoczony, czując napierający na siebie tors. Nie musisz, sam się tym zajmę, próbował zaprotestować, gdy mężczyzna kierował jego dłońmi, ale nie stawiał żadnego oporu. Właściwie, to było to nawet przyjemne, nawet trochę zabawne - miał najwyraźniej do czynienia z perfekcjonistą, podczas gdy sam był chodzącym chaosem - był krzywo zapiętą koszulą, podczas gdy Rodolphus przypominał nowe wypastowane buty. A kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak idiotycznie brzmią garderobiane porównania, uśmiechnął się do siebie pod nosem.
— Nie chciałem w to wierzyć, ale w czasie naszej krótkiej wycieczki do Brazylii dostałem od niego list. To znaczy, przeczytałem go dopiero, jak wróciłem do Anglii — sprostował, dziękując przy tym w duchu, że list trafił na jego biurko w Lecznicy Dusz, zamiast zostać wrzuconym przez otwór na pocztę w jego własnym mieszkaniu; nie wyobrażał sobie, co Pollux i Daphne mogliby zrobić, gdyby okazało się, że plotki na temat charakteru pobytu Perseusa we Francji okazały się prawdziwe. — Był... Był bardzo dumny z tego, co zrobił. Że wprowadził chaos, zniszczył najważniejszy dzień w moim życiu, a teraz śmieją się ze mnie za plecami. Tak, jak niby śmiano się z niego, gdy go zostawiłem — upuścił nóż na deskę do krojenia; wyglądało to tak, jakby chciał nim cisnąć, ale w porę się powstrzymał. Zaraz potem zacisnął palce na krawędzi blatu, tak mocno, że aż pobielały mu knykcie i pochylił się do przodu. — Jeśli czuł się upokorzony, to na pewno nie moim odejściem, ale tym, że razem ze mną zniknęły pieniądze na jego wygodne życie. Lubił opływać w luksus i chwalić się majątkiem, którego nie posiadał. Nie byłem jedynym mężczyzną w jego życiu, ale jedynym wystarczająco naiwnym, żeby... Ach, pieprzyć to. Pomidory na talerzu, zrozumiałem.
Ponownie chwycił nóż i zajął się rozsmarowywaniem masła, a robił to tak agresywnie, że kromki wręcz uginały się pod ciężarem jego nacisku i kończyły z dziurami. On jednak zdawał sobie nic z tego nie robić, kontynuując swoje zadanie zupełnie tak, jakby wpadł w jakiś trans, z którego wyrwało go dopiero kolejne pytanie Rodolphusa.
— Wiesz, że słyszę groźby ze strony moich pacjentów średnio trzy razy w tygodniu? Gdybym przejmował się każdą z nich, już dawno dałbym sobie wejść na głowę i zamieniłbym się z nimi miejscami. Może właśnie dlatego opuściłem gardę i nie uwierzyłem w niebezpieczeństwo... — westchnął przeciągle, wyjmując z lodówki świeżą szynkę, ser i dwa pomidory kupione niewątpliwie dziś rano, a potem zajął się układaniem ich na chlebie. Tym razem nie zawalił; zrobił to całkiem równo, ale gorzej poszło mu z pomidorami, równie krzywymi co kromki. — Nie powinienem był traktować go jak... jak psychiatra. Tłumaczyć go przed sobą, że powiedział tak, bo poczuł się zraniony. Empatia jest przydatna w gabinecie, ale w prawdziwym życiu... myślę, że powinienem wyjść z tej roli.
Zlizał sok z pomidora z palca i dopiero wtedy, gdy Rodolphus wspomniał o jego bratanicy odważył się na niego spojrzeć. Pierwszy raz od dłuższej chwili. Bellatrix. Jakże mógł o niej zapomnieć? Poczuł, jak wyrzuty sumienia wiercą mu dziurę w brzuchu - nie tylko przez to, że przespał się z jej narzeczonym, ale też... Och, czyżby wtedy pod starą czereśnią powiedział jej coś, co zrujnowało ich relację?
— Nie układa się wam, prawda? — zapytał ostrożnie, kładąc przy tym dłoń na jego ramieniu. Pocieszająco. Kojąco.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory