11.12.2024, 04:43 ✶
Jak na ironię, mijały dwadzieścia cztery godziny odkąd weszli do tamtej jaskini. Być może już minęły, bo stanęli w Snowdonii na długo przed zachodem słońca a teraz za oknem zapadał już gęsty zmierzch. Wspomnienia poprzedniej nocy wciąż były żywe, ale nijak się miały do tego, co działo się tego wieczoru.
To było otumaniające. Uderzało obuchem w głowę dokładnie tak jak te wszystkie wypowiadane słowa. Każde kolejne było tylko bardziej bolesne od poprzedniego. Dzień wcześniej niemalże zginęli, ale Ambroise dopiero teraz zdawał sobie sprawę z tego, że wtedy wcale nie umierał.
Był bliski fizycznej śmierci, oboje byli. Odczuwał te wszystkie kurewsko trudne emocje, bał się o Geraldine nawet wtedy, kiedy demon wyciągnął po niego swoje oślizgłe macki. Przez jego głowę przebiegały miliony myśli na raz, ale żadna nie była podobna do tych teraz. Nawet wtedy, kiedy myślał, że mogą stamtąd nie wyjść, nie zobaczyć, nie czuł się tak zdesperowany. Nie umierał od środka w taki sposób.
Robił to w tej chwili. To, co pozostawił w grocie było ciężkie do zaakceptowania, jednakże nie tak jak to, co gasło w nim w tej chwili. Teraz, gdy faktycznie się ze sobą żegnali. Nie czuł, by była dla nich jakakolwiek nadzieja. Zresztą nigdy nie chciał się tym karmić, jednak chyba zawsze gdzieś tam miał nadzieję, że w dalszym ciągu coś ich łączyło. Jeśli nie rzeczywistość i przyszłość to chociaż, aż te wszystkie wspomnienia.
Teraz mówiła mu, że nigdy ich nie mieli. Wyrzucała z siebie kolejne miażdżące zdania. Słowo po słowie burzyła wszystkie złudzenia. Nigdy w niego nie wierzyła. To bolało. Musiała zdawać sobie z tego sprawę, gdy tym w niego uderzała. Niszczyła go w tej chwili. Po prostu go teraz niszczyła. A on chyba nie miał już żadnego powodu, aby jej nie wierzyć.
Tym razem postawili na brutalną szczerość. Rina na nią postawiła. On ją do tego skłonił, może nawet przynosił, postawił ją pod ścianą aż w końcu pękła i mu to wszystko wyrzuciła. W jednej chwili jego wizja tego, co niegdyś mieli zaczęła pękać jak bańka mydlana, w której już nie byli.
Nie wierzyła w jego intencje. Nigdy w niego nie wierzyła. To po cholerę z nim tkwiła? Spędzili ze sobą tyle lat, że naprawdę trudno było pojąć, że nigdy tego nie robiła. Że zawsze gdzieś tam sądziła, że ją porzuci, zostawi. Że ich wszystkie wspólne plany i deklaracje były podszyte tym lękiem i powątpiewaniem. Skrzywdził ją, ale ona teraz też kurewsko go krzywdziła.
Cóż. Zawsze byli siebie warci. Czy to jako przyjaciele, czy to jako wrogowie. Jako partnerzy? W tym momencie czuł się jej cholernie niewarty. Sama zresztą też dawała mu to do zrozumienia. Nie chciał jej gryźć, ciskać w nią słowami, skakać sobie nawzajem do gardeł, ale akceptacja nie nadchodziła.
Zamiast tego odczuwał narastający gniew pchający go ku jeszcze bardziej pochopnym słowom. Ta chwila wyzwoliła w nim coś, czego nigdy wcześniej nie wywołała u niego żadna z ich kłótni. Nigdy wcześniej nie czuł tak okrutnej, żałosnej potrzeby odwzajemniania się za to, co mu robiła.
- Kiedy w końcu przestaniesz być tak bezmyślna w swoich obietnicach? - odbił pytanie, świdrując Geraldine wzrokiem.
Spojrzał na nią z gniewem, nie mogąc uwierzyć w jej słowa. Znowu mu to robiła. Mieszała mu w głowie, sprawiała, że czuł się jak ostatni gnój. Odwrócił się plecami, nie chcąc jej słuchać, ale nie mógł nic na to poradzić, że słowa Geraldine w dalszym ciągu do niego docierały. Jak jebane sztylety. Nadal mówiła. W dalszym ciągu bredziła o miłości, gdy traktowali się w ten sposób. Kiedy ją od siebie odpychał.
- To nie jest miłość. Uświadom to sobie. Mi to już uświadomiłaś. To nigdy nie była miłość. Nie była, nie jest i nie będzie. Twoje słowa nic nie znaczą, jeśli nie potrafisz zrozumieć mojej perspektywy - nigdy wcześniej nie posunął się do czegoś takiego. - Nie jestem psem, który skacze na każde twoje słowo - naprawdę go tym wszystkim wkurwiła.
Nieważne jak bardzo było źle między nimi. Nie zszedł do tego poziomu. Nie groził jej rozstaniem, przynajmniej nie poza tamtym niechlubnym momentem dwa razy w życiu, kiedy chciał, żeby wiedziała, że ma wybór i nie musi tkwić z nim w bagnie. Świadomie przy nim była. Tyle tylko, że teraz to wszystko podważała. Tym, co właśnie robiła.
Kolejnymi słowami. Tym, że w niego nie wierzyła. To po chuja z nim była?
- No to się doczekałaś - skomentował wyzywająco, niemalże się przy tym uśmiechając, choć zamiast tego po prostu machnął rękami.
No cóż, przynajmniej w tym jednym nie zawiódł swojej dziewczyny. Zrobił dokładnie to, czego się po nim spodziewała. Za cholerę nie miał pojęcia, czemu to robiła, ale to chyba było bez znaczenia. Wydawało mu się, że dawał jej dostatecznie dużo powodów do tego, żeby czuła się przy nim bezpiecznie. Najwidoczniej to też było wyłącznie jego mrzonkami.
- Dobrze wiedzieć, że nie miałaś we mnie wiary. Ani zaufania - zarzucił jej, mocno zaciskając przy tym szczękę, próbując rozmawiać, ale mając wrażenie, że Geraldine ma w chuju jego starania.
Ta rozmowa wręcz błyskawicznie zbiegła z właściwego toru i najwidoczniej już nie miała obrać kierunku pozwalającego im na odzyskanie czegokolwiek, co mieli jeszcze przed kilkoma minutami. Nie, zamiast tego coraz bardziej się pogrążał... ...oni się pogrążali, ale coraz bardziej wydawało mu się, że w istocie Geraldine wcale tego nie robiła.
Była wobec niego całkowicie szczera, prawda? Czy nie do tego od samego początku zmierzali? Chciał wierzyć w to, co mu wcześniej mówiła, nawet jeśli nie zamierzał jej pozwolić na wplątanie się w to bagno od nowa. Mimo to był coraz głębiej przekonany, że w tamtym momencie myślała życzeniowo. Nie miał pojęcia, co sobie wtedy wyobrażała. To, że jej nie rozumiał, to cholernie bolało, ale jeszcze bardziej bolała świadomość, że rozminęli się już na samym początku.
Wypuścił ją ze złotej klatki, w której rzekomo przez niego była. Odszedł, dał jej wolność. O co jej znowu chodziło?
- Złota klatka, usilnie próbowałem cię chronić, dobre sobie - skwitował krótkim, szczęśliwym parsknięciem; ni to śmiechem, ni to warkotem, czymś pomiędzy, nawet jeśli w istocie go to nie bawiło.
Był na nią wyłącznie coraz bardziej zły. Na siebie również. Tak właściwie to nie był w stanie powiedzieć, na kogo bardziej. Zresztą to nie miało znaczenia, bo oboje to sobie robili. Najwyraźniej w dalszym ciągu potrafili bez wahania niszczyć siebie nawzajem.
Prawdopodobnie nie powinno go to dziwić. Po tym, do czego doszło między nimi dwukrotnie, praktycznie trzykrotnie, jeśli liczyć chłodną wymianę zdań na mugolskim cmentarzu, prawdopodobnie powinien wierzyć w to bardziej niż w to, że mogą jeszcze spróbować być dla siebie. Pobyć tu tak po prostu. Razem.
Nie mógł powiedzieć, że nie potrafili znaleźć wspólnego języka. O ironio. Umieli to zrobić. Tyle tylko, że w tej chwili to była mowa gniewu. Ambroise nie wiedział, czy nie powinien stwierdzić, że wręcz nienawiści, bo chyba tym w stosunku do niego ziała.
Trudno było mu powiedzieć, że w istocie go jeszcze kochała. To nie wyglądało w ten sposób. Gdzieś w tym wszystkim chyba zatracili zdolność kochania się jak tamci ludzie, którzy już zresztą odeszli. Nie byli nimi. Nie znali się? Chciał wierzyć, że cokolwiek im pozostało, ale raz po raz udowadniali sobie, że ta miłość zniknęła, wyparowała.
Wszystko, co mieli przepadło. Wszystko, o co kiedykolwiek walczyli, już nie istniało. Tak właściwie to zaczynał kwestionować czy miało prawo istnieć, skoro jednocześnie tak bardzo w niego nie wierzyła. Nie ufała mu a chciała zakładać z nim rodzinę?
Nie. Nie zamierzał słuchać takiego pierdolenia. Robiła to wyłącznie po to, żeby mu teraz przyładować. Doskonale wiedziała, gdzie powinna uderzyć, by odbić to, co rzucał w jej kierunku. Nikt inny tego nie umiał. Wyłącznie ona tak potrafiła. Z tym, że chyba zapominała, wobec kogo to robiła. Też umiał grać nisko. Sama dała mu kiedyś odpowiednią talię.
- Wyśmienicie, że mi to teraz powiedziałaś. Dobrze, że nie wcześniej. Szkoda byłoby dzieciaka - skwitował bez chwili zawahania, bo skoro postanowiła być z nim szczera w tym, czego wtedy chciała to nie zamierzał się w czymkolwiek miarkować. - Przynajmniej jedno się nie zmieniło. Wtedy mielibyśmy jasność, teraz też ją mamy - mogła mówić, co chciała, on również.
Strzeliła go w twarz informacją, że chciała mieć z nim rodzinę, jednakże tym razem niemal się nie skrzywił. Odwrócił wzrok, aby nie widziała tego w jego oczach zaś jego usta mimowolnie wykrzywiły się w grymasie powątpiewania.
Szczerze wątpił w to, aby to planowała. To musiała być kolejna odpowiedź wymyślona na poczekaniu, ale to nie zmieniało faktu, że nie zamierzał udawać, że sam o tym nie myślał. Choć nie wątpił w to, że i tak nie zamierzała mu w to uwierzyć. Tak jak on nie wierzył Geraldine. Dyskredytowali się nawzajem. Ta siła, która między nimi istniała, teraz służyła wyłącznie do tego.
Nie powinna. Nie miała, ale wraz ze zniknięciem granic, najwidoczniej zniknęły też opory wobec wykorzystywania ich daru (choć to było raczej przekleństwo) do uderzania w najczulsze punkty.
Skoro Rina czuła się uprawniona do tego, aby mówić mu po czasie takie rzeczy to dawała to prawo również jemu. Mogli dołożyć cegiełkę do sterty, którą nieustannie tworzyli, rozbierając swój dom. Kamień po kamieniu. Aż nie miało nic zostać.
Wyszedł z sypialni, trzaskając drzwiami, jednak to wcale nic nie ułatwiło. Sytuacja wcale się nie zmieniła. To, że wyszedł z sypialni jak ostatni tchórz wyłącznie jeszcze bardziej go wkurwiło. Był zły na siebie, równie wściekły na Geraldine. Nie powinni zachowywać się w ten sposób. On nie powinien pęknąć, nieważne, co mu mówiła. Chciał być ponad to, chciał być odpowiedzialny i dojrzały. Tymczasem czuł się jak szczyl.
Szczególnie zarzekając się, że wyjdzie. Opuści to miejsce. Zniknie w pizdu. Szczekając, że to zrobi, lecz gdy przyszło co do czego, nie potrafiąc odejść stąd w ten sposób. Jednocześnie nie umiejąc też wrócić na górę i przeprosić. Zrobić czegoś, żeby naprawić błędy.
Zamiast tego usiadł na zewnątrz oparty o ścianę. Na brudnych deskach. Spojrzał w dal, starając się uspokoić, ale widział tylko nieprzeniknioną czerń, która odzwierciedlała jego wewnętrzny stan. I choć było coraz ciemniej, nie potrzebował obracać głowy, żeby dostrzec ruch we wnętrzu domu. Wyczuł go niemal bezwiednie. To też była jakaś dziwna, ciążąca mu siła.
Jego myśli, które jeszcze chwilę temu były pełne gniewu i bólu, teraz tylko krążyły bezładnie po głowie Greengrassa. Nie uniósł wzroku. W dalszym ciągu wbijał go przed siebie. Mimo to dostrzegał wszystko. Zimny powiew wiatru sprawił, że jej włosy lekko się uniosły, gdy postawiła pierwsze kroki obok niego ubrana w samą koszulę.
Jej stopy ledwo dotykały ziemi, a każdy krok, jaki stawiała zdawał się być pełen wahania. W blasku latarni morskiej wyglądała jak zjawa. Nawiedzała go. Kolejny raz go nawiedziła. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że w jej oczach dostrzegł cień, który zdawał się mówić więcej niż jakiekolwiek słowa. W końcu jeszcze bardziej odwrócił głowę, nie chcąc, by dostrzegła jego słabość.
Kiedy przeszła obok niego, milczenie wypełniło przestrzeń między nim. Jej włosy opadały na ramiona a twarz była częściowo zasłonięta cieniem. była ta sama dziewczyna, którą kochał, ale w tej chwili wydawała się tak odległa, jakby między nimi ziała przepaść.
Wciąż czuł ból po ich kłótni, jakby nóż w jego sercu nadal płonął. Każde wspomnienie jej słów pełnych gniewu i bólu wracało do niego z nową siłą. Kiedy usiadła obok, jego klatka piersiowa zaciśnięła się równie mocno, co gardło. Nie odezwał się. To nie była ta chwila. Milczenie między nimi stało się niemal namacalne.
Obecność, która kiedyś przynosiła mu radość, teraz cholernie mu ciążyła. Szczególnie, gdy Geraldine usiadła tak blisko, że mógł poczuć jej ciepło. Była taka bliska a jednocześnie tak daleka. Mógłby wyciągnąć ku niej rękę. Co by wtedy zrobiła?
Nad horyzontem zbierały się ciężkie, ciemne chmury. Wiatr, który zerwał się dosłownie znikąd, w przeciągu kilku chwil przynosił ze sobą zapach wilgoci, morskiej soli i nadchodzącej burzy. Jeszcze nie nadeszła, ale z pewnością nie miała ich ominąć. Nawet jeśli dzień był piękny i słoneczny, teraz pogoda zaczęła się zmieniać. Zupełnie tak, jakby zamierzała być oprawą dla ich prywatnego końca świata.
Wiatr hulał na wrzosowiskach wokół domu, rwał liście z niepodciętego, rozrośniętego żywopłotu - resztek tego, co jeszcze pozostało po dawnych nasadach tego, co niegdyś było ogrodem. Wszystko inne przejęły gałęzie jeżyn, które falowały pod naporem wiatru, stukając o siebie nawzajem.
Zrujnowana szklarnia, niegdyś pełna roślin, teraz ledwo stała, chybocząc się pod naporem wiatru. Przegnita, zmurszała konstrukcja trzeszczała tak, jakby mogła obalić się dosłownie w każdej sekundzie. Szkło w jej oknach brzęczało, jakby protestując przeciwko nadchodzącej burzy. Natura ewidentnie dostosowywała się do klimatu. Nie próbował myśleć, jakim cudem w niespełna dwa lata jego konstrukcja stała się jedynie cieniem samej siebie.
Cały ten dom nim był. Zupełnie tak, jakby czas w tym miejscu wcale się nie zatrzymał. Wbrew temu, co usiłowali udawać. A wręcz przyspieszył, domagając się zniszczenia i rozkładu czegoś, co miało tu stać jeszcze przez lata.
Porzucili to wraz z marzeniami, więc musiało tak być. Ich miejsce na krańcu świata nie mogło pozostać nietknięte, gdy wszystko inne tak bardzo się waliło. Rzeczywistość była ponura i szara, i nader wszystko lubiła harmonię. Nawet harmonię zanikania.
Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, uderzając o ziemię i tworząc drobne kałuże wśród zarośli. Niebo na horyzoncie rozświetlało się błyskawicami. Gdzieś tam w oddali dało się słyszeć pierwsze pomruki grzmotów narastające z każdą chwilą, ale nadal odległe, dochodzące jakby z innego świata - z miasteczka w dole, którego odległe światła falowały między wysuszonymi dolnymi gałęziami żywopłotu.
Tam nadal trwało życie. Ludzie jedli kolację i rozmawiali o pierwszym dniu września. Snuli plany i wymieniali spostrzeżenia. Stukali się kuflami w lokalnym pubie, żyli dla siebie nawzajem, czuli się częścią społeczności. Nieświadomi tego, że gdzieś tam dla kogoś właśnie trwał osobisty koniec świata.
Drugi raz, ale nie łatwiejszy. Końce świata miały to do siebie, że były trudne, ciężkie i skomplikowane. Inaczej nie byłyby końcami świata.
Milczał. Siedział na zniszczonych deskach ganku opierając się o zimny, wilgotny mur ruin, które kiedyś były ich domem. Rozmowa niczego by im nie przyniosła. Nawet jeśli byli blisko, jednocześnie znajdowali się mile od siebie. Każde z nich gdzieś indziej. Każde świadome tego, że nie było już ich wspólnej rzeczywistości, więc czy w ogóle mogli mówić o końcu świata? Chyba tak.
Wiatr wzmagał się szarpiąc gałęziami drzew i unosząc liście w powietrze. Ciemne chmury zbliżały się. Z każdą chwilą coraz bardziej przysłaniając resztki światła dnia. Było już niemal całkowicie ciemno.
Lecz to akurat w niczym mu nie przeszkadzało. W ciemnościach nie dało się dostrzec tego, co powinno pozostać ukryte. Widział jak wiatr szarpał włosami Geraldine, ale nie musiał widzieć czy płakała. Mógł się wyłącznie domyślać, choć to nie wychodziło mu już dobrze. Nie znali się. Nie rozumieli swojego języka, nawet mowy ciała. Milczenie było najlepszym, co mogli robić. Dopóki milczeli, wszystko... ...nie, nic nie było już dobrze, prawda? Nie było i nie miało.
Chciałby móc cofnąć czas, naprawić to, co zepsuli, ale wiedział, że to niemożliwe. Milczenie, które ich otaczało stawało się coraz bardziej nie do zniesienia. Zaciągnął się głęboko powietrzem, starając się zebrać myśli. Nie potrafił trzeźwo myśleć, chwila ciszy niczego nie zmieniła. Zamiast tego czuł jak w gardle narasta mu gorycz.
Z jednej strony pragnął ją objąć, poczuć jej ciepło, z drugiej strony wspomnienie ich kłótni wciąż go raniło. Chciał powiedzieć, że ją kocha, że wszystko, co się stało, nie miało zmienić tego uczucia, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Każda myśl była jak nóż, który wbijał się w jego serce, przypominając mu o słowach, które padły w gniewie, o ranach, które zadali sobie nawzajem. O tym, że w tej chwili prawdopodobnie udało mu się osiągnąć to, czego potrzebował.
Dał jej podstawy do tego, żeby go znienawidziła. Nie chciał, żeby to robiła. Czekał na słowo, które mogłoby przyspieszyć, całkowicie wszystko zniszczyć albo odwrócić bieg wydarzeń, ale w tej chwili milczenie było bardziej wymowne i przytłaczające niż jakiekolwiek oskarżenia. Próbował skupić się na odgłosach nocy, na dźwiękach burzy, ale były zbyt głośne w porównaniu do ich ciszy.
- Wiem, że nie będę tego w stanie naprawić, ale chcę, żebyś wiedziała, że tak nie myślę. Przepraszam - z rezygnacją opuścił głowę, uśmiechając się z goryczą, bo co mu niby pozostało?
Prawda była taka, że nie wiedział, co miałby powiedzieć. Po prostu siedział tam, zraniony i zagubiony, próbując zrozumieć, co dalej. Czy było w ogóle jakieś dalej po tym, co usłyszał? Co powiedział? Co sobie zrobili, on jej zrobił, ona mu zrobiła? To nie były słowa, które można było łatwo przełknąć, wybaczyć. To nie było coś takiego. To była przegrana sprawa, stracona chwila.
- Nie zamierzałem cię tu dzisiaj zostawiać. Nie chciałem, żebyś odchodziła - mimowolnie zaczął bawić się rzemykiem na nadgarstku, przesuwając go to w jedną, to w drugą stronę, oddychając urywanie, ale powoli.
Mogła mu wierzyć albo nie. Nie wątpił - nie wierzyła, ale wciąż to powiedział.
- Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Mimo wszystko, wciąż cię kocham, nawet jeśli to nie wystarcza - nie mieli cofnąć czasu, zwłaszcza przy świadomości tego, że to nie był ten moment, w którym wszystko się zawaliło, nie skoro już lata temu mu nie ufała, nie wierzyła.
Nie chciał ziać na nią wściekłością. Nie przebaczył jej tamtych słów, ona też nie musiała mu nic wybaczać. To się stało. Rysa była zbyt głęboka. Chwila minęła. Może nigdy nie istniała. A może gdzieś tam kiedyś była, ale przepadła bezpowrotnie.
To było otumaniające. Uderzało obuchem w głowę dokładnie tak jak te wszystkie wypowiadane słowa. Każde kolejne było tylko bardziej bolesne od poprzedniego. Dzień wcześniej niemalże zginęli, ale Ambroise dopiero teraz zdawał sobie sprawę z tego, że wtedy wcale nie umierał.
Był bliski fizycznej śmierci, oboje byli. Odczuwał te wszystkie kurewsko trudne emocje, bał się o Geraldine nawet wtedy, kiedy demon wyciągnął po niego swoje oślizgłe macki. Przez jego głowę przebiegały miliony myśli na raz, ale żadna nie była podobna do tych teraz. Nawet wtedy, kiedy myślał, że mogą stamtąd nie wyjść, nie zobaczyć, nie czuł się tak zdesperowany. Nie umierał od środka w taki sposób.
Robił to w tej chwili. To, co pozostawił w grocie było ciężkie do zaakceptowania, jednakże nie tak jak to, co gasło w nim w tej chwili. Teraz, gdy faktycznie się ze sobą żegnali. Nie czuł, by była dla nich jakakolwiek nadzieja. Zresztą nigdy nie chciał się tym karmić, jednak chyba zawsze gdzieś tam miał nadzieję, że w dalszym ciągu coś ich łączyło. Jeśli nie rzeczywistość i przyszłość to chociaż, aż te wszystkie wspomnienia.
Teraz mówiła mu, że nigdy ich nie mieli. Wyrzucała z siebie kolejne miażdżące zdania. Słowo po słowie burzyła wszystkie złudzenia. Nigdy w niego nie wierzyła. To bolało. Musiała zdawać sobie z tego sprawę, gdy tym w niego uderzała. Niszczyła go w tej chwili. Po prostu go teraz niszczyła. A on chyba nie miał już żadnego powodu, aby jej nie wierzyć.
Tym razem postawili na brutalną szczerość. Rina na nią postawiła. On ją do tego skłonił, może nawet przynosił, postawił ją pod ścianą aż w końcu pękła i mu to wszystko wyrzuciła. W jednej chwili jego wizja tego, co niegdyś mieli zaczęła pękać jak bańka mydlana, w której już nie byli.
Nie wierzyła w jego intencje. Nigdy w niego nie wierzyła. To po cholerę z nim tkwiła? Spędzili ze sobą tyle lat, że naprawdę trudno było pojąć, że nigdy tego nie robiła. Że zawsze gdzieś tam sądziła, że ją porzuci, zostawi. Że ich wszystkie wspólne plany i deklaracje były podszyte tym lękiem i powątpiewaniem. Skrzywdził ją, ale ona teraz też kurewsko go krzywdziła.
Cóż. Zawsze byli siebie warci. Czy to jako przyjaciele, czy to jako wrogowie. Jako partnerzy? W tym momencie czuł się jej cholernie niewarty. Sama zresztą też dawała mu to do zrozumienia. Nie chciał jej gryźć, ciskać w nią słowami, skakać sobie nawzajem do gardeł, ale akceptacja nie nadchodziła.
Zamiast tego odczuwał narastający gniew pchający go ku jeszcze bardziej pochopnym słowom. Ta chwila wyzwoliła w nim coś, czego nigdy wcześniej nie wywołała u niego żadna z ich kłótni. Nigdy wcześniej nie czuł tak okrutnej, żałosnej potrzeby odwzajemniania się za to, co mu robiła.
- Kiedy w końcu przestaniesz być tak bezmyślna w swoich obietnicach? - odbił pytanie, świdrując Geraldine wzrokiem.
Spojrzał na nią z gniewem, nie mogąc uwierzyć w jej słowa. Znowu mu to robiła. Mieszała mu w głowie, sprawiała, że czuł się jak ostatni gnój. Odwrócił się plecami, nie chcąc jej słuchać, ale nie mógł nic na to poradzić, że słowa Geraldine w dalszym ciągu do niego docierały. Jak jebane sztylety. Nadal mówiła. W dalszym ciągu bredziła o miłości, gdy traktowali się w ten sposób. Kiedy ją od siebie odpychał.
- To nie jest miłość. Uświadom to sobie. Mi to już uświadomiłaś. To nigdy nie była miłość. Nie była, nie jest i nie będzie. Twoje słowa nic nie znaczą, jeśli nie potrafisz zrozumieć mojej perspektywy - nigdy wcześniej nie posunął się do czegoś takiego. - Nie jestem psem, który skacze na każde twoje słowo - naprawdę go tym wszystkim wkurwiła.
Nieważne jak bardzo było źle między nimi. Nie zszedł do tego poziomu. Nie groził jej rozstaniem, przynajmniej nie poza tamtym niechlubnym momentem dwa razy w życiu, kiedy chciał, żeby wiedziała, że ma wybór i nie musi tkwić z nim w bagnie. Świadomie przy nim była. Tyle tylko, że teraz to wszystko podważała. Tym, co właśnie robiła.
Kolejnymi słowami. Tym, że w niego nie wierzyła. To po chuja z nim była?
- No to się doczekałaś - skomentował wyzywająco, niemalże się przy tym uśmiechając, choć zamiast tego po prostu machnął rękami.
No cóż, przynajmniej w tym jednym nie zawiódł swojej dziewczyny. Zrobił dokładnie to, czego się po nim spodziewała. Za cholerę nie miał pojęcia, czemu to robiła, ale to chyba było bez znaczenia. Wydawało mu się, że dawał jej dostatecznie dużo powodów do tego, żeby czuła się przy nim bezpiecznie. Najwidoczniej to też było wyłącznie jego mrzonkami.
- Dobrze wiedzieć, że nie miałaś we mnie wiary. Ani zaufania - zarzucił jej, mocno zaciskając przy tym szczękę, próbując rozmawiać, ale mając wrażenie, że Geraldine ma w chuju jego starania.
Ta rozmowa wręcz błyskawicznie zbiegła z właściwego toru i najwidoczniej już nie miała obrać kierunku pozwalającego im na odzyskanie czegokolwiek, co mieli jeszcze przed kilkoma minutami. Nie, zamiast tego coraz bardziej się pogrążał... ...oni się pogrążali, ale coraz bardziej wydawało mu się, że w istocie Geraldine wcale tego nie robiła.
Była wobec niego całkowicie szczera, prawda? Czy nie do tego od samego początku zmierzali? Chciał wierzyć w to, co mu wcześniej mówiła, nawet jeśli nie zamierzał jej pozwolić na wplątanie się w to bagno od nowa. Mimo to był coraz głębiej przekonany, że w tamtym momencie myślała życzeniowo. Nie miał pojęcia, co sobie wtedy wyobrażała. To, że jej nie rozumiał, to cholernie bolało, ale jeszcze bardziej bolała świadomość, że rozminęli się już na samym początku.
Wypuścił ją ze złotej klatki, w której rzekomo przez niego była. Odszedł, dał jej wolność. O co jej znowu chodziło?
- Złota klatka, usilnie próbowałem cię chronić, dobre sobie - skwitował krótkim, szczęśliwym parsknięciem; ni to śmiechem, ni to warkotem, czymś pomiędzy, nawet jeśli w istocie go to nie bawiło.
Był na nią wyłącznie coraz bardziej zły. Na siebie również. Tak właściwie to nie był w stanie powiedzieć, na kogo bardziej. Zresztą to nie miało znaczenia, bo oboje to sobie robili. Najwyraźniej w dalszym ciągu potrafili bez wahania niszczyć siebie nawzajem.
Prawdopodobnie nie powinno go to dziwić. Po tym, do czego doszło między nimi dwukrotnie, praktycznie trzykrotnie, jeśli liczyć chłodną wymianę zdań na mugolskim cmentarzu, prawdopodobnie powinien wierzyć w to bardziej niż w to, że mogą jeszcze spróbować być dla siebie. Pobyć tu tak po prostu. Razem.
Nie mógł powiedzieć, że nie potrafili znaleźć wspólnego języka. O ironio. Umieli to zrobić. Tyle tylko, że w tej chwili to była mowa gniewu. Ambroise nie wiedział, czy nie powinien stwierdzić, że wręcz nienawiści, bo chyba tym w stosunku do niego ziała.
Trudno było mu powiedzieć, że w istocie go jeszcze kochała. To nie wyglądało w ten sposób. Gdzieś w tym wszystkim chyba zatracili zdolność kochania się jak tamci ludzie, którzy już zresztą odeszli. Nie byli nimi. Nie znali się? Chciał wierzyć, że cokolwiek im pozostało, ale raz po raz udowadniali sobie, że ta miłość zniknęła, wyparowała.
Wszystko, co mieli przepadło. Wszystko, o co kiedykolwiek walczyli, już nie istniało. Tak właściwie to zaczynał kwestionować czy miało prawo istnieć, skoro jednocześnie tak bardzo w niego nie wierzyła. Nie ufała mu a chciała zakładać z nim rodzinę?
Nie. Nie zamierzał słuchać takiego pierdolenia. Robiła to wyłącznie po to, żeby mu teraz przyładować. Doskonale wiedziała, gdzie powinna uderzyć, by odbić to, co rzucał w jej kierunku. Nikt inny tego nie umiał. Wyłącznie ona tak potrafiła. Z tym, że chyba zapominała, wobec kogo to robiła. Też umiał grać nisko. Sama dała mu kiedyś odpowiednią talię.
- Wyśmienicie, że mi to teraz powiedziałaś. Dobrze, że nie wcześniej. Szkoda byłoby dzieciaka - skwitował bez chwili zawahania, bo skoro postanowiła być z nim szczera w tym, czego wtedy chciała to nie zamierzał się w czymkolwiek miarkować. - Przynajmniej jedno się nie zmieniło. Wtedy mielibyśmy jasność, teraz też ją mamy - mogła mówić, co chciała, on również.
Strzeliła go w twarz informacją, że chciała mieć z nim rodzinę, jednakże tym razem niemal się nie skrzywił. Odwrócił wzrok, aby nie widziała tego w jego oczach zaś jego usta mimowolnie wykrzywiły się w grymasie powątpiewania.
Szczerze wątpił w to, aby to planowała. To musiała być kolejna odpowiedź wymyślona na poczekaniu, ale to nie zmieniało faktu, że nie zamierzał udawać, że sam o tym nie myślał. Choć nie wątpił w to, że i tak nie zamierzała mu w to uwierzyć. Tak jak on nie wierzył Geraldine. Dyskredytowali się nawzajem. Ta siła, która między nimi istniała, teraz służyła wyłącznie do tego.
Nie powinna. Nie miała, ale wraz ze zniknięciem granic, najwidoczniej zniknęły też opory wobec wykorzystywania ich daru (choć to było raczej przekleństwo) do uderzania w najczulsze punkty.
Skoro Rina czuła się uprawniona do tego, aby mówić mu po czasie takie rzeczy to dawała to prawo również jemu. Mogli dołożyć cegiełkę do sterty, którą nieustannie tworzyli, rozbierając swój dom. Kamień po kamieniu. Aż nie miało nic zostać.
Wyszedł z sypialni, trzaskając drzwiami, jednak to wcale nic nie ułatwiło. Sytuacja wcale się nie zmieniła. To, że wyszedł z sypialni jak ostatni tchórz wyłącznie jeszcze bardziej go wkurwiło. Był zły na siebie, równie wściekły na Geraldine. Nie powinni zachowywać się w ten sposób. On nie powinien pęknąć, nieważne, co mu mówiła. Chciał być ponad to, chciał być odpowiedzialny i dojrzały. Tymczasem czuł się jak szczyl.
Szczególnie zarzekając się, że wyjdzie. Opuści to miejsce. Zniknie w pizdu. Szczekając, że to zrobi, lecz gdy przyszło co do czego, nie potrafiąc odejść stąd w ten sposób. Jednocześnie nie umiejąc też wrócić na górę i przeprosić. Zrobić czegoś, żeby naprawić błędy.
Zamiast tego usiadł na zewnątrz oparty o ścianę. Na brudnych deskach. Spojrzał w dal, starając się uspokoić, ale widział tylko nieprzeniknioną czerń, która odzwierciedlała jego wewnętrzny stan. I choć było coraz ciemniej, nie potrzebował obracać głowy, żeby dostrzec ruch we wnętrzu domu. Wyczuł go niemal bezwiednie. To też była jakaś dziwna, ciążąca mu siła.
Jego myśli, które jeszcze chwilę temu były pełne gniewu i bólu, teraz tylko krążyły bezładnie po głowie Greengrassa. Nie uniósł wzroku. W dalszym ciągu wbijał go przed siebie. Mimo to dostrzegał wszystko. Zimny powiew wiatru sprawił, że jej włosy lekko się uniosły, gdy postawiła pierwsze kroki obok niego ubrana w samą koszulę.
Jej stopy ledwo dotykały ziemi, a każdy krok, jaki stawiała zdawał się być pełen wahania. W blasku latarni morskiej wyglądała jak zjawa. Nawiedzała go. Kolejny raz go nawiedziła. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że w jej oczach dostrzegł cień, który zdawał się mówić więcej niż jakiekolwiek słowa. W końcu jeszcze bardziej odwrócił głowę, nie chcąc, by dostrzegła jego słabość.
Kiedy przeszła obok niego, milczenie wypełniło przestrzeń między nim. Jej włosy opadały na ramiona a twarz była częściowo zasłonięta cieniem. była ta sama dziewczyna, którą kochał, ale w tej chwili wydawała się tak odległa, jakby między nimi ziała przepaść.
Wciąż czuł ból po ich kłótni, jakby nóż w jego sercu nadal płonął. Każde wspomnienie jej słów pełnych gniewu i bólu wracało do niego z nową siłą. Kiedy usiadła obok, jego klatka piersiowa zaciśnięła się równie mocno, co gardło. Nie odezwał się. To nie była ta chwila. Milczenie między nimi stało się niemal namacalne.
Obecność, która kiedyś przynosiła mu radość, teraz cholernie mu ciążyła. Szczególnie, gdy Geraldine usiadła tak blisko, że mógł poczuć jej ciepło. Była taka bliska a jednocześnie tak daleka. Mógłby wyciągnąć ku niej rękę. Co by wtedy zrobiła?
Nad horyzontem zbierały się ciężkie, ciemne chmury. Wiatr, który zerwał się dosłownie znikąd, w przeciągu kilku chwil przynosił ze sobą zapach wilgoci, morskiej soli i nadchodzącej burzy. Jeszcze nie nadeszła, ale z pewnością nie miała ich ominąć. Nawet jeśli dzień był piękny i słoneczny, teraz pogoda zaczęła się zmieniać. Zupełnie tak, jakby zamierzała być oprawą dla ich prywatnego końca świata.
Wiatr hulał na wrzosowiskach wokół domu, rwał liście z niepodciętego, rozrośniętego żywopłotu - resztek tego, co jeszcze pozostało po dawnych nasadach tego, co niegdyś było ogrodem. Wszystko inne przejęły gałęzie jeżyn, które falowały pod naporem wiatru, stukając o siebie nawzajem.
Zrujnowana szklarnia, niegdyś pełna roślin, teraz ledwo stała, chybocząc się pod naporem wiatru. Przegnita, zmurszała konstrukcja trzeszczała tak, jakby mogła obalić się dosłownie w każdej sekundzie. Szkło w jej oknach brzęczało, jakby protestując przeciwko nadchodzącej burzy. Natura ewidentnie dostosowywała się do klimatu. Nie próbował myśleć, jakim cudem w niespełna dwa lata jego konstrukcja stała się jedynie cieniem samej siebie.
Cały ten dom nim był. Zupełnie tak, jakby czas w tym miejscu wcale się nie zatrzymał. Wbrew temu, co usiłowali udawać. A wręcz przyspieszył, domagając się zniszczenia i rozkładu czegoś, co miało tu stać jeszcze przez lata.
Porzucili to wraz z marzeniami, więc musiało tak być. Ich miejsce na krańcu świata nie mogło pozostać nietknięte, gdy wszystko inne tak bardzo się waliło. Rzeczywistość była ponura i szara, i nader wszystko lubiła harmonię. Nawet harmonię zanikania.
Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, uderzając o ziemię i tworząc drobne kałuże wśród zarośli. Niebo na horyzoncie rozświetlało się błyskawicami. Gdzieś tam w oddali dało się słyszeć pierwsze pomruki grzmotów narastające z każdą chwilą, ale nadal odległe, dochodzące jakby z innego świata - z miasteczka w dole, którego odległe światła falowały między wysuszonymi dolnymi gałęziami żywopłotu.
Tam nadal trwało życie. Ludzie jedli kolację i rozmawiali o pierwszym dniu września. Snuli plany i wymieniali spostrzeżenia. Stukali się kuflami w lokalnym pubie, żyli dla siebie nawzajem, czuli się częścią społeczności. Nieświadomi tego, że gdzieś tam dla kogoś właśnie trwał osobisty koniec świata.
Drugi raz, ale nie łatwiejszy. Końce świata miały to do siebie, że były trudne, ciężkie i skomplikowane. Inaczej nie byłyby końcami świata.
Milczał. Siedział na zniszczonych deskach ganku opierając się o zimny, wilgotny mur ruin, które kiedyś były ich domem. Rozmowa niczego by im nie przyniosła. Nawet jeśli byli blisko, jednocześnie znajdowali się mile od siebie. Każde z nich gdzieś indziej. Każde świadome tego, że nie było już ich wspólnej rzeczywistości, więc czy w ogóle mogli mówić o końcu świata? Chyba tak.
Wiatr wzmagał się szarpiąc gałęziami drzew i unosząc liście w powietrze. Ciemne chmury zbliżały się. Z każdą chwilą coraz bardziej przysłaniając resztki światła dnia. Było już niemal całkowicie ciemno.
Lecz to akurat w niczym mu nie przeszkadzało. W ciemnościach nie dało się dostrzec tego, co powinno pozostać ukryte. Widział jak wiatr szarpał włosami Geraldine, ale nie musiał widzieć czy płakała. Mógł się wyłącznie domyślać, choć to nie wychodziło mu już dobrze. Nie znali się. Nie rozumieli swojego języka, nawet mowy ciała. Milczenie było najlepszym, co mogli robić. Dopóki milczeli, wszystko... ...nie, nic nie było już dobrze, prawda? Nie było i nie miało.
Chciałby móc cofnąć czas, naprawić to, co zepsuli, ale wiedział, że to niemożliwe. Milczenie, które ich otaczało stawało się coraz bardziej nie do zniesienia. Zaciągnął się głęboko powietrzem, starając się zebrać myśli. Nie potrafił trzeźwo myśleć, chwila ciszy niczego nie zmieniła. Zamiast tego czuł jak w gardle narasta mu gorycz.
Z jednej strony pragnął ją objąć, poczuć jej ciepło, z drugiej strony wspomnienie ich kłótni wciąż go raniło. Chciał powiedzieć, że ją kocha, że wszystko, co się stało, nie miało zmienić tego uczucia, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Każda myśl była jak nóż, który wbijał się w jego serce, przypominając mu o słowach, które padły w gniewie, o ranach, które zadali sobie nawzajem. O tym, że w tej chwili prawdopodobnie udało mu się osiągnąć to, czego potrzebował.
Dał jej podstawy do tego, żeby go znienawidziła. Nie chciał, żeby to robiła. Czekał na słowo, które mogłoby przyspieszyć, całkowicie wszystko zniszczyć albo odwrócić bieg wydarzeń, ale w tej chwili milczenie było bardziej wymowne i przytłaczające niż jakiekolwiek oskarżenia. Próbował skupić się na odgłosach nocy, na dźwiękach burzy, ale były zbyt głośne w porównaniu do ich ciszy.
- Wiem, że nie będę tego w stanie naprawić, ale chcę, żebyś wiedziała, że tak nie myślę. Przepraszam - z rezygnacją opuścił głowę, uśmiechając się z goryczą, bo co mu niby pozostało?
Prawda była taka, że nie wiedział, co miałby powiedzieć. Po prostu siedział tam, zraniony i zagubiony, próbując zrozumieć, co dalej. Czy było w ogóle jakieś dalej po tym, co usłyszał? Co powiedział? Co sobie zrobili, on jej zrobił, ona mu zrobiła? To nie były słowa, które można było łatwo przełknąć, wybaczyć. To nie było coś takiego. To była przegrana sprawa, stracona chwila.
- Nie zamierzałem cię tu dzisiaj zostawiać. Nie chciałem, żebyś odchodziła - mimowolnie zaczął bawić się rzemykiem na nadgarstku, przesuwając go to w jedną, to w drugą stronę, oddychając urywanie, ale powoli.
Mogła mu wierzyć albo nie. Nie wątpił - nie wierzyła, ale wciąż to powiedział.
- Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Mimo wszystko, wciąż cię kocham, nawet jeśli to nie wystarcza - nie mieli cofnąć czasu, zwłaszcza przy świadomości tego, że to nie był ten moment, w którym wszystko się zawaliło, nie skoro już lata temu mu nie ufała, nie wierzyła.
Nie chciał ziać na nią wściekłością. Nie przebaczył jej tamtych słów, ona też nie musiała mu nic wybaczać. To się stało. Rysa była zbyt głęboka. Chwila minęła. Może nigdy nie istniała. A może gdzieś tam kiedyś była, ale przepadła bezpowrotnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down