11.12.2024, 14:29 ✶
Dægberht zaśmiał się pod nosem słysząc jej uwagę.
- Powiedziałbym, że nie popadam w żadną ze skrajności, ale niech będzie - podobno nie należy w tych kwestiach oceniać samego siebie. Możesz wydać werdykt po naszej drugiej randce. - Randce, która (jeżeli dojdzie do skutku - oczywiście, że z nią flirtował, ale jej przecież do niczego nie zmusi) z pewnością nie odbędzie się na hucznej imprezie, a jeżeli już miało tam być więcej osób, to może... przydałoby się zapoznać ją z czymś nieco bardziej przyziemnym niż bal. Flinty był pewny, że panna Moody zrobiłaby furorę w jego ulubionej, portowej knajpie, jednocześnie niezabrałby jej tam, bo portowa knajpa nie była neutralnym gruntem. To pewnie tak, jakby ona zabrała jego na... uh... jak spędzali czas łowcy czarnoksiężników? Mogłaby zabrać go pewnie na randkę do Azkabanu za książki, które przypłynęły wraz z nim do Londynu w podzięce dla Isobell - kupił je jeszcze zanim dowiedział się o jej aresztowaniu.
- Ja też nie kumam czemu się wkurwiłaś. Nie. Nieważne. Kiedy powiedziałem to na głos, to załapałem co to znaczy. - Jak obcy język trafiający do niego dopiero po chwili, ale tak samo intensywnie jak jego język naturalny. Przyswoił tę skandaliczną nowomowę i przedziwne neologizmy dokładnie tak, jak przyswajał dialogi obcych, kompletnie mu odległych kultur. - Rozumiem dlaczego się zirytowałaś - bo się pięknie ubrała, przygotowała na bal i była gotowa na coś pięknego, a on jej to zdeptał tak, jak kiedyś dziadek Abigail zniszczył jej domek dla lalek - ale nie rozumiem co to mam wspólnego z litością. - Owszem mógłby przyjąć jej język. Nadawać komunikaty podobne jej, ale to by przecież było fałszywe. Lepiej było robić za kogoś z innej epoki niż niewartego uwagi kłamcę.
To prawdopodobnie nie było do końca zdrowe, żeby się tak produkować na temat nieudanych podbojów miłosnych podczas romantycznego spotkania z kimś innym, on jednak nie wydawał się tym szczególnie przejęty. Generalnie wydawało się, że mało co go ruszało - kiedy ona była żywą, skaczącą piłką energii, on był jak niewzburzona niczym tafla wody. Każdy jej kryzys i chęć skoczenia w dół rwącej rzeki, żeby okiełznać to, co w niej żyło, u Flinta odbijał się pod postacią wielkiego entuzjazmu i pochwały życia. Dostrzegał tylko jeden wyraźny zgrzyt. Takie szczere i żywe zadawanie pytań kojarzyło mu się z jego córką, z dziecinnością. Prawdopodobnie wywróciłby oczami gdyby wskazała na coś palcem i zapytała "co to jest", nawet jeżeli był najodpowiedniejszą osobą, aby o to zapytać, bo jego łeb uginał się od wiedzy wszelakiej.
- Na podstawie tego ile o sobie wiemy... - Odetchnął, przykładając dłoń do czoła i na moment odwracając twarz w kierunku gwiazd. - Powiedziałbym, że normalną. Ludzie, którzy mają zaburzoną percepcję samych siebie zwykle krzyczą głośno o problemach, jakie dostrzegają w innych, żeby ukazać ich jako gorszych od siebie. Ty właśnie opowiedziałaś mi historię o kimś, kto cię głęboko zranił albo zdenerwował, ale odniosłaś się do sytuacji, która ci się nie spodobała, po prostu przyznałaś, że cię zawiódł. Ale mogłabyś powiedzieć, że jest brzydki, ma krzywe zęby, nie myje się, nigdy na ciebie nie zasługiwał, koszmarny był i tak w ogóle to nigdy cię nie wspierał. Ty dałaś komuś szansę, ale wasze dusze się nie zeszły. Więc na podstawie tej historii zakładam, że wszystko z tobą w porządku. - Nie potrzebował się nad tym szczególnie namyślić, słowa płynęły z niego naturalnie. - A co do łódki. Cóż, myślę, że rejs byłby dla ciebie wyzwaniem. To czasami całe dni milczenia i mierzenia się z samym sobą, ze swoimi myślami. Wokół nic, tylko woda i spokój, absolutny brak możliwości ucieczki. Nie krzykniesz „kurwa” i nie teleportujesz się gdzieś, gdzie wszystko będzie wyglądało inaczej. Każdego doprowadza to na skraj wytrzymałości, ale jeżeli się tego nie udźwignie, spada się z niego na samo dno szaleństwa. Niektórzy nie wracają z morza tacy sami. Ale podobno nie wychodzi się też takim samym z Lecznicy Dusz. - Uśmiechnął się, wracając do niej spojrzeniem. - I tak. Zaufałbym. Bo wierzę w to, że chcę żyć, a ty nie chcesz mnie zabić. To jest coś innego kiedy mówisz o samej sobie, a kiedy o nas obojgu.
- Powiedziałbym, że nie popadam w żadną ze skrajności, ale niech będzie - podobno nie należy w tych kwestiach oceniać samego siebie. Możesz wydać werdykt po naszej drugiej randce. - Randce, która (jeżeli dojdzie do skutku - oczywiście, że z nią flirtował, ale jej przecież do niczego nie zmusi) z pewnością nie odbędzie się na hucznej imprezie, a jeżeli już miało tam być więcej osób, to może... przydałoby się zapoznać ją z czymś nieco bardziej przyziemnym niż bal. Flinty był pewny, że panna Moody zrobiłaby furorę w jego ulubionej, portowej knajpie, jednocześnie niezabrałby jej tam, bo portowa knajpa nie była neutralnym gruntem. To pewnie tak, jakby ona zabrała jego na... uh... jak spędzali czas łowcy czarnoksiężników? Mogłaby zabrać go pewnie na randkę do Azkabanu za książki, które przypłynęły wraz z nim do Londynu w podzięce dla Isobell - kupił je jeszcze zanim dowiedział się o jej aresztowaniu.
- Ja też nie kumam czemu się wkurwiłaś. Nie. Nieważne. Kiedy powiedziałem to na głos, to załapałem co to znaczy. - Jak obcy język trafiający do niego dopiero po chwili, ale tak samo intensywnie jak jego język naturalny. Przyswoił tę skandaliczną nowomowę i przedziwne neologizmy dokładnie tak, jak przyswajał dialogi obcych, kompletnie mu odległych kultur. - Rozumiem dlaczego się zirytowałaś - bo się pięknie ubrała, przygotowała na bal i była gotowa na coś pięknego, a on jej to zdeptał tak, jak kiedyś dziadek Abigail zniszczył jej domek dla lalek - ale nie rozumiem co to mam wspólnego z litością. - Owszem mógłby przyjąć jej język. Nadawać komunikaty podobne jej, ale to by przecież było fałszywe. Lepiej było robić za kogoś z innej epoki niż niewartego uwagi kłamcę.
To prawdopodobnie nie było do końca zdrowe, żeby się tak produkować na temat nieudanych podbojów miłosnych podczas romantycznego spotkania z kimś innym, on jednak nie wydawał się tym szczególnie przejęty. Generalnie wydawało się, że mało co go ruszało - kiedy ona była żywą, skaczącą piłką energii, on był jak niewzburzona niczym tafla wody. Każdy jej kryzys i chęć skoczenia w dół rwącej rzeki, żeby okiełznać to, co w niej żyło, u Flinta odbijał się pod postacią wielkiego entuzjazmu i pochwały życia. Dostrzegał tylko jeden wyraźny zgrzyt. Takie szczere i żywe zadawanie pytań kojarzyło mu się z jego córką, z dziecinnością. Prawdopodobnie wywróciłby oczami gdyby wskazała na coś palcem i zapytała "co to jest", nawet jeżeli był najodpowiedniejszą osobą, aby o to zapytać, bo jego łeb uginał się od wiedzy wszelakiej.
- Na podstawie tego ile o sobie wiemy... - Odetchnął, przykładając dłoń do czoła i na moment odwracając twarz w kierunku gwiazd. - Powiedziałbym, że normalną. Ludzie, którzy mają zaburzoną percepcję samych siebie zwykle krzyczą głośno o problemach, jakie dostrzegają w innych, żeby ukazać ich jako gorszych od siebie. Ty właśnie opowiedziałaś mi historię o kimś, kto cię głęboko zranił albo zdenerwował, ale odniosłaś się do sytuacji, która ci się nie spodobała, po prostu przyznałaś, że cię zawiódł. Ale mogłabyś powiedzieć, że jest brzydki, ma krzywe zęby, nie myje się, nigdy na ciebie nie zasługiwał, koszmarny był i tak w ogóle to nigdy cię nie wspierał. Ty dałaś komuś szansę, ale wasze dusze się nie zeszły. Więc na podstawie tej historii zakładam, że wszystko z tobą w porządku. - Nie potrzebował się nad tym szczególnie namyślić, słowa płynęły z niego naturalnie. - A co do łódki. Cóż, myślę, że rejs byłby dla ciebie wyzwaniem. To czasami całe dni milczenia i mierzenia się z samym sobą, ze swoimi myślami. Wokół nic, tylko woda i spokój, absolutny brak możliwości ucieczki. Nie krzykniesz „kurwa” i nie teleportujesz się gdzieś, gdzie wszystko będzie wyglądało inaczej. Każdego doprowadza to na skraj wytrzymałości, ale jeżeli się tego nie udźwignie, spada się z niego na samo dno szaleństwa. Niektórzy nie wracają z morza tacy sami. Ale podobno nie wychodzi się też takim samym z Lecznicy Dusz. - Uśmiechnął się, wracając do niej spojrzeniem. - I tak. Zaufałbym. Bo wierzę w to, że chcę żyć, a ty nie chcesz mnie zabić. To jest coś innego kiedy mówisz o samej sobie, a kiedy o nas obojgu.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr