Otulił Vasilija swoimi ramionami i przyciągnął do siebie, siadając obok niego na sofce, aby oparł zdrowy policzek o jego klatkę piersiową, aby wsłuchał się w bicie serca, wcale nie tak spokojne, ale stanowiące sprzeciw wobec tej śmierci, o której chlipał Vakel. Z pozycji służącego, do pozycji obrońcy. Oddawał mu ciepło swojego ciała, swój oddech. Gładził ramię i plecy powolnymi, okrężnymi ruchami, próbującgo go uspokoić, chociaż panika i napięcie rosło razem z nim. On też bał się umrzeć, bał się tego, co może mu zrobić ojciec Vasilija, ale próbował być silny. Udawał, że jego policzków nie znaczą ścieżki łez tylko znów pada.
A przecież zawsze to wiedzieli, że Morpheus nosi na sobie ciężar terminu. Wszystko układało się zgodnie z tym, co mu zapowiedział w pierwszych dniach ich rodzącej się zażyłości i sprzeciwiał się ciemności, aby żyć kolejnego dnia i kolejnego. Dla siebie i dla niego.
— Eurydyka... Ona nie-nie wznosi protestu, b-bo wobec czego? Wobec tego, że jest kochana? — powiedział mu szeptem, łamiącym się, niekoniecznie uspokajająco, nie zapewniał go, że będzie dobrze, bo ciążace na jego ramionach poczucie nadchodzącego końca tylko pogłębiało się z każdym słowem. Jak miał też go przekonać, skoro piekielne vibratto strachu tak łatwo go pokonywało. — Nawet jeżeli... Coś się stanie, nie podążaj moją ścieżką. Obiecaj mi. Że-że stworzysz Prawa Czasu i będziesz... Będziesz najjaśniejszą gwiazdą.
Nawet jeżeli ojciec Vasilija będzie chciał go zabić, jego ukochany mógł mieć pewność, że nie odjedzie łagodnie do Limbo, zabierze ze sobą jak najwięcej, najlepiej również swojego... Ich opresora. Cis był dobrym drewnem, gdy chodziło o magię która ma krzywdzić innych. Tak samo, jak smocze serce. Morpheus bardzo często mówił o predestynacji i narzędziach czarodziejów, o sprzeciwie wobec ścieżki przeznaczenia, o nagłych zmianach. Analizował składowe. Najwięcej czasu zaś poświęcił właśnie cisowi, materiałowi, który łączył różdżkę jego i Vasilija. Jednego wieczoru, gdy leżeli wspólnie pod pościelą pachnącą krochmalem, opowiedział mu o łożu małżeńskim króla Itaki i jego żony, wyrzeźbionym z rosnącego drzewa oliwnego. Nasze będzie cisowe. Dokładnie tak powiedział.
Teraz pozostało mu tulić Vasilija, patrząc na ich odbicie w szybie, w dreszczu obawy. Nie chciał, żeby ten moment, jakkolwiek okrutny by nie był, się kończył, bo to, co mogło nadejść jako następne, napawało jeszcze większym lękiem. Całował więc czubek głowy Vasilija, wdychał jego zapach, nie mogąc ofiarować mu więcej słów pocieszenia.
Pociągnął nosem. Oczy miał opuchnięte.
— Zawsze będziesz mnie miał. Zawsze.