Mógłby zrobić to samo. Och, jak ciężko jest być mną, Antoniuszem, ale jego stwierdzenie i skończeniu pierdolenia, wcześniej, właśnie to wyrażało, cały ten egzaltowany lament. Antoniusz nie miał dramatycznych wizji, o których mógł opowiadać w taki sposób, więc pozostawało mu przedrzeźnianie przyjaciela. Zaakceptował to już dawno temu i nawet zaśmiał się ochryple na popis tarzania się po podłodze. Tak na pewno nie wyglądał, bo on lądował na deskach podłogi tylko wtedy, gdy mdlał podczas epifanii lub w wizyjnych konwulsjach przypominających padaczkę.
— Jest tylko jeden problem, Antoniuszu. Od jakiegoś czasu jestem impotentem. I to nie tak, że nie próbowałem — westchnął. — Jesień mojego życia, mój drogi. Poza tym... Wydaje się, że to dobry chłopak. Nie popsuję go dla własnej przyjemności, w tym wypadku wątpliwej. I tak, jest ładny. Może zmiana scenerii mi pomoże albo afrodyzjaki ze sproszkowanej mumii.
Zrobił minę jakby zjadł coś paskudnego, bo sama myśl o herbatce z ludzkich szczątków i resztek bandaży wzbudzała w nim odruchy wymiotne. Nie wiedział, czemu o tym pomyślał, prawdopodobnie to przez ciągły brak snu, cofanie się w czasie i dziwne tereny, w jakie zapędzał się jego umysł. Postanowił, że nie będzie unikał medyka, który, owszem, wpasowywał się w jego preferencje i miał całkiem ładne dłonie, podczas afrykańskiego szczytu, ale nie będzie niczego wymuszał, ani od Basiliusa ani od siebie. Od początku stycznia, gdy wsmarował w niego ciasto, zdawało mu się, minęły wieki. Inny czas, a wszystko przez obsesje i coraz mroczniejsze wizje.
— Co wiesz o naszej ministrze? — zapytał nagle. — Miałem o niej dziwną wizję i nie wiem, co z nią zrobić. Wzbudza we mnie pewien... Niepokój. Wiesz, skupiłem się na Fortinbrasie i koledze Jonathana, ale ona też wydawała się dziwna. Chociaż może to mój uraz do luster? — Opowiedział swojemu Anam Carze co zobaczył trzecim okiem, gdy dotknął nim kobietę. Gdy jaźń otworzyła się na mglistą przyszłość. Lustro, jak portal. Kłamstwo. Coś było nie tak.