11.12.2024, 23:08 ✶
Roise szedł powoli, starając się nie potrącać ludzi, którzy kręcili się wokoło. Był wysoki, co w tym momencie tylko pogarszało sprawę. Sterta w jego szerokich ramionach znajdowała się dosyć daleko od ziemi i co gorsza coraz bardziej się chybotała. Obciążony licznymi pudełkami, nie miał łatwego zadania. Nie był w stanie ich tak po prostu poprawić.
Kobieta, która go w to wmanewrowała dawno zniknęła z zasięgu wzroku Ambroisa. Zresztą stosunkowo niewiele się w nim znajdowało - góra pakunków przysłaniała mu większość widoku przed oczami. Radość weselnego tłumu, śmiechy i oklaski rozbrzmiewały wokół, ale on czuł się jak ryba w mętnej wodzie. Taka, która kurwa nic nie widziała.
Zgubił się w gąszczu kolorowych wstążek i papierów, które przysłaniały mu widok. Jego dłonie mocno trzymały prezenty, ale myśli Greengrassa myśli krążyły wokół tego, jak to się stało, że znalazł się w tej absurdalnej sytuacji. To nawet nie była żadna jego znajoma. Nie znał tych ludzi, nie planował uczestniczyć w tym cyrku, chciał tylko chyłkiem przejść przez plac.
Kto by pomyślał, że zostanie wmanewrowany w przenoszenie prezentów weselnych, które nie miały żadnego związku z nim? Że w ogóle da się w coś takiego wmieszać, zapominając języka w gębie, co zazwyczaj mu się nie zdarzało?
Z każdym stawianym krokiem musiał coraz bardziej uważać, by nie stracić równowagi. Myśli o tym, co mogło się stać, gdyby jeden z pakunków runął na ziemię, nie dawały mu spokoju. Po dźwięku, który wydawały z siebie paczki, był niemalże stuprocentowo pewien, że w co najmniej jednej trzeciej pakunków naładowano masę grzechoczącego szkła.
Mimo wszystko nie był aż takim kawałem gnoja, żeby zrujnować komuś jeden z ważniejszych dni w życiu. Nie mówiąc już o tym, że w żadnym wypadku nie zamierzał zrobić szopki ze swojego potknięcia. Zamierzał postarać się to donieść na miejsce. Tyle tylko, że wieża chwiała się jak zła.
Sterta prezentów, które niósł, zdawała się nie mieć końca. Został wmanewrowany w tę sytuację i teraz zmagał się z nieporęcznymi pakunkami, które z każdą chwilą coraz bardziej się chwiały.
Wzrok miał utkwiony w wąskim wycinku przestrzeni widzianej pomiędzy prezentami. Z każdą chwilą jego kroki stawały się coraz bardziej niepewne. Pakunki zaczęły chwiać się na boki, jakby w każdej chwili mogły runąć na brukowaną uliczkę.
Przesłonięty stertą kolorowych prezentów, przez które ledwie widział, nawet nie wiedział, gdzie stawia stopy. Nie zarejestrował znalezienia się na torze kolizyjnym z inną osobą, ale słysząc jej głośną reakcję, jakimś cudem zdążył zareagować instynktownie, odchylając się lekko w bok, by uniknąć zderzenia.
Nawet nie dostrzegł, że kobieta też to zrobiła. Całe szczęście w przeciwną stronę, bo inaczej z pewnością nie uniknęliby wpadnięcia na siebie. Mimo że był od niej znacznie wyższy, to nie czubek głowy nieznajomej był tym, co zauważył jako pierwsze. Zerknął w dół, dostrzegając jej nogi, a następnie unosząc wzrok dotarł do twarzy i burzy rudych włosów.
Zamrugał, poprawiając część pakunków w taki sposób, żeby wiedzieć, z kim rozmawia. Kiedy znów uniósł wzrok, wreszcie w pełni zobaczył przed sobą niską kobietę, która z wyraźnym zaniepokojeniem obserwowała jego zmagania z prezentami.
Zmrużył oczy, próbując dostrzec jej twarz, żeby stwierdzić czy mogli się znać, ale jego perspektywa była ograniczona przez stertę pakunków. Nie, raczej nie rozpoznawał głosu rudowłosej. Chyba nawet nieznacznie mu to pasowało.
Te wszystkie prezenty, które niósł, były efektem wymuszonego uczestnictwa w wydarzeniu, które nie miało z nim nic wspólnego. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek zauważył jego nieporadność a już na pewno nie chciał, żeby była to ta drobna kobieta, która ledwie sięgała mu do ramienia.
Skrzywił się nieznacznie. Nie z powodu jej propozycji, lecz z uwagi na to, że przyjęcie pomocy wydawało mu się co najmniej lekko upokarzające. Jego duma nie pozwalała mu na to, by w obliczu nieznajomej przyznać, że sterta była być może trochę zbyt wysoka. Lekka, to prawda, ale cholernie chybotliwa. Zupełnie nie wiedział jak tamta dziewczyna ją trzymała.
- Nie, dziękuję - odpowiedział praktycznie od razu, raczej nie planując angażować kogokolwiek innego w coś, w co on sam również tak właściwie nie powinien być zaangażowany. - Poradzę sobie - to było całkiem mocne zapewnienie jak na kogoś, kto przed chwilą niemal na nią wpadł, ale w dalszym ciągu był zmotywowany, żeby dokończyć tę czynność.
Najlepiej sam. Skoro już dał się w to wmanewrować, zamierzał odstawić wszystkie paczki na miejsce. Może zazwyczaj unikał sytuacji, w których ktokolwiek był w stanie coś na nim wymusić, ale nie był kompletnym kawałem gnoja. To był czyjś ślub, na Merlina, Roise mógł nie być w najlepszym nastroju do zajmowania się cudzymi problemami, jednakże miał swoje zasady.
- Naprawdę nie jest to konieczne - odparł, przy czym instynktownie kolejny raz złapał równowagę, bo najwyżej ułożony prezent sam z siebie niebezpiecznie się zachybotał. - Mam to pod kontrolą - w istocie może miał pod kontrolą pierwszy z pakunków, ale raczej nie drugi.
I nie trzeci. Zdecydowanie nie czwarty. Piąty to już w ogóle zaczął spadać na kilka sekund przed tym jak nieznajoma całkiem zręcznie go pochwyciła i zdjęła. Przynajmniej dzięki temu uniknęli lawiny.
No cóż. To nie była jego własność. Zazwyczaj miałby na to wywalone, ale w tym momencie naprawdę nie chciał utrudniać komukolwiek wielkiego dnia, więc bez słowa obniżył ramiona, pozwalając zabrać sobie część nieporęcznych prezentów.
- Dzięki, kazali to postawić gdzieś tam na tamtym stole - stwierdził, kiwnięciem głowy wskazując kierunek, darując sobie konieczność poinformowania, że w żadnym razie nie planował się z tym wyjebać. - Od panny czy pana? - Gadka szmatka, ale chyba raczej wskazana.
Mimo wszystko miał raczej względnie niezły humor. No, na tyle, na ile. Mogło być lepiej, mogło być gorzej.
Kobieta, która go w to wmanewrowała dawno zniknęła z zasięgu wzroku Ambroisa. Zresztą stosunkowo niewiele się w nim znajdowało - góra pakunków przysłaniała mu większość widoku przed oczami. Radość weselnego tłumu, śmiechy i oklaski rozbrzmiewały wokół, ale on czuł się jak ryba w mętnej wodzie. Taka, która kurwa nic nie widziała.
Zgubił się w gąszczu kolorowych wstążek i papierów, które przysłaniały mu widok. Jego dłonie mocno trzymały prezenty, ale myśli Greengrassa myśli krążyły wokół tego, jak to się stało, że znalazł się w tej absurdalnej sytuacji. To nawet nie była żadna jego znajoma. Nie znał tych ludzi, nie planował uczestniczyć w tym cyrku, chciał tylko chyłkiem przejść przez plac.
Kto by pomyślał, że zostanie wmanewrowany w przenoszenie prezentów weselnych, które nie miały żadnego związku z nim? Że w ogóle da się w coś takiego wmieszać, zapominając języka w gębie, co zazwyczaj mu się nie zdarzało?
Z każdym stawianym krokiem musiał coraz bardziej uważać, by nie stracić równowagi. Myśli o tym, co mogło się stać, gdyby jeden z pakunków runął na ziemię, nie dawały mu spokoju. Po dźwięku, który wydawały z siebie paczki, był niemalże stuprocentowo pewien, że w co najmniej jednej trzeciej pakunków naładowano masę grzechoczącego szkła.
Mimo wszystko nie był aż takim kawałem gnoja, żeby zrujnować komuś jeden z ważniejszych dni w życiu. Nie mówiąc już o tym, że w żadnym wypadku nie zamierzał zrobić szopki ze swojego potknięcia. Zamierzał postarać się to donieść na miejsce. Tyle tylko, że wieża chwiała się jak zła.
Sterta prezentów, które niósł, zdawała się nie mieć końca. Został wmanewrowany w tę sytuację i teraz zmagał się z nieporęcznymi pakunkami, które z każdą chwilą coraz bardziej się chwiały.
Wzrok miał utkwiony w wąskim wycinku przestrzeni widzianej pomiędzy prezentami. Z każdą chwilą jego kroki stawały się coraz bardziej niepewne. Pakunki zaczęły chwiać się na boki, jakby w każdej chwili mogły runąć na brukowaną uliczkę.
Przesłonięty stertą kolorowych prezentów, przez które ledwie widział, nawet nie wiedział, gdzie stawia stopy. Nie zarejestrował znalezienia się na torze kolizyjnym z inną osobą, ale słysząc jej głośną reakcję, jakimś cudem zdążył zareagować instynktownie, odchylając się lekko w bok, by uniknąć zderzenia.
Nawet nie dostrzegł, że kobieta też to zrobiła. Całe szczęście w przeciwną stronę, bo inaczej z pewnością nie uniknęliby wpadnięcia na siebie. Mimo że był od niej znacznie wyższy, to nie czubek głowy nieznajomej był tym, co zauważył jako pierwsze. Zerknął w dół, dostrzegając jej nogi, a następnie unosząc wzrok dotarł do twarzy i burzy rudych włosów.
Zamrugał, poprawiając część pakunków w taki sposób, żeby wiedzieć, z kim rozmawia. Kiedy znów uniósł wzrok, wreszcie w pełni zobaczył przed sobą niską kobietę, która z wyraźnym zaniepokojeniem obserwowała jego zmagania z prezentami.
Zmrużył oczy, próbując dostrzec jej twarz, żeby stwierdzić czy mogli się znać, ale jego perspektywa była ograniczona przez stertę pakunków. Nie, raczej nie rozpoznawał głosu rudowłosej. Chyba nawet nieznacznie mu to pasowało.
Te wszystkie prezenty, które niósł, były efektem wymuszonego uczestnictwa w wydarzeniu, które nie miało z nim nic wspólnego. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek zauważył jego nieporadność a już na pewno nie chciał, żeby była to ta drobna kobieta, która ledwie sięgała mu do ramienia.
Skrzywił się nieznacznie. Nie z powodu jej propozycji, lecz z uwagi na to, że przyjęcie pomocy wydawało mu się co najmniej lekko upokarzające. Jego duma nie pozwalała mu na to, by w obliczu nieznajomej przyznać, że sterta była być może trochę zbyt wysoka. Lekka, to prawda, ale cholernie chybotliwa. Zupełnie nie wiedział jak tamta dziewczyna ją trzymała.
- Nie, dziękuję - odpowiedział praktycznie od razu, raczej nie planując angażować kogokolwiek innego w coś, w co on sam również tak właściwie nie powinien być zaangażowany. - Poradzę sobie - to było całkiem mocne zapewnienie jak na kogoś, kto przed chwilą niemal na nią wpadł, ale w dalszym ciągu był zmotywowany, żeby dokończyć tę czynność.
Najlepiej sam. Skoro już dał się w to wmanewrować, zamierzał odstawić wszystkie paczki na miejsce. Może zazwyczaj unikał sytuacji, w których ktokolwiek był w stanie coś na nim wymusić, ale nie był kompletnym kawałem gnoja. To był czyjś ślub, na Merlina, Roise mógł nie być w najlepszym nastroju do zajmowania się cudzymi problemami, jednakże miał swoje zasady.
- Naprawdę nie jest to konieczne - odparł, przy czym instynktownie kolejny raz złapał równowagę, bo najwyżej ułożony prezent sam z siebie niebezpiecznie się zachybotał. - Mam to pod kontrolą - w istocie może miał pod kontrolą pierwszy z pakunków, ale raczej nie drugi.
I nie trzeci. Zdecydowanie nie czwarty. Piąty to już w ogóle zaczął spadać na kilka sekund przed tym jak nieznajoma całkiem zręcznie go pochwyciła i zdjęła. Przynajmniej dzięki temu uniknęli lawiny.
No cóż. To nie była jego własność. Zazwyczaj miałby na to wywalone, ale w tym momencie naprawdę nie chciał utrudniać komukolwiek wielkiego dnia, więc bez słowa obniżył ramiona, pozwalając zabrać sobie część nieporęcznych prezentów.
- Dzięki, kazali to postawić gdzieś tam na tamtym stole - stwierdził, kiwnięciem głowy wskazując kierunek, darując sobie konieczność poinformowania, że w żadnym razie nie planował się z tym wyjebać. - Od panny czy pana? - Gadka szmatka, ale chyba raczej wskazana.
Mimo wszystko miał raczej względnie niezły humor. No, na tyle, na ile. Mogło być lepiej, mogło być gorzej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down