Gospodarz odsunął się, a Jean wyminął go i ruszył niemal natychmiast do wyjścia z salonu.
Szach?
Słowa byłego kochanka zatrzymały go jednak, nim opuścił pokój. Ledwie słyszalne parsknięcie wysmyknęło się z piersi, gdy zwiesił głowę kiwając ją znów z niedowierzaniem.
– Na prawdę w to wierzysz? Że spotkamy się znów? Kiedykolwiek? Że przyszła pani Selwyn pozwoli Ci zamienić ze mną choćby jedno słowo? – lewa brew uniosła się kpiąco ku górze, a ton jasno wskazywał, że Jean nie tylko w to powątpiewa, ale absolutnie nie daje wiary takiemu przebiegowi wydarzeń, pozbawiony nadziei w przedstawioną perspektywę. Jakby wizja przedstawiona w pożegnaniu, jawiła mu się tylko jako niezwykle okrutne ostrze obłudnej życzliwości bez pokrycia. – Otworzyłem przed Toba swoje martwe od wieków serce, – pokazał na leżące listy, choć wiadomym było, że na myśli miał dłuższy z nich – otworzyłem je, będąc przekonanym, że to właśnie jest moje pożegnanie, a Ty? – Z fizjologicznego braku krwi, jego twarz nie mogła się zaczerwienić w tej ekspresyjnej skardze, w braku zgody na gładkie słowa, w boleści, której gorycz niemal można było czuć na własnym podniebieniu będąc li tylko świadkiem tej sceny. – Przywołałeś mnie tutaj tylko po to - podjął dużo wolniej, ciszej, z zaciśniętym gardłem, tym razem nie przerywając kontaktu wzrokowego. – by pokazać mi drzwi, tak?– Zmiął resztę słów, prostując się i unosząc dumnie podbródek ku górze. To jawne upokorzenie, wymierzony policzek znów rozbudzało w nim ogień gniewu, choć tak jak przez cały czas trwania tej konfrontacji, tak i teraz nie przekroczył nadanych mu granic, stojąc sztywno te kilka kroków od gospodarza.
– Ale skoro tak wybrałeś... – Jak inaczej jego głos brzmiał, gdy przechodził na francuski? Jak wiele wspomnień minionych kłótni, tych przegranych, tych w których hrabia musiał ustąpić, jak wiele mógł wnieść sam ton, wciąż zirytowany, lecz pełen charakterystycznego ciążenia. – ...skoro zdecydowałeś, że chcesz mieć ostatnie słowo twarzą w twarz, nim nasze ścieżki rozejdą się na dobre... – Choć patrzył nań przez zmrużone powieki, rysy twarzy łagodniały niczym tafla oceanu o poranku po całonocnym sztormie w cichej, smutnej żałobie. Jean postąpił krok do przodu, niespiesznie, z gracją, której rzadko kiedy mu zbywało. Lewa ręka powędrowała dworsko za plecy, zaś prawą wyciągnął ku Jonathanowi. – Ostatni taniec? Nie proszę o nic więcej. – Starofrancuskim nawykiem prawa noga również powędrowała do przodu wyprostowana, lewa lekko ugięła się, gdy sylwetka mężczyzny pochyliła się w oczekiwaniu. Nie potrzebowali przecież muzyki, mieli swoje piosenki, przy których potrafili spędzać całe noce. Wystarczyło tylko sięgnąć do drugiej dłoni...
Szach?
Słowa byłego kochanka zatrzymały go jednak, nim opuścił pokój. Ledwie słyszalne parsknięcie wysmyknęło się z piersi, gdy zwiesił głowę kiwając ją znów z niedowierzaniem.
– Na prawdę w to wierzysz? Że spotkamy się znów? Kiedykolwiek? Że przyszła pani Selwyn pozwoli Ci zamienić ze mną choćby jedno słowo? – lewa brew uniosła się kpiąco ku górze, a ton jasno wskazywał, że Jean nie tylko w to powątpiewa, ale absolutnie nie daje wiary takiemu przebiegowi wydarzeń, pozbawiony nadziei w przedstawioną perspektywę. Jakby wizja przedstawiona w pożegnaniu, jawiła mu się tylko jako niezwykle okrutne ostrze obłudnej życzliwości bez pokrycia. – Otworzyłem przed Toba swoje martwe od wieków serce, – pokazał na leżące listy, choć wiadomym było, że na myśli miał dłuższy z nich – otworzyłem je, będąc przekonanym, że to właśnie jest moje pożegnanie, a Ty? – Z fizjologicznego braku krwi, jego twarz nie mogła się zaczerwienić w tej ekspresyjnej skardze, w braku zgody na gładkie słowa, w boleści, której gorycz niemal można było czuć na własnym podniebieniu będąc li tylko świadkiem tej sceny. – Przywołałeś mnie tutaj tylko po to - podjął dużo wolniej, ciszej, z zaciśniętym gardłem, tym razem nie przerywając kontaktu wzrokowego. – by pokazać mi drzwi, tak?– Zmiął resztę słów, prostując się i unosząc dumnie podbródek ku górze. To jawne upokorzenie, wymierzony policzek znów rozbudzało w nim ogień gniewu, choć tak jak przez cały czas trwania tej konfrontacji, tak i teraz nie przekroczył nadanych mu granic, stojąc sztywno te kilka kroków od gospodarza.
– Ale skoro tak wybrałeś... – Jak inaczej jego głos brzmiał, gdy przechodził na francuski? Jak wiele wspomnień minionych kłótni, tych przegranych, tych w których hrabia musiał ustąpić, jak wiele mógł wnieść sam ton, wciąż zirytowany, lecz pełen charakterystycznego ciążenia. – ...skoro zdecydowałeś, że chcesz mieć ostatnie słowo twarzą w twarz, nim nasze ścieżki rozejdą się na dobre... – Choć patrzył nań przez zmrużone powieki, rysy twarzy łagodniały niczym tafla oceanu o poranku po całonocnym sztormie w cichej, smutnej żałobie. Jean postąpił krok do przodu, niespiesznie, z gracją, której rzadko kiedy mu zbywało. Lewa ręka powędrowała dworsko za plecy, zaś prawą wyciągnął ku Jonathanowi. – Ostatni taniec? Nie proszę o nic więcej. – Starofrancuskim nawykiem prawa noga również powędrowała do przodu wyprostowana, lewa lekko ugięła się, gdy sylwetka mężczyzny pochyliła się w oczekiwaniu. Nie potrzebowali przecież muzyki, mieli swoje piosenki, przy których potrafili spędzać całe noce. Wystarczyło tylko sięgnąć do drugiej dłoni...