24.01.2023, 21:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2023, 22:10 przez Julien Fitzpatrick.)
— 28 marca 1972 —
Brenna & Charlie
W bibliotekach nie powinno się jadać, ale Charles uważał, że zasady były po to, aby je łamać. Zwłaszcza, że nie zamierzał przecież pochylać się nad żadną z książek, a usiąść i uraczyć Brennę chińszczyzną z malutkiego miejsca w niemagicznym Londynie, gdzie do zamówienia zawsze dorzucali porcję sajgonek gratis, a picie do wyboru było w cenie. Postawił torbę z jedzeniem na wynos jak najdalej od papieru i czegokolwiek, co mógłby zabrudzić tłuszcz. Dłonie obtarł o ubranie, tak na wszelki wypadek. Wraz z nim do pomieszczenia wpadł zapach wiosennego wieczoru, wilgotnych drzew skąpanych w zimnie nokturnu, mieszający się z wonią londyńskiego gwaru i powoli zapadający się w kurzu i starych księgach wciśniętych w półki.
Spojrzał na blat biurka z początku nie chcąc się skupiać na treści jakichkolwiek zapisanych notatek czy listów, ale znajome imię i nazwisko sprawiło, że uniósł brwi, zamarł rzucając cień na mebel i zapisany zwinnym pismem pergamin.
Helen Rookwood, jego matka.
Przez głowę przetoczyła mu się burza myśli, w jednej sekundzie chciał podnieść list, a w drugiej odwrócić się na pięcie, wmawiając sobie, że wcale nic nie widział. Ostatecznie nie ruszył się z miejsca, zacisnął usta w cienką kreskę, przydługawe włosy łaskotały go w kark. Czuł się winny, co jeżeli rodzice mają kłopoty, co jeżeli ich też straci? Nie, zaraz. Przecież nie miał ich w życiu conajmniej odkąd wrócili do podlondyśkiej posiadłości, wiecznie pochłonięci rodową powinnością, przesiąknięci wyznawaniem zasad, które dla Charlesa były tylko stekiem bzdur. Mięśnie szczęki miał zaciśnięte, gdy podniósł pergamin i przejechał po tekście wzrokiem, szybko przyswajając jego treść.
Była w szpitalu, to na pewno przez niego, przez śmierć Fineasa, przeszło mu przez myśl i do głowy wróciły wspomnienia z Devońskiego domku, gdzie matka opadała na krzesło przy stole, zmęczona po całym dniu, odpuszczająca chłopcom reprymendy, bo jedynymi ich występkami było naniesienie piasku i wrócenie do domu po zmroku. Odłożył list, tam gdzie leżał wcześniej, ten nie miał daty, więc zastanawiał się jak długo Brenna go miała i czy nie powiedziała mu o treści, aby go chronić, aby nie ryzykować, że odwiedzi kobietę w szpitalu, że się przejmie. Nie, na pewno nie - przecież był tutaj zaledwie dziesięć dni, albo aż dziesięć dni... Wierzył, że Longbottom podzieliłaby się z nim takimi wieściami, zawsze czekała aż podejmie decyzję, nigdy do niczego go nie zmuszała, chyba, że sytuacja tego wymagał. Logicznym przecież było, że aby chronić siebie i wszystkich w tym domu, musiał być ostrożny.
Westchnął spoglądając na zapakowane jedzenie na wynos i opadł na krzesło. Luźną kurtkę powiesił na jego oparciu zostając tylko w przydużym, przetartym podkoszulku. Podkulił nogi czując, że krzesło zaraz się przechyli, że jego ciężar przeważy mebel - tak się jednak nie stało. Oplótł kolana rękoma czując jak ironicznie mały w tym wszystkim jest.
Dlaczego matka była w szpitalu?
Co działo się w śledztwie?
Powinien podjąć decyzje o tym, co robić dalej, nie zwlekać dłużej. Być może sfingowanie własnej śmierci było dobrą opcją, ale z tyłu głowy wciąż słyszał przestrogę Patricka, o tym, że mogą go oskarżyć o zabójstwo brata. Ale czy to naprawdę tak duża cena za życie? Za drugą szansę, której nie miał zamiaru mistrzowsko spartaczyć, jak tej pierwszej?
Nie wiedział jak długo tak siedział, ale spodnie zrobiły się wilgotne od oddechu, policzki od łez, którym z bezsilności musiał dać upust, bo chciał trzymać się dobrze, nie rozckliwiać, nie rozklejać i po prostu przeć do przodu, ale było mu tak trudno. Czuł się słaby i tak, jakby zawodził wszystkich po kolei swoim istnieniem - najpierw rodziców, potem resztę rodziny, ostatecznie Fineasa i Chirstie, nie będąc w stanie im pomóc. Ile czasu minie gdy zawiedzie Camerona, Heather, Longbottomów?
Sauriel miał rację - prawię o wolności i sprawiedliwości, a nie umiem poradzić sobie z konsekwencjami, pomyślał kwaśno i sam się sobą zirytował, zacisnął dłonie na łokciach, aż pobielały mu knykcie.
Drzwi do pomieszczenia otworzyły się, a Rookwood gwałtownie przetarł ostatnią wilgoć z twarzy materiałem spodni, zanim uderzył stopami o podłogę ledwo odzyskując równowagę. Wstał chwiejnie, trzymając się krzesła i poznając we wchodzącej osobie Brennę.
- Przepraszam, nie chciałem nic czytać, przyszedłem porozmawiać o kolejnych krokach i tak dalej, przynieść ci jakieś jedzenie - wskazał palcem na torbę z chińszczyzną, która leżała tam Merlin wie ile, bo Charlie stracił rachubę czasu - Ale rzuciło mi się w oczy imię matki i. - przygryzł wargę, tłumaczył się jak złapany na wymykaniu się późnym wieczorem z dormitorium uczeń - I przeczytałem całą resztę listu - dodał ciszej, czekając na reakcję, być może zbesztanie. Był gotowy na wszystko, a nie miał w sobie teraz niczego z tej pewności siebie i buty, jaką reprezentował swoją osobą na codzień. Przypominał bardziej zbitego szczeniaka.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you