12.12.2024, 01:57 ✶
Złapała się za głowę, słysząc ten wywód o pałce do Quidditcha. Coś z rękami zrobić musiała, bo świerzbiło ją, co by Staszkowi po prostu przyjebać w czerep i liczyć na restart do ustawień fabrycznych. Niestety za bardzo lubiła gamonia, można nawet było rzec, że miała do niego niewytłumaczalną słabość, więc chciała pozostawić fizyczną formę pacyfikacji jako absolutną ostateczność.
- Stasiu - zaczęła, wzdychając teatralnie. - Pozwól, że mówiąc ci to, potrzymam cię za rękę - przerwała swój wstęp na moment, aby faktycznie objąć jego dłoń oburącz, bo czuła, że wieść może okazać się dla niego traumatyczna i ten gest zwyczajnie doda mu otuchy. - Otóż... chodziło mi o kutasa. -
Spojrzała mu prosto w oczy mówiąc to, utrzymała pełną powagę, bo nie było jej już od dobrych kilku minut do śmiechu, a następnie poklepała go pocieszająco po wierzchu dłoni i wróciła do przeszukiwania szuflad w celu znalezienia tych pieprzonych kredek. Gorąco wierzyła, że chwila dla debila artysty odwróci jego uwagę od Chińskiego Cesarstwa Ludowego.
Musiała co chwilę przełykać ślinę, bo nie chciała się tu zrzygać, a cofało jej się trochę zupą z obiadu, kiedy słyszała insynuacje związku nie dość, że z mężczyzną, to jeszcze z takim, który miał jakąś szansę być jej rodzonym starym. Unosiła tylko oceniające spojrzenie na Staszka raz po raz, szperając namolnie w jego biurku, a próbując przy tym słuchać tylko co trzeciego słowa. Całość jego wypowiedzi w nienaruszonym stanie przegrzałaby jej styki.
- Jak to kim jesteś? Dopiero co mówiłeś, że Cesarzem. Możesz... - urwała, bo z rozpędu chciała powiedzieć, że z mandatem niebios może wszystko, ale to byłoby jak strzelenie sobie avadą w kolano. Przeleciała wzrokiem w popłochu po otoczeniu, szukając inspiracji na nowe zakończenie wywodu. - Możesz mi zakazać. Tego właśnie. Mariażu z twoim i może moim ojcem - wydukała to, szukając słów jak aktywna ofiara udaru mózgu, ale w końcu wybrnęła. Swoją drogą ten udar naprawdę mógł mieć miejsce, bo cała ta sytuacja była jak paraliż senny. Jesteś w pojebanym śnie, cały się pocisz, a nie możesz od niego uciec. Właśnie tak czuła się w Jadeitowym Cesarstwie Stanleya.
- Kurwa, zacznijmy od tego - zagotowała się tak, że aż musiała przerwać rozwalanie mu biurka - że to ja ci ukończyłam te klasy. Własnymi ręcami. Więc ty mi tutaj oczu nie mydl - zażądała wręcz, wyciągając palec rozkazująco, może nawet rozważając, czy by mu tego palca nie wsadzić w oko. Skoro mówi, że sam zdał te wszystkie klasy, to na pewno cała nabyta wiedza z zakresu zielarstwa pomoże mu potem to oko oczyścić i odratować.
- Borgin, a w którym momencie ja powiedziałam, że będziemy ze sobą spać? - Podparła się pod boki. - Ja chciałam cię zaprowadzić do łóżka. Nie chciałam wchodzić z tobą do łóżka. Tym razem nie chodzi o kutasa - oznajmiła, choć teraz już nie zdecydowała się na trzymanie go za rękę. Głównie dlatego, że mógłby to uznać za preludium zdradzania Lorraine. Swoją drogą, to chyba sobie nie zdawał sprawy, że jej blondynka to by ją śmiechem zabiła, gdyby usłyszała, że rzekomo spała ze Stanleyem.
Wtem dziwnie stęknęła, ni to z ulgą, ni to z radości, po czym wyjęła z dna ostatniej szuflady opakowanie świecowych kredek. Naprędce złapała jakąś w miarę czystą kartkę z biurka, przesunęła ją na środek i wepchnęła Stachowi kredki w ręce.
- Proszę, siadaj tutaj i narysuj coś dla mnie - zaprosiła go, odsuwając krzesło, żeby mógł sobie wygodnie usiąść. - Może być mur, mogą być plany bitwy. Ewentualnie pole ogórków. A ja w tym czasie skoczę po Francisa, okej? - Liczyła na zgodę, bo naprawdę czuła, że potrzebuje wezwać posiłki. Sama nie podoła z kładzeniem go spać. Przed wyruszeniem w tę drogę krzyżową należy zebrać drużynę.
- Stasiu - zaczęła, wzdychając teatralnie. - Pozwól, że mówiąc ci to, potrzymam cię za rękę - przerwała swój wstęp na moment, aby faktycznie objąć jego dłoń oburącz, bo czuła, że wieść może okazać się dla niego traumatyczna i ten gest zwyczajnie doda mu otuchy. - Otóż... chodziło mi o kutasa. -
Spojrzała mu prosto w oczy mówiąc to, utrzymała pełną powagę, bo nie było jej już od dobrych kilku minut do śmiechu, a następnie poklepała go pocieszająco po wierzchu dłoni i wróciła do przeszukiwania szuflad w celu znalezienia tych pieprzonych kredek. Gorąco wierzyła, że chwila dla debila artysty odwróci jego uwagę od Chińskiego Cesarstwa Ludowego.
Musiała co chwilę przełykać ślinę, bo nie chciała się tu zrzygać, a cofało jej się trochę zupą z obiadu, kiedy słyszała insynuacje związku nie dość, że z mężczyzną, to jeszcze z takim, który miał jakąś szansę być jej rodzonym starym. Unosiła tylko oceniające spojrzenie na Staszka raz po raz, szperając namolnie w jego biurku, a próbując przy tym słuchać tylko co trzeciego słowa. Całość jego wypowiedzi w nienaruszonym stanie przegrzałaby jej styki.
- Jak to kim jesteś? Dopiero co mówiłeś, że Cesarzem. Możesz... - urwała, bo z rozpędu chciała powiedzieć, że z mandatem niebios może wszystko, ale to byłoby jak strzelenie sobie avadą w kolano. Przeleciała wzrokiem w popłochu po otoczeniu, szukając inspiracji na nowe zakończenie wywodu. - Możesz mi zakazać. Tego właśnie. Mariażu z twoim i może moim ojcem - wydukała to, szukając słów jak aktywna ofiara udaru mózgu, ale w końcu wybrnęła. Swoją drogą ten udar naprawdę mógł mieć miejsce, bo cała ta sytuacja była jak paraliż senny. Jesteś w pojebanym śnie, cały się pocisz, a nie możesz od niego uciec. Właśnie tak czuła się w Jadeitowym Cesarstwie Stanleya.
- Kurwa, zacznijmy od tego - zagotowała się tak, że aż musiała przerwać rozwalanie mu biurka - że to ja ci ukończyłam te klasy. Własnymi ręcami. Więc ty mi tutaj oczu nie mydl - zażądała wręcz, wyciągając palec rozkazująco, może nawet rozważając, czy by mu tego palca nie wsadzić w oko. Skoro mówi, że sam zdał te wszystkie klasy, to na pewno cała nabyta wiedza z zakresu zielarstwa pomoże mu potem to oko oczyścić i odratować.
- Borgin, a w którym momencie ja powiedziałam, że będziemy ze sobą spać? - Podparła się pod boki. - Ja chciałam cię zaprowadzić do łóżka. Nie chciałam wchodzić z tobą do łóżka. Tym razem nie chodzi o kutasa - oznajmiła, choć teraz już nie zdecydowała się na trzymanie go za rękę. Głównie dlatego, że mógłby to uznać za preludium zdradzania Lorraine. Swoją drogą, to chyba sobie nie zdawał sprawy, że jej blondynka to by ją śmiechem zabiła, gdyby usłyszała, że rzekomo spała ze Stanleyem.
Wtem dziwnie stęknęła, ni to z ulgą, ni to z radości, po czym wyjęła z dna ostatniej szuflady opakowanie świecowych kredek. Naprędce złapała jakąś w miarę czystą kartkę z biurka, przesunęła ją na środek i wepchnęła Stachowi kredki w ręce.
- Proszę, siadaj tutaj i narysuj coś dla mnie - zaprosiła go, odsuwając krzesło, żeby mógł sobie wygodnie usiąść. - Może być mur, mogą być plany bitwy. Ewentualnie pole ogórków. A ja w tym czasie skoczę po Francisa, okej? - Liczyła na zgodę, bo naprawdę czuła, że potrzebuje wezwać posiłki. Sama nie podoła z kładzeniem go spać. Przed wyruszeniem w tę drogę krzyżową należy zebrać drużynę.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —