Nie patrzył na jego twarz skupiony na dłoni, na słodkim dotyku, na ogniu i lodzie stykającym się na granicy niemożliwego. Życie i śmierć. Kolor i czerń. Sztuka i żałoba. Nie patrzył na jego twarz, gdy opadły nań słowa o prawdziwej naturze jego relacji z wdową Kelly. Ani powieka nie drgnęła, gdy Jonathan powtórzył, że to koniec, upewniając go w powziętym planie. Może upewniając samego siebie.
Jean nie oddychał - nie musiał tego robić, więc raczej świadomie tylko unosił klatkę piersiową dla komfortu rozmówcy, z przyzwyczajenia, aniżeli musu. Nie oddychał teraz wcale, z nabożną czcią ujmując kochanka w ramiona, w ciasną, ciaśniejszą niż w klasycznym walcu ramę. Czy to nie Jonathan nauczył go tych kroków, przekonując, że południowo-amerkańskie dzikusy mają cokolwiek do zaproponowania kulturze?
Nie mieli przypisanych ról, nawet jeśli Jean był nieco niższy i drobniejszy. Znali melodię na pamięć, senną, nostalgiczną wiolonczelę okraszoną miarowym fortepianowym pulsem. Objął go i ruszył po chwili okrzepnięcia, w surrealistycznym spokoju, krok za krokiem, na szachownicy niewielkiego saloniku posiadłości w Brighton, spoglądając pozornie obojętnie przed siebie, tuż nad ramieniem Selwyna. Trzymał go mocno, trzymał pewnie, choć pierwszy raz może bez zachłanności, której tak bardzo Jonathan się obawiał. Trzymał tak, jakby jutro miało dla nich nigdy nie nadejść, a muzyka odebrała zegarowi władzę nad nimi. Hrabia pozostawał skupiony na wrażeniu, rozsmakowany bliskością, prowadził, choć w każdej chwili gotów był oddać inicjatywę, poddać się kierunkowi sugerowanemu choćby najdrobniejszym gestem przez swojego partnera. Milczał też, zasłuchany w dźwięki rozbrzmiewające tylko w ich głowach, milczał zasłuchany w puls, w poszum krwi, osadzony we wrażeniu lekkiej wilgoci roszącej gorącą z dłoni, która nie uciekała od znajomego zimna, ciepła wiosennego słońca topiącego zastany lód, zmuszającego krokusy do zakwitnięcia.
Krok za krokiem, krążyli niespiesznie między fotelami i stolikiem, z niemym świadkowaniem posągowych mebli kryjących wiekowe książki, srebra i lśniącą, porcelanową zastawę. I choć nigdy wcześniej, nigdy w Paryżu nie mówił "kocham", tak teraz zdawało się, że każdy jego ruch był w końcu przetłumaczony, w końcu zrozumiały w cichym wyznaniu utkanym w szelest ocierającego się o siebie materiału, utkanym w stukot butów o pakiet, w stukot czasem stłumiony grubym dywanem.
Jean nie oddychał - nie musiał tego robić, więc raczej świadomie tylko unosił klatkę piersiową dla komfortu rozmówcy, z przyzwyczajenia, aniżeli musu. Nie oddychał teraz wcale, z nabożną czcią ujmując kochanka w ramiona, w ciasną, ciaśniejszą niż w klasycznym walcu ramę. Czy to nie Jonathan nauczył go tych kroków, przekonując, że południowo-amerkańskie dzikusy mają cokolwiek do zaproponowania kulturze?
Nie mieli przypisanych ról, nawet jeśli Jean był nieco niższy i drobniejszy. Znali melodię na pamięć, senną, nostalgiczną wiolonczelę okraszoną miarowym fortepianowym pulsem. Objął go i ruszył po chwili okrzepnięcia, w surrealistycznym spokoju, krok za krokiem, na szachownicy niewielkiego saloniku posiadłości w Brighton, spoglądając pozornie obojętnie przed siebie, tuż nad ramieniem Selwyna. Trzymał go mocno, trzymał pewnie, choć pierwszy raz może bez zachłanności, której tak bardzo Jonathan się obawiał. Trzymał tak, jakby jutro miało dla nich nigdy nie nadejść, a muzyka odebrała zegarowi władzę nad nimi. Hrabia pozostawał skupiony na wrażeniu, rozsmakowany bliskością, prowadził, choć w każdej chwili gotów był oddać inicjatywę, poddać się kierunkowi sugerowanemu choćby najdrobniejszym gestem przez swojego partnera. Milczał też, zasłuchany w dźwięki rozbrzmiewające tylko w ich głowach, milczał zasłuchany w puls, w poszum krwi, osadzony we wrażeniu lekkiej wilgoci roszącej gorącą z dłoni, która nie uciekała od znajomego zimna, ciepła wiosennego słońca topiącego zastany lód, zmuszającego krokusy do zakwitnięcia.
Krok za krokiem, krążyli niespiesznie między fotelami i stolikiem, z niemym świadkowaniem posągowych mebli kryjących wiekowe książki, srebra i lśniącą, porcelanową zastawę. I choć nigdy wcześniej, nigdy w Paryżu nie mówił "kocham", tak teraz zdawało się, że każdy jego ruch był w końcu przetłumaczony, w końcu zrozumiały w cichym wyznaniu utkanym w szelest ocierającego się o siebie materiału, utkanym w stukot butów o pakiet, w stukot czasem stłumiony grubym dywanem.