12.12.2024, 05:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2024, 05:35 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zawsze potrafili wykorzystać byle pretekst do tego, żeby się pożreć, czyż nie? Szczególnie, że oboje nie byli najlepsi w słowach. Mimo to wcale tego nie robili. Nie tak często jak mogłoby się wydawać, szczególnie nie w ostatnich miesiącach, które ze sobą spędzili.
Najwyraźniej teraz ich kłótnia po prostu musiała eskalować tak, aby zaledwie w przeciągu kilku minut nadgonili i rozpierdolili dosłownie wszystko, co ich jeszcze ze sobą łączyło. Nie chciał tego, ale nie umiał się powstrzymać. Szczególnie, kiedy mówiła mu to wszystko, co było poniekąd porwierdzeniem jego najmroczniejszych, najbardziej skrytych obaw. Zawsze wiedziała, gdzie uderzyć.
On też. Zazwyczaj się wahając, bo przecież znał umiar i wcale nie pragnął być wobec niej okrutny. Kochał ją. Jednakże w tej chwili oboje zachowywali się nieracjonalnie. Jakby coś ich ponownie opętało. Tyle tylko, że pod wpływem chwili pragnąc zepsuć wszystkie lata, które ze sobą przeżyli.
- Widzisz? Dowiadujemy się czegoś nowego - parsknął na stwierdzenie, które padło z ust dziewczyny. - Najwyraźniej po prostu nie umiem kochać. Możesz to dopisać do listy - oczywiście, że zamierzał mieć ostatnie słowo.
Poza tym codziennie się czegoś uczyli, nie? Jeśli nie tego, że miała go za kogoś kto jej nigdy nie kochał, nie tak właściwie. To na przykład rzucania naprawdę chujowymi porównaniami, bo nigdy nie przyrównałby się do tego, do czego ona go teraz porównała. W żadnym wypadku. Ewidentnie znowu pokazywała swoje własne urojone oczekiwania wobec niego, których nie umiał spełnić.
Nie było zatem szans, aby doszli do jakiegokolwiek konsensusu. Nie, gdy tak bardzo się rozwijali, mimo że zaraz co rusz ironicznie się w czymś godzili. To też już znali, nie? Robili dokładnie to samo, co zawsze. Szczególnie ostatnio w Dolinie. To była chujnia, nie zgoda. Oni w siebie godzili, nie się ze sobą godzili. Niby te same słowa, ale intencje i wyniki były zupełnie inne.
- Próbowałem dać ci dom - wyrzucił jej bez chwili namysłu. - Dom, Geraldine. Nie chujnię i nie bagno. Dom. Stabilny. Nie Dolinę. Nie jebaną Snowdonię. Coś, czego nam brakowało. I chyba kurwa brakło - bo ostatecznie nic z tego nie mieli, prawda?
Starał się ją chronić, również a może nawet zwłaszcza przed sobą i swoimi tragicznymi decyzjami a oto znowu tu byli, niszcząc się nawzajem.
Nie chciał wierzyć w to, że kiedyś mieli wspólne oczekiwania i że Geraldine też chciała tego wszystkiego. Już nie. W tym momencie znacznie łatwiej było, gdy kwestionował jej słowa. Głównie przez to, że gdyby przyznał przed sobą, że na tamtym etapie życia rzeczywiście pragnęli tego samego, musiałby również stwierdzić, że byli tego bardzo blisko. Cholernie blisko a on nie tylko dał ciała. On wszystko spierdolił i teraz też rozpierdalał. W drobny pył i proch, żeby nie było już niczego, co mogliby ocalić.
Aby Rina nie miała już co do niego żadnych wątpliwości. Nie potrzebował restartu. Nie chciał, żeby mu wybaczała. Ani tym bardziej, żeby uparła się, by go ratować przed jakimś nieokreślonym złem, straszliwym pokłosiem wydarzeń, o których jej nie mówił, metafizycznym bagnem i innymi bzdurami. Nawet, jeżeli kwestionowała jego słowa mówiąc mu, że to mogła być ich wspólna walka, po prostu nie miała racji. Myliła się.
Pokazał jej to właśnie w tej chwili, prawda? Starcie trwało, ale nigdy nie chodziło o żadną siłę, przeciwko której mogliby stanąć ramię w ramię. Chciał, żeby to sobie uświadomiła. Mimo to bolało go, gdy wreszcie oprzytomniała. Zaczęła zauważać istotę problemu. Dosłownie mu to wyrzygała i miała rację. Tak. Nie przyznałby jej tego, ale ją miała.
Przez cały czas chodziło o niego. To on był wrogiem. Tyle tylko, że wydawało mu się, że wyłącznie własnym, bo gdy odchodził był przekonany o słuszności swojej decyzji i o tym, że ją przed sobą ocalał. Nie chciał wylać na nią tego wszystkiego, co powiedział. To nigdy nie było jego zamiarem. Gdzieś tam pod skórą wiedział, że ona również nie chciała odpowiadać mu tym samym.
Tymczasem teraz i tak stanęli przeciwko sobie. Z opóźnionym zapłonem, ale raz zapalona iskra wcale nie wygasła. Przez cały czas ich spalała. Kolejne słowa uderzały z palącą precyzją. Były niczym ostre ogniste sztylety wbijające się w skórę. Choć nie wszystkie. Niektóre były jak drzazgi nasączone trucizną. Wbijane pod paznokcie aż do rozdzielania się wierzchniej tkanki od mięsa. Bolały do żywego ciała.
Dlatego nie chciał wierzyć komuś, komu powinien ufać. Nader wszystko. Ufał jej przez lata. Czasami bardziej niż sobie, bo zawsze wiedziała jak go przyhamować. Potrafiła trzymać go w ryzach w ten sam sposób, w jaki nieodmiennie go do siebie przyciągała. Po prostu. Niewymuszenie, bez zbędnych słów i czczych deklaracji. Wystarczyło, że go chciała i że trwali obok siebie, żeby ich idylla trwała.
Oczywiście, nie mieli idyllicznego życia. Pamięć była zawodna, ale nie aż tak, żeby zasłona nostalgii przykryła wszystkie złe i trudne chwile. Czas wraz ze wspomnieniami miały to do siebie - sprawiały, że historia w pamięci jakby się wygładzała. Nabierała bardziej pastelowych barw. Robiła się znacznie bardziej melancholijna, jednakże oboje w gruncie rzeczy było realistami.
Nie mieli życia usłanego różami. Choć może? Może mieli? Tyle tylko, że każdy z tych kwiatów miał również pędy i kolce. Długie pokręcone łodygi i ostre liście. Nie były idealne jak te kupowane w kwiaciarni, lecz to nie było nic złego. Nie dopóki umieli sobie z tym radzić. Nie musieli udawać, że zawsze było idealnie, ale był przy niej, ona przy nim była. To im wystarczało. Przynajmniej do czasu.
Nigdy wcześniej aż tak bardzo ich nie poniosło. Rina zawsze potrafiła go wkurwić. Ten talent posiadała niemalże na równi z byciem jego bezpieczną przystanią i kimś kto zawsze jakoś go uspokajał. Natomiast zazwyczaj reflektowali się dużo szybciej. Znali granice tego, co nieprzekraczalne. Nawet jeśli uderzali w siebie słowami to żadne nie były tak pochopne ani tak porywcze jak te teraz.
Teraz, choć nie czuł do niej nienawiści, nie potrafił przetrawić tego, co padło w ich kłótni. Ani z jego, ani z jej strony. Niszczyli się. Zniszczyli się? Czy istniało między nimi jeszcze cokolwiek po tamtych słowach? Nie miał ich wyprzeć z pamięci. Nie wątpił, że ona również nie. Były stanowczo zbyt precyzyjne i uderzyły za głęboko. Niemal jak miecze, choć to były tylko słowa. Aż słowa. Nie mogli postąpić gorzej. Policzek jaki mu wymierzyła wtedy w Dolinie bolał znacznie mniej.
Mimo to nie potrafił odnosić się do dziewczyny z tym samym gniewem, którym zionął jeszcze przed paroma chwilami. Wcale nie był spokojniejszy. Wewnątrz nadal czuł się jak ktoś kto nad sobą nie panował, jednakże na zewnątrz na powrót zaczął ważyć to, co opuszczało jego usta.
Nie chciał wracać do tamtej kłótni. Został tu, nawet jeśli bolała go głowa. Nawet po deklaracji wypierdalania. Jeśli chciała, mogła mu to wytknąć, bo ponownie coś obiecał i tego nie spełnił. To chyba zaczęło być ich nowym popieprzonym motywem. Kolejnym powodem, dla którego ich świat się kończył. Kto by pomyślał, że dla dwojga ludzi, dla których tak bardzo liczyły się gesty, koniec przyniosą właśnie słowa?
Chciał coś zmienić, ale nie umiał. Nie potrafił nawet na nią patrzeć. To w niego godziło, bo czuł się niczym ostatni tchórz. Żenująco unikowy, dlatego wreszcie przerwał tę ciszę. Kątem oka widząc jak Geraldine miętosi materiał na sobie.
- Zawsze dobrze w niej wyglądałaś - odezwał się cicho, patrząc przed siebie w burzowe niebo, nawet jeśli w rzeczywistości kątem oka spoglądał na dziewczynę.
Miał na myśli tę jasną koszulę. To, że zawsze, gdy ją zakładała, nieodmiennie przyciągała jego wzrok. Bez niej też to robiła, jednakże ta jedna drobna rzecz miała znaczenie. Była jego tak jak jego dziewczyna. Zawsze w niej dobrze wyglądała. Szczególnie wtedy, kiedy odzyskiwał swoją własność. Nie na długo, ale zmięta na podłodze, ta koszula wyglądała jeszcze lepiej.
To też stracili. Te małe rzeczy. Tego wieczoru padło zbyt wiele gorzkich i nienawistnych słów, żeby Ambroise w dalszym ciągu był w stanie uwierzyć w to, że go chciała. Mogła twierdzić inaczej. W tamtym momencie być może nawet szczerze w to wierzyła, jednakże w rzeczywistości miał rację z tym, co jej mówił. Chyba teraz to już wiedziała?
Kochała innego człowieka. Wyobrażenie o kimś, kto w jego własnych oczach prawdopodobnie nigdy nie istniał. Chciał, aby było inaczej, ale nie potrafił tego zmienić. Szczególnie, gdy zdawał sobie sprawę, że odpuścił w momencie, w którym odszedł od Geraldine. Poddał się zamiast próbować coś zmienić. Dał ciała. Nie od razu, lecz moment, gdy zaczęły do niego docierać tamte (teraz już przecież wiedział, kolejny gwóźdź do trumny) plotki, wycofał się.
Nie sądził, by to mogło cokolwiek zmienić na dłuższą metę, ale nawet nie próbował. Więc tym bardziej nie zasługiwał na to, co mu dawała zanim zaczęli się palić. Mógłby się łudzić, że dzięki temu prawda nie bolała, bo od samego początku upierał się, że Rina nie wiedziała, na co chciała się pisać.
Natomiast bolało. Jak sam skurwysyn. To wszystko, co przemilczała przez lata aż wreszcie powiedziała. Wyrzuciła mu to prosto w twarz. Nie był jej dłużny. Sam do siebie też miał teraz ogrom wyrzutów, ale jej prawda paliła go jakoś bardziej. To, że nie wierzyła w jego intencje, nawet jeśli z nim była. To, że mu nie ufała, jednak usiłowała układać sobie z nim życie.
Pytanie po co? cięło jak widmowy nóż. Było niczym tamta strzała z kuszy. Ten bełt, tyle tylko, że nie w nodze a w sercu i w głębi duszy. Również w tej chwili nasuwało mu się to do głowy, bo z jednej strony przed kilkoma chwilami żarli się gotowi wygnać się na dobre ze swojego życia a teraz znowu mówiła mu, by został. On zresztą zrobił to pierwszy. Gubił się we własnych słowach.
- Zostanę - odezwał się bardzo cicho, mocniej opierając plecy o ścianę i na chwilę przymykając oczy. - Nie na kanapie. Nie musimy się więcej kochać, nie będziemy się pieprzyć... ...to były żenujące słowa... ...wybacz... ... mogę... ...chcę zostać na noc, ale nie zostanę na kanapie - tak jak nie planował dodawać jeśli właśnie tego chcesz do tej pierwszej części wypowiedzi, tak teraz potrzebował, aby te słowa padły jasno, nawet jeśli tak cicho, że niemal bezgłośnie.
- Ty też nie - niby nie mógł jej do niczego zmusić, ale liczył na to, że Geraldine przystanie na to, nie próbując go kwestionować.
Był zbyt zmęczony, żeby z nią ponownie walczyć. Zresztą przecież nigdy nie planował. Przecież w istocie dawno temu ustalili, że nic nie musiała i ze wszystkich prawd, które utracili tego wieczoru, ta chyba nadal była na swoim miejscu. Mogli się zranić, zniszczyć, ale to się chyba nie zmieniło.
Zresztą, czemu by miało? Zazwyczaj bardziej ich dzieliło niż łączyło, poza tymi nielicznymi momentami, gdy żartowali. W każdym innym wypadku to było wyłącznie potwierdzenie uporu. Kolejne gorzkie wysrywy. Nie miał siły, aby ich teraz słuchać. Miał nadzieję, choć kruchą, że Rina daruje sobie te słowa. Wolałby już, aby kazała mu odejść.
Nie chciał spędzać czasu na kanapie w domu, w którym kiedyś pragnął układać sobie z nią życie. Nie mieli prawdziwej sypialni gościnnej. Nigdy nie była gotowa, bo po co, skoro nie zamierzali tu nikogo gościć?
W istocie tego wieczoru chyba okazało się, że prawda leżała gdzieś zupełnie inaczej. O ile to nie były wyłącznie kolejne puste, pochopnie ciśnięte słowa w odpowiedzi na to, czego nigdy nie powinien mówić. A jednak on to powiedział, ona wycelowała w niego odpowiedzią. I oto mieli zalążek jasności.
To nigdy nie miała być sypialnia dla gości. Dlatego nie wstawili tam łóżka ani nie zrobili nic innego z tym pokojem. Wtedy to nie był właściwy czas, aby cokolwiek robić. Nie te warunki, choć powoli powstawały plany. Nie rozmawiali ze sobą o tym, ale chyba mógł być moment, gdy chcieli tego samego. Pokoju dziecięcego, który nigdy nie powstał.
Trudno mu było myśleć o kolejnej rzeczy, której nie dane im było przeżyć, ale mieli rację kłócąc się ze sobą. Skoro to miało się rozpaść, nie zmieniłaby tego żadna nowa osoba. Szczególnie nie mała istota. Nieważne, że wspólna, to nigdy by nie wypaliło. Przecież coś o tym wiedział, prawda? Nie chciał być w tym synem swojej matki. I nie chciał być synem swego ojca.
Więc nigdy się nie dowiedzieli, jakby to było, ale nie powinni tego żałować. To akurat wyszło właściwie. Nie mogli ze sobą być, więc nie mogli również spełnić większości planów. Ani teraz, ani nigdy. A więc czemu z jego ust padły te następne słowa?
- Poza tym masz rację. Nie powinniśmy. To nie tak. Wszystko jest nie tak. Chcę z tobą być, ale nie mam dla ciebie wyjaśnienia, czemu to nie jest możliwe - przetarł zmęczone powieki wierzchem dłoni, nie chciał zaczynać tego sporu od nowa; miał nadzieję, że była w stanie to zinterpretować wyłącznie w kontekście tego wieczoru a potem chyba po prostu zaakceptować? - Tu jest pies pogrzebany - poza tym to chyba on był tym psem, uroczo, nie? Bo nie tylko dziś, wewnątrz nie tylko dziś tego pragnął, prawda?
Paradoksalnie, gdyby chodziło wyłącznie o ten dzień, ten wieczór i noc to wszystkie poprzednie wypowiedzi nie miałyby sensu. Prawdopodobnie nigdy by nie padły. Ciskali w siebie ostrzami, bo nie chodziło o tu i teraz. Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość mieszały się w jednym wielkim kotle wyrzutów.
Chyba rzeczywiście coś w tym było, że tyle razy wspominali o tym, że nie są zwyczajni. Tyle tylko, że teraz to brzmiało gorzko. A przecież nie powinno? Kiedyś coś mieli. To nie były wyłącznie puste słowa.
- Może to lepiej, nie uważasz? Normalność czystokrwistych jest dopiero zjebana - pozwolił sobie na bardzo nieznaczne uniesienie kącików ust i jeszcze ostrożniejszy ruch ręki.
Uniósł ramię, nie mając odwagi, aby ją do siebie przyciągnąć ani nawet ją objąć. Zawiesił palce kilka centymetrów nad jej przedramieniem, nie dotykając Geraldine, ale dając jej do zrozumienia, że jeśli tylko tego chciała, mogła do niego przylgnąć. Mógł ją objąć, przytulić, ogrzać w porywach coraz chłodniejszego wiatru. Nie musieli wyłącznie stykać się ramionami.
- Wiem, Ma Moitié - odpowiedział cicho, niemal miękko, co prawda nie przenosząc wzroku na Geraldine, ale kiwając głową.
Jego dłoń mimowolnie spoczęła na jej boku, to właśnie tam było właściwe miejsce, tam powinna leżeć i tam w istocie teraz leżała. Nie pozwolił sobie na nic więcej. Nie wiedział czy czegokolwiek chciała. Mógłby przycisnąć wargi do czoła dziewczyny tak jak to zazwyczaj robił, pozwalając jej wtulić się w niego tak mocno jak tego pragnęła, ale chyba nie miał na to siły.
Zresztą to, że siedzieli obok siebie nie wymazywało większości słów rzuconych w nerwach. Kłótnia wygasła. Już nie trwała. Niepotrzebnie ją wywołali, lecz przynajmniej dzięki temu wiedzieli na czym stoją. Podstawa ich przeszłości została zachwiana. Być może jeszcze nie runęła, ale była tego bliska. Ambroise nie wiedział czy był sens ratowania czegokolwiek, jeśli ich wspólna przyszłość i tak nie istniała. Zaś teraźniejszość była po prostu ciemna i ponura. Tak jak burza nadchodząca zza horyzontu.
Kiedy to wszystko tak bardzo się pokomplikowało? Sytuacja na świecie stale się zmieniała - tak było od zarania dziejów, zawsze coś się kończyło i zaczynało, jednakże ich aktualna rzeczywistość wydawała mu się czymś naprawdę ponurym i pełnym grozy.
Nawet wtedy, kiedy na zewnątrz świeciło słońce, gdzieś tam trwała jakaś walka, czaiła się jakaś groźba. Zresztą nie musiał sięgać dalej niż do własnego ogródka. Z pozoru dobre wieści wywoływały w nim gorycz i obawę przed przyszłością. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy przeszedł od milczenia w kolejne słowa. Tym razem już nie skupiające się wokół nich, bo chyba...
...i tylko chyba tego potrzebował. Jednej jedynej rzeczy, której nie zepsuli doszczętnie tego wieczoru. Nie była już jego. Nie byli ze sobą, nie mieli przyszłości, przeszłość jawiła się jako gruz zawalonych kłamstw, ale w tym wszystkim w dalszym ciągu pozostało im jedno. Właśnie ta rozmowa.
- Roselyn wychodzi za mąż - stwierdził grobowo, kręcąc przy tym głową, bo ten temat wcale nie zniknął tak jak miał to zrobić. - Zarzeka się, że to odkręci, ale - odetchnął głęboko, wciągając chłodniejsze burzowe powietrze w płuca - zaczęła zadawać się z Borginami - czy musiał mówić wiele więcej?
Nie, chyba nie. Wydobył z siebie to, co najistotniejsze. Do tej, której teraz potrzebował. Nie do utraconej ukochanej, nie do niedoszłej narzeczonej, niemalże żony czy matki jego dzieci, które istniały wyłącznie w złudzeniach dwójki naiwnych szaleńców. Teraz rozmawiał ze swoją najlepszą przyjaciółką. Kimś, za kim tęsknił równie mocno. Równie dogłębnie.
- Awans poszedł się jebać psu w dupę. Wpierdolą tam jakiegoś swojego koleżkę. Kto wie, może nawet jakiegoś krewniaka dyrektorki. Zresztą, ktokolwiek to będzie... ...niech spierdala - a więc kontynuował, przełykając gorycz, pozwalając sobie na te wszystkie słowa wypowiadane w ciemności nadchodzącego żywiołu. - I tak zamierzałem przejść na prywatną praktykę. Tylko ta wizja... ...wiesz - stabilizacja, wspólny dom i życie, upragniona rodzina, przyszłość, która już do niego nie należała - tylko ona mnie tam trzymała. W innym wypadku? Nawyki? Przyzwyczajenia? Powrót na stare śmieci to już nie to samo - stwierdził gorzko, choć cicho, nie miarkując się w słowach.
Nie, gdy poznało się smak innego życia. Nie, gdy zamiast pustego mieszkania w domu czekała na niego dziewczyna. Nie, gdy starał się w pracy, ale nie dla pracy. Kiedy chodziło mu się tam w inny sposób, bo miał jakiekolwiek pohamowania. Teraz spędzając tam tyle godzin nie miał możliwości nie dostrzegać tego, że nic się nie zmieniało.
Niby zawsze miał się za realistę, tak? A jednak spędził zatrważająco dużo czasu w tym miejscu. W domu. Z nią obok siebie, czytając te wszystkie cholerne książki i szykując się do następnych konferencji, kolejnych dodatkowych zajęć i dyżurów. Kiedy to wszystko przepadło, instynktownie wrócił w pracę, ale czas leciał a sugestywne deklaracje nic za sobą nie niosły. Przestawał wierzyć również w te słowa. Munga od dawna zżerała zgnilizna.
To lato było fatalne. Kurewsko trudne. Jesień wcale nie miała być lepsza, więc...
- Zresztą, kto wie, co będzie jutro. Jak nie Doppelganger, to nekromantyczne rośliny, widma w Kniei. Wojna. Połowa czarnego rynku spierdoliła do podziemia. Na Ścieżki. Druga część oszalała, zdechła, została zamordowana albo dołączyła do popleczników Voldemorta - może to był wysryw, być może przemawiała przez niego frustracja, ale wydawało mu się, że jeśli chciała z nim rozmawiać to było to, o czym mogli mówić, to nie były sekrety i niedopowiedzenia.
- Nie jestem po ich stronie. Niech to będzie jasne. Nie chcę, żebyś tak o mnie myślała - czuł potrzebę powiedzenia tego wprost, bo może po tym wieczorze wszystko przepadło, ale pewne rzeczy musiały być jasne. - Zresztą byłbym debilem, ujmując przekonania, gdybym to zrobił po tamtym w lutym, gdy ich - no tak, nie chciał, by miała o nim aż tak złe zdanie, a jednak jego słowa nie były pełne pocieszenia. - Natomiast to wszystko - przytłacza.
Ale czy to było łatwe do przyznania? Wręcz przeciwnie. Przynajmniej było ciemno. Burza trwała, była coraz głośniejsza i bardziej odczuwalna. Jej dźwięki przytłumiały część bicia serca i ciężkich oddechów. Deszcz zlewał resztki ogrodu, plątaninę jeżyn i szczątków szklarni. Nadchodziła jesień. Ciężka, zimna i niespokojna. A ich ostoja nie była już ich ostoją. Nie było niczego, co mogłoby to powstrzymać. Z powrotem dnia mieli to ponownie utracić.
Najwyraźniej teraz ich kłótnia po prostu musiała eskalować tak, aby zaledwie w przeciągu kilku minut nadgonili i rozpierdolili dosłownie wszystko, co ich jeszcze ze sobą łączyło. Nie chciał tego, ale nie umiał się powstrzymać. Szczególnie, kiedy mówiła mu to wszystko, co było poniekąd porwierdzeniem jego najmroczniejszych, najbardziej skrytych obaw. Zawsze wiedziała, gdzie uderzyć.
On też. Zazwyczaj się wahając, bo przecież znał umiar i wcale nie pragnął być wobec niej okrutny. Kochał ją. Jednakże w tej chwili oboje zachowywali się nieracjonalnie. Jakby coś ich ponownie opętało. Tyle tylko, że pod wpływem chwili pragnąc zepsuć wszystkie lata, które ze sobą przeżyli.
- Widzisz? Dowiadujemy się czegoś nowego - parsknął na stwierdzenie, które padło z ust dziewczyny. - Najwyraźniej po prostu nie umiem kochać. Możesz to dopisać do listy - oczywiście, że zamierzał mieć ostatnie słowo.
Poza tym codziennie się czegoś uczyli, nie? Jeśli nie tego, że miała go za kogoś kto jej nigdy nie kochał, nie tak właściwie. To na przykład rzucania naprawdę chujowymi porównaniami, bo nigdy nie przyrównałby się do tego, do czego ona go teraz porównała. W żadnym wypadku. Ewidentnie znowu pokazywała swoje własne urojone oczekiwania wobec niego, których nie umiał spełnić.
Nie było zatem szans, aby doszli do jakiegokolwiek konsensusu. Nie, gdy tak bardzo się rozwijali, mimo że zaraz co rusz ironicznie się w czymś godzili. To też już znali, nie? Robili dokładnie to samo, co zawsze. Szczególnie ostatnio w Dolinie. To była chujnia, nie zgoda. Oni w siebie godzili, nie się ze sobą godzili. Niby te same słowa, ale intencje i wyniki były zupełnie inne.
- Próbowałem dać ci dom - wyrzucił jej bez chwili namysłu. - Dom, Geraldine. Nie chujnię i nie bagno. Dom. Stabilny. Nie Dolinę. Nie jebaną Snowdonię. Coś, czego nam brakowało. I chyba kurwa brakło - bo ostatecznie nic z tego nie mieli, prawda?
Starał się ją chronić, również a może nawet zwłaszcza przed sobą i swoimi tragicznymi decyzjami a oto znowu tu byli, niszcząc się nawzajem.
Nie chciał wierzyć w to, że kiedyś mieli wspólne oczekiwania i że Geraldine też chciała tego wszystkiego. Już nie. W tym momencie znacznie łatwiej było, gdy kwestionował jej słowa. Głównie przez to, że gdyby przyznał przed sobą, że na tamtym etapie życia rzeczywiście pragnęli tego samego, musiałby również stwierdzić, że byli tego bardzo blisko. Cholernie blisko a on nie tylko dał ciała. On wszystko spierdolił i teraz też rozpierdalał. W drobny pył i proch, żeby nie było już niczego, co mogliby ocalić.
Aby Rina nie miała już co do niego żadnych wątpliwości. Nie potrzebował restartu. Nie chciał, żeby mu wybaczała. Ani tym bardziej, żeby uparła się, by go ratować przed jakimś nieokreślonym złem, straszliwym pokłosiem wydarzeń, o których jej nie mówił, metafizycznym bagnem i innymi bzdurami. Nawet, jeżeli kwestionowała jego słowa mówiąc mu, że to mogła być ich wspólna walka, po prostu nie miała racji. Myliła się.
Pokazał jej to właśnie w tej chwili, prawda? Starcie trwało, ale nigdy nie chodziło o żadną siłę, przeciwko której mogliby stanąć ramię w ramię. Chciał, żeby to sobie uświadomiła. Mimo to bolało go, gdy wreszcie oprzytomniała. Zaczęła zauważać istotę problemu. Dosłownie mu to wyrzygała i miała rację. Tak. Nie przyznałby jej tego, ale ją miała.
Przez cały czas chodziło o niego. To on był wrogiem. Tyle tylko, że wydawało mu się, że wyłącznie własnym, bo gdy odchodził był przekonany o słuszności swojej decyzji i o tym, że ją przed sobą ocalał. Nie chciał wylać na nią tego wszystkiego, co powiedział. To nigdy nie było jego zamiarem. Gdzieś tam pod skórą wiedział, że ona również nie chciała odpowiadać mu tym samym.
Tymczasem teraz i tak stanęli przeciwko sobie. Z opóźnionym zapłonem, ale raz zapalona iskra wcale nie wygasła. Przez cały czas ich spalała. Kolejne słowa uderzały z palącą precyzją. Były niczym ostre ogniste sztylety wbijające się w skórę. Choć nie wszystkie. Niektóre były jak drzazgi nasączone trucizną. Wbijane pod paznokcie aż do rozdzielania się wierzchniej tkanki od mięsa. Bolały do żywego ciała.
Dlatego nie chciał wierzyć komuś, komu powinien ufać. Nader wszystko. Ufał jej przez lata. Czasami bardziej niż sobie, bo zawsze wiedziała jak go przyhamować. Potrafiła trzymać go w ryzach w ten sam sposób, w jaki nieodmiennie go do siebie przyciągała. Po prostu. Niewymuszenie, bez zbędnych słów i czczych deklaracji. Wystarczyło, że go chciała i że trwali obok siebie, żeby ich idylla trwała.
Oczywiście, nie mieli idyllicznego życia. Pamięć była zawodna, ale nie aż tak, żeby zasłona nostalgii przykryła wszystkie złe i trudne chwile. Czas wraz ze wspomnieniami miały to do siebie - sprawiały, że historia w pamięci jakby się wygładzała. Nabierała bardziej pastelowych barw. Robiła się znacznie bardziej melancholijna, jednakże oboje w gruncie rzeczy było realistami.
Nie mieli życia usłanego różami. Choć może? Może mieli? Tyle tylko, że każdy z tych kwiatów miał również pędy i kolce. Długie pokręcone łodygi i ostre liście. Nie były idealne jak te kupowane w kwiaciarni, lecz to nie było nic złego. Nie dopóki umieli sobie z tym radzić. Nie musieli udawać, że zawsze było idealnie, ale był przy niej, ona przy nim była. To im wystarczało. Przynajmniej do czasu.
Nigdy wcześniej aż tak bardzo ich nie poniosło. Rina zawsze potrafiła go wkurwić. Ten talent posiadała niemalże na równi z byciem jego bezpieczną przystanią i kimś kto zawsze jakoś go uspokajał. Natomiast zazwyczaj reflektowali się dużo szybciej. Znali granice tego, co nieprzekraczalne. Nawet jeśli uderzali w siebie słowami to żadne nie były tak pochopne ani tak porywcze jak te teraz.
Teraz, choć nie czuł do niej nienawiści, nie potrafił przetrawić tego, co padło w ich kłótni. Ani z jego, ani z jej strony. Niszczyli się. Zniszczyli się? Czy istniało między nimi jeszcze cokolwiek po tamtych słowach? Nie miał ich wyprzeć z pamięci. Nie wątpił, że ona również nie. Były stanowczo zbyt precyzyjne i uderzyły za głęboko. Niemal jak miecze, choć to były tylko słowa. Aż słowa. Nie mogli postąpić gorzej. Policzek jaki mu wymierzyła wtedy w Dolinie bolał znacznie mniej.
Mimo to nie potrafił odnosić się do dziewczyny z tym samym gniewem, którym zionął jeszcze przed paroma chwilami. Wcale nie był spokojniejszy. Wewnątrz nadal czuł się jak ktoś kto nad sobą nie panował, jednakże na zewnątrz na powrót zaczął ważyć to, co opuszczało jego usta.
Nie chciał wracać do tamtej kłótni. Został tu, nawet jeśli bolała go głowa. Nawet po deklaracji wypierdalania. Jeśli chciała, mogła mu to wytknąć, bo ponownie coś obiecał i tego nie spełnił. To chyba zaczęło być ich nowym popieprzonym motywem. Kolejnym powodem, dla którego ich świat się kończył. Kto by pomyślał, że dla dwojga ludzi, dla których tak bardzo liczyły się gesty, koniec przyniosą właśnie słowa?
Chciał coś zmienić, ale nie umiał. Nie potrafił nawet na nią patrzeć. To w niego godziło, bo czuł się niczym ostatni tchórz. Żenująco unikowy, dlatego wreszcie przerwał tę ciszę. Kątem oka widząc jak Geraldine miętosi materiał na sobie.
- Zawsze dobrze w niej wyglądałaś - odezwał się cicho, patrząc przed siebie w burzowe niebo, nawet jeśli w rzeczywistości kątem oka spoglądał na dziewczynę.
Miał na myśli tę jasną koszulę. To, że zawsze, gdy ją zakładała, nieodmiennie przyciągała jego wzrok. Bez niej też to robiła, jednakże ta jedna drobna rzecz miała znaczenie. Była jego tak jak jego dziewczyna. Zawsze w niej dobrze wyglądała. Szczególnie wtedy, kiedy odzyskiwał swoją własność. Nie na długo, ale zmięta na podłodze, ta koszula wyglądała jeszcze lepiej.
To też stracili. Te małe rzeczy. Tego wieczoru padło zbyt wiele gorzkich i nienawistnych słów, żeby Ambroise w dalszym ciągu był w stanie uwierzyć w to, że go chciała. Mogła twierdzić inaczej. W tamtym momencie być może nawet szczerze w to wierzyła, jednakże w rzeczywistości miał rację z tym, co jej mówił. Chyba teraz to już wiedziała?
Kochała innego człowieka. Wyobrażenie o kimś, kto w jego własnych oczach prawdopodobnie nigdy nie istniał. Chciał, aby było inaczej, ale nie potrafił tego zmienić. Szczególnie, gdy zdawał sobie sprawę, że odpuścił w momencie, w którym odszedł od Geraldine. Poddał się zamiast próbować coś zmienić. Dał ciała. Nie od razu, lecz moment, gdy zaczęły do niego docierać tamte (teraz już przecież wiedział, kolejny gwóźdź do trumny) plotki, wycofał się.
Nie sądził, by to mogło cokolwiek zmienić na dłuższą metę, ale nawet nie próbował. Więc tym bardziej nie zasługiwał na to, co mu dawała zanim zaczęli się palić. Mógłby się łudzić, że dzięki temu prawda nie bolała, bo od samego początku upierał się, że Rina nie wiedziała, na co chciała się pisać.
Natomiast bolało. Jak sam skurwysyn. To wszystko, co przemilczała przez lata aż wreszcie powiedziała. Wyrzuciła mu to prosto w twarz. Nie był jej dłużny. Sam do siebie też miał teraz ogrom wyrzutów, ale jej prawda paliła go jakoś bardziej. To, że nie wierzyła w jego intencje, nawet jeśli z nim była. To, że mu nie ufała, jednak usiłowała układać sobie z nim życie.
Pytanie po co? cięło jak widmowy nóż. Było niczym tamta strzała z kuszy. Ten bełt, tyle tylko, że nie w nodze a w sercu i w głębi duszy. Również w tej chwili nasuwało mu się to do głowy, bo z jednej strony przed kilkoma chwilami żarli się gotowi wygnać się na dobre ze swojego życia a teraz znowu mówiła mu, by został. On zresztą zrobił to pierwszy. Gubił się we własnych słowach.
- Zostanę - odezwał się bardzo cicho, mocniej opierając plecy o ścianę i na chwilę przymykając oczy. - Nie na kanapie. Nie musimy się więcej kochać, nie będziemy się pieprzyć... ...to były żenujące słowa... ...wybacz... ... mogę... ...chcę zostać na noc, ale nie zostanę na kanapie - tak jak nie planował dodawać jeśli właśnie tego chcesz do tej pierwszej części wypowiedzi, tak teraz potrzebował, aby te słowa padły jasno, nawet jeśli tak cicho, że niemal bezgłośnie.
- Ty też nie - niby nie mógł jej do niczego zmusić, ale liczył na to, że Geraldine przystanie na to, nie próbując go kwestionować.
Był zbyt zmęczony, żeby z nią ponownie walczyć. Zresztą przecież nigdy nie planował. Przecież w istocie dawno temu ustalili, że nic nie musiała i ze wszystkich prawd, które utracili tego wieczoru, ta chyba nadal była na swoim miejscu. Mogli się zranić, zniszczyć, ale to się chyba nie zmieniło.
Zresztą, czemu by miało? Zazwyczaj bardziej ich dzieliło niż łączyło, poza tymi nielicznymi momentami, gdy żartowali. W każdym innym wypadku to było wyłącznie potwierdzenie uporu. Kolejne gorzkie wysrywy. Nie miał siły, aby ich teraz słuchać. Miał nadzieję, choć kruchą, że Rina daruje sobie te słowa. Wolałby już, aby kazała mu odejść.
Nie chciał spędzać czasu na kanapie w domu, w którym kiedyś pragnął układać sobie z nią życie. Nie mieli prawdziwej sypialni gościnnej. Nigdy nie była gotowa, bo po co, skoro nie zamierzali tu nikogo gościć?
W istocie tego wieczoru chyba okazało się, że prawda leżała gdzieś zupełnie inaczej. O ile to nie były wyłącznie kolejne puste, pochopnie ciśnięte słowa w odpowiedzi na to, czego nigdy nie powinien mówić. A jednak on to powiedział, ona wycelowała w niego odpowiedzią. I oto mieli zalążek jasności.
To nigdy nie miała być sypialnia dla gości. Dlatego nie wstawili tam łóżka ani nie zrobili nic innego z tym pokojem. Wtedy to nie był właściwy czas, aby cokolwiek robić. Nie te warunki, choć powoli powstawały plany. Nie rozmawiali ze sobą o tym, ale chyba mógł być moment, gdy chcieli tego samego. Pokoju dziecięcego, który nigdy nie powstał.
Trudno mu było myśleć o kolejnej rzeczy, której nie dane im było przeżyć, ale mieli rację kłócąc się ze sobą. Skoro to miało się rozpaść, nie zmieniłaby tego żadna nowa osoba. Szczególnie nie mała istota. Nieważne, że wspólna, to nigdy by nie wypaliło. Przecież coś o tym wiedział, prawda? Nie chciał być w tym synem swojej matki. I nie chciał być synem swego ojca.
Więc nigdy się nie dowiedzieli, jakby to było, ale nie powinni tego żałować. To akurat wyszło właściwie. Nie mogli ze sobą być, więc nie mogli również spełnić większości planów. Ani teraz, ani nigdy. A więc czemu z jego ust padły te następne słowa?
- Poza tym masz rację. Nie powinniśmy. To nie tak. Wszystko jest nie tak. Chcę z tobą być, ale nie mam dla ciebie wyjaśnienia, czemu to nie jest możliwe - przetarł zmęczone powieki wierzchem dłoni, nie chciał zaczynać tego sporu od nowa; miał nadzieję, że była w stanie to zinterpretować wyłącznie w kontekście tego wieczoru a potem chyba po prostu zaakceptować? - Tu jest pies pogrzebany - poza tym to chyba on był tym psem, uroczo, nie? Bo nie tylko dziś, wewnątrz nie tylko dziś tego pragnął, prawda?
Paradoksalnie, gdyby chodziło wyłącznie o ten dzień, ten wieczór i noc to wszystkie poprzednie wypowiedzi nie miałyby sensu. Prawdopodobnie nigdy by nie padły. Ciskali w siebie ostrzami, bo nie chodziło o tu i teraz. Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość mieszały się w jednym wielkim kotle wyrzutów.
Chyba rzeczywiście coś w tym było, że tyle razy wspominali o tym, że nie są zwyczajni. Tyle tylko, że teraz to brzmiało gorzko. A przecież nie powinno? Kiedyś coś mieli. To nie były wyłącznie puste słowa.
- Może to lepiej, nie uważasz? Normalność czystokrwistych jest dopiero zjebana - pozwolił sobie na bardzo nieznaczne uniesienie kącików ust i jeszcze ostrożniejszy ruch ręki.
Uniósł ramię, nie mając odwagi, aby ją do siebie przyciągnąć ani nawet ją objąć. Zawiesił palce kilka centymetrów nad jej przedramieniem, nie dotykając Geraldine, ale dając jej do zrozumienia, że jeśli tylko tego chciała, mogła do niego przylgnąć. Mógł ją objąć, przytulić, ogrzać w porywach coraz chłodniejszego wiatru. Nie musieli wyłącznie stykać się ramionami.
- Wiem, Ma Moitié - odpowiedział cicho, niemal miękko, co prawda nie przenosząc wzroku na Geraldine, ale kiwając głową.
Jego dłoń mimowolnie spoczęła na jej boku, to właśnie tam było właściwe miejsce, tam powinna leżeć i tam w istocie teraz leżała. Nie pozwolił sobie na nic więcej. Nie wiedział czy czegokolwiek chciała. Mógłby przycisnąć wargi do czoła dziewczyny tak jak to zazwyczaj robił, pozwalając jej wtulić się w niego tak mocno jak tego pragnęła, ale chyba nie miał na to siły.
Zresztą to, że siedzieli obok siebie nie wymazywało większości słów rzuconych w nerwach. Kłótnia wygasła. Już nie trwała. Niepotrzebnie ją wywołali, lecz przynajmniej dzięki temu wiedzieli na czym stoją. Podstawa ich przeszłości została zachwiana. Być może jeszcze nie runęła, ale była tego bliska. Ambroise nie wiedział czy był sens ratowania czegokolwiek, jeśli ich wspólna przyszłość i tak nie istniała. Zaś teraźniejszość była po prostu ciemna i ponura. Tak jak burza nadchodząca zza horyzontu.
Kiedy to wszystko tak bardzo się pokomplikowało? Sytuacja na świecie stale się zmieniała - tak było od zarania dziejów, zawsze coś się kończyło i zaczynało, jednakże ich aktualna rzeczywistość wydawała mu się czymś naprawdę ponurym i pełnym grozy.
Nawet wtedy, kiedy na zewnątrz świeciło słońce, gdzieś tam trwała jakaś walka, czaiła się jakaś groźba. Zresztą nie musiał sięgać dalej niż do własnego ogródka. Z pozoru dobre wieści wywoływały w nim gorycz i obawę przed przyszłością. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy przeszedł od milczenia w kolejne słowa. Tym razem już nie skupiające się wokół nich, bo chyba...
...i tylko chyba tego potrzebował. Jednej jedynej rzeczy, której nie zepsuli doszczętnie tego wieczoru. Nie była już jego. Nie byli ze sobą, nie mieli przyszłości, przeszłość jawiła się jako gruz zawalonych kłamstw, ale w tym wszystkim w dalszym ciągu pozostało im jedno. Właśnie ta rozmowa.
- Roselyn wychodzi za mąż - stwierdził grobowo, kręcąc przy tym głową, bo ten temat wcale nie zniknął tak jak miał to zrobić. - Zarzeka się, że to odkręci, ale - odetchnął głęboko, wciągając chłodniejsze burzowe powietrze w płuca - zaczęła zadawać się z Borginami - czy musiał mówić wiele więcej?
Nie, chyba nie. Wydobył z siebie to, co najistotniejsze. Do tej, której teraz potrzebował. Nie do utraconej ukochanej, nie do niedoszłej narzeczonej, niemalże żony czy matki jego dzieci, które istniały wyłącznie w złudzeniach dwójki naiwnych szaleńców. Teraz rozmawiał ze swoją najlepszą przyjaciółką. Kimś, za kim tęsknił równie mocno. Równie dogłębnie.
- Awans poszedł się jebać psu w dupę. Wpierdolą tam jakiegoś swojego koleżkę. Kto wie, może nawet jakiegoś krewniaka dyrektorki. Zresztą, ktokolwiek to będzie... ...niech spierdala - a więc kontynuował, przełykając gorycz, pozwalając sobie na te wszystkie słowa wypowiadane w ciemności nadchodzącego żywiołu. - I tak zamierzałem przejść na prywatną praktykę. Tylko ta wizja... ...wiesz - stabilizacja, wspólny dom i życie, upragniona rodzina, przyszłość, która już do niego nie należała - tylko ona mnie tam trzymała. W innym wypadku? Nawyki? Przyzwyczajenia? Powrót na stare śmieci to już nie to samo - stwierdził gorzko, choć cicho, nie miarkując się w słowach.
Nie, gdy poznało się smak innego życia. Nie, gdy zamiast pustego mieszkania w domu czekała na niego dziewczyna. Nie, gdy starał się w pracy, ale nie dla pracy. Kiedy chodziło mu się tam w inny sposób, bo miał jakiekolwiek pohamowania. Teraz spędzając tam tyle godzin nie miał możliwości nie dostrzegać tego, że nic się nie zmieniało.
Niby zawsze miał się za realistę, tak? A jednak spędził zatrważająco dużo czasu w tym miejscu. W domu. Z nią obok siebie, czytając te wszystkie cholerne książki i szykując się do następnych konferencji, kolejnych dodatkowych zajęć i dyżurów. Kiedy to wszystko przepadło, instynktownie wrócił w pracę, ale czas leciał a sugestywne deklaracje nic za sobą nie niosły. Przestawał wierzyć również w te słowa. Munga od dawna zżerała zgnilizna.
To lato było fatalne. Kurewsko trudne. Jesień wcale nie miała być lepsza, więc...
- Zresztą, kto wie, co będzie jutro. Jak nie Doppelganger, to nekromantyczne rośliny, widma w Kniei. Wojna. Połowa czarnego rynku spierdoliła do podziemia. Na Ścieżki. Druga część oszalała, zdechła, została zamordowana albo dołączyła do popleczników Voldemorta - może to był wysryw, być może przemawiała przez niego frustracja, ale wydawało mu się, że jeśli chciała z nim rozmawiać to było to, o czym mogli mówić, to nie były sekrety i niedopowiedzenia.
- Nie jestem po ich stronie. Niech to będzie jasne. Nie chcę, żebyś tak o mnie myślała - czuł potrzebę powiedzenia tego wprost, bo może po tym wieczorze wszystko przepadło, ale pewne rzeczy musiały być jasne. - Zresztą byłbym debilem, ujmując przekonania, gdybym to zrobił po tamtym w lutym, gdy ich - no tak, nie chciał, by miała o nim aż tak złe zdanie, a jednak jego słowa nie były pełne pocieszenia. - Natomiast to wszystko - przytłacza.
Ale czy to było łatwe do przyznania? Wręcz przeciwnie. Przynajmniej było ciemno. Burza trwała, była coraz głośniejsza i bardziej odczuwalna. Jej dźwięki przytłumiały część bicia serca i ciężkich oddechów. Deszcz zlewał resztki ogrodu, plątaninę jeżyn i szczątków szklarni. Nadchodziła jesień. Ciężka, zimna i niespokojna. A ich ostoja nie była już ich ostoją. Nie było niczego, co mogłoby to powstrzymać. Z powrotem dnia mieli to ponownie utracić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down