12.12.2024, 21:28 ✶
Przez chwile milczał, zupełnie, jakby nie dosłyszał pytania, które kalało ich przestrzeń, które kalało jego ostatnią prośbę. Czyżby odzyskał przywilej niezobowiązującej rozmowy? Krok nawet się nie zachwiał, gdy nagle kto inny przejął stery i poprowadził ich w inną część pokoju, tę bardziej przestronną, dedykowaną wszelakiej wiedzy eksponowanej na eleganckich regałach. Nie patrzył jednak na grzbiety książek, asymetrycznie uniesione brwi zdobiły lekko zamglone oczy, utkwione w jednym punkcie nad ramieniem partnera, który przemieszczał się kołowo wraz z nimi. Stopy nieregularnie przejeżdżały po parkiecie, nogi plątały się i rozplątywały w znajomej koleinie, w dawnym, przebrzmiałym przyzwyczajeniu, w świecy, które nie lśniła, a tylko wątła strużka dymu mogła obwieścić światu, że niegdyś jej knot spowijał płomień topiący wosk.
– Kiedy tylko okazało się to możliwe – odpowiedział w końcu, przymykając powieki i skupiając się na pozornie chaotycznym ruchu zwłaszcza dla kogokolwiek z zewnątrz, kto nie słyszał muzyki, którą oni słyszeli, ale która też musiała w końcu zgasnąć, pozostawiając tylko widmo dźwięku. Widmo unoszące się wkoło, jak dym różanej świecy.
Hrabia odsunął się, choć jego dłoń trzymała wciąż rękę Jonathana, ujmowaną przed momentem w takt melodii, teraz... w ciszy prawdziwej, pozbawionej ruchu. Był to ułamek chwili, oczywisty gest podziękowania za taniec, w dziwnej paraleli uściśnięciu dłoni na znak umowy, której treść nie wybrzmiała, a przecież była obojgu doskonale znana. W impulsie, czy z rozmysłem czy zupełnie bezmyślnie, przysunął ową rękę do twarzy i musnął wargami mankiet kryjący nadgarstek. Ten sam nadgarstek, w który wgryzał się ostatnim razem z taką żarłocznością. Choć nie, to nie było ostatnie miejsca przerwanej skóry. To przecież był tylko sen, koszmar podsycany słowami nakreślonymi w gniewie. To nie była prawda.
Wrażanie dotyku zniknęło, chłodne palce w końcu pozostawiły go w spokoju. Krok w tył. Jeden. Drugi. Jean odwrócił się i ruszył do wyjścia.
Mat.
Pozostawione na stole listy - dowody w sprawie, na które powoływały się obie strony zaczęły się tlić, by w jednej chwili pokryć się w całości magicznym płomieniem i zajaśnieć chybotliwym światłem, popieląc słowa, które z każdej strony sprowadziły niespokojność na duszę Selwyna.
Nie powinno go to dziwić, ostatecznie obaj lubili być dramatyczni.
– Kiedy tylko okazało się to możliwe – odpowiedział w końcu, przymykając powieki i skupiając się na pozornie chaotycznym ruchu zwłaszcza dla kogokolwiek z zewnątrz, kto nie słyszał muzyki, którą oni słyszeli, ale która też musiała w końcu zgasnąć, pozostawiając tylko widmo dźwięku. Widmo unoszące się wkoło, jak dym różanej świecy.
Hrabia odsunął się, choć jego dłoń trzymała wciąż rękę Jonathana, ujmowaną przed momentem w takt melodii, teraz... w ciszy prawdziwej, pozbawionej ruchu. Był to ułamek chwili, oczywisty gest podziękowania za taniec, w dziwnej paraleli uściśnięciu dłoni na znak umowy, której treść nie wybrzmiała, a przecież była obojgu doskonale znana. W impulsie, czy z rozmysłem czy zupełnie bezmyślnie, przysunął ową rękę do twarzy i musnął wargami mankiet kryjący nadgarstek. Ten sam nadgarstek, w który wgryzał się ostatnim razem z taką żarłocznością. Choć nie, to nie było ostatnie miejsca przerwanej skóry. To przecież był tylko sen, koszmar podsycany słowami nakreślonymi w gniewie. To nie była prawda.
Wrażanie dotyku zniknęło, chłodne palce w końcu pozostawiły go w spokoju. Krok w tył. Jeden. Drugi. Jean odwrócił się i ruszył do wyjścia.
Mat.
Pozostawione na stole listy - dowody w sprawie, na które powoływały się obie strony zaczęły się tlić, by w jednej chwili pokryć się w całości magicznym płomieniem i zajaśnieć chybotliwym światłem, popieląc słowa, które z każdej strony sprowadziły niespokojność na duszę Selwyna.
Nie powinno go to dziwić, ostatecznie obaj lubili być dramatyczni.