12.12.2024, 23:59 ✶
Tamten ostatni okres ich związku był daleki od ideału, ale jednocześnie chyba na swój sposób najbliższy temu, co mogliby chcieć od wspólnego życia. Przynajmniej od siebie nawzajem, bo tego nie dało się nie dostrzec - to była najbardziej słodko-gorzka idylla pośród chaosu i widma wojny.
Wszystko wokół zaczynało się walić. Nie było tak źle jak teraz, ale trudno byłoby nie dostrzegać narastającego zagrożenia. Oni jednak jakoś dawali sobie z tym radę. Było dobrze. Tak dobrze jak tylko mogło być. Szczególnie, że podejmowali wspólne decyzje, chcieli tego samego - spokoju u bezpieczeństwa.
Przeniesienie się do jednego miejsca było decyzją, która sama w sobie wiele zmieniła i jeszcze więcej dała. Zwłaszcza, że to był ich pierwszy wspólny dom. Ani jego, ani jej. Ich Piaskownica. W marzeniach budował tu sobie z nią dom. Tymczasem teraz nie było już marzeń. Co gorsza rujnowali również wszelkie dobre chwile z przeszłości. Niszczyli nawet wspomnienia.
Choć może dzięki temu łatwiej będzie im się rozstać? Tego chciała?
- Przecież za to mnie kochasz, co? Zdecydowanie nie możesz się ze mną nudzić - odsyknął, bo przecież nie zamierzał pozwolić Yaxleyównie mieć ostatniego słowa. - Poza tym, ukochana, sama też jesteś taka szalona i nieprzewidywalna. Jak to było? Wspaniały duet - w tym momencie nie potrafił nie ziać goryczą i wzgardą wobec tego, co kiedyś przynosiło mu radość, bo było ich dumą.
Szczególnie, że czuł się zraniony do granic możliwości, wyszydzony i pogardzany. Był dotknięty nie tylko tym, co teraz między nimi padało, lecz przede wszystkim tamtymi insynuacjami, które kierowała w jego stronę. Wszystkimi sugestiami, że nigdy nie miał wobec niej szczerych zamiarów. Że zawsze był po prostu kawałem zdradliwego chuja będącego z nią dla własnej wygody i przyjemności. Snującego plany pozostawienia jej samej. Porzucenia, gdy to będzie dogodne.
Sądził, że go znała. Tymczasem w momencie, w którym granice przestały istnieć i oboje zaczęli posuwać się coraz dalej, nie ważąc słów, brutalna prawda wychodziła na jaw. Raz po raz uderzała we wszystkie fundamenty, które jeszcze jakimś cudem się trzymały, ale niechybnie zaraz miały paść. Nie mieli już domu. Nie w postaci tego miejsca ani mentalnie, zrujnowali nawet wspomnienia.
- W istocie - odparł od niechcenia, usiłując wcisnąć w te słowa tyle goryczy ile tylko mogły znieść podobne słowa.
To nie tak, że przychodziło mu to lekką ręką. Świadomość, że mógł się pomylić pojawiała się raz po raz w jego myślach. Zwłaszcza podczas długich bezsennych nocy. Ba. Nawet teraz, dokładnie w tym momencie, gdy siedzieli obok siebie na ganku miejsca, które miało być częścią ich zawsze, na zawsze a zamiast tego po niespełna dwóch latach zastała ich tu kompletna ruina, rudera.
Chciał dobrze. W dalszym ciągu sądził, że podjął najsłuszniejszą możliwą decyzję, nawet jeśli nie była łatwa. Nie widział zbyt wielu innych opcji. W żadnej nie było zbyt wiele szczęścia. Tak samo jak żadną nie kierowała wyłącznie czysta logika, bo ta po prostu nie istniała w przypadku, w którym jeden wybór był gorszy od drugiego. Konsekwencje były nie do uniknięcia. To była decyzja pomiędzy tym, jaka fatalna przyszłość miała ich czekać.
A on nie chciał, żeby z czasem Rina go znienawidziła. Nie chciał być tym człowiekiem, który coraz częściej wracał do domu w samym środku nocy. Wściekły albo coraz bardziej obojętny, gdy maska zamiast spadać zaczęłaby być dokładnie tym, czym obecnie się stała. Nową twarzą. Czymś, co pasowało jak ulał. Jakby była na niego skrojona lepiej niż cokolwiek innego.
Nie chciał, żeby to dostrzegała. Nie chciał musieć przed nią grać. Nie chciał, by w którymś momencie zaczęła mierzyć się sama z coraz bardziej pożerającymi go sekretami, dusząc je w sobie, bo z czasem ta wewnętrzna świadomość, ta siła nie pozwalająca im zbyt długo chować przed sobą prawdy całkowicie by go strawiła. Ją by pochłonęła.
A on nie mógłby nic na to poradzić. Prędzej czy później wylałby z siebie w nią te wszystkie nagromadzone bolączki. Każda byłaby gorsza od poprzedniej. Aż w końcu któraś by ich spopieliła, zniszczyła, zjadła. Nie czekało na nich nic dobrego. Wyłącznie gorzka tragedia albo dokładnie ta sama refleksja, która do niego wtedy dotarła. Tyle tylko, że w teorii wspólna. Wyniszczająca równie mocno, jeśli nie mocniej niż ich dzisiejsza kłótnia.
Zapewne gorsza. Znacznie bardziej fatalna w skutkach, bo świadoma. Nie musiałby nic mówić. Nie potrzebowałby czegokolwiek wyjaśniać czy dodawać, bo wszystkie karty zostałyby odkryte. Cała dawna magia wspomnień całkowicie by się zatarła. Już teraz wyparowała, ale miał wrażenie, że byłoby jeszcze gorzej, gdyby Rina rzeczywiście poznała go od tej strony, której tak bardzo usiłował jej nie pokazać.
W wymianie zdań i tak już się ujawniła. Dał się temu porwać. Poniosło go, czego cholernie żałował, bo przecież nie chciał, żeby to tak wyglądało. Była dla niego ważna. W dalszym ciągu najważniejsza. To, co sobie zrobili było nie do wybaczenia, ale nie zmieniało tego, że ją kochał. Nie czuł w stosunku do niej niechęci czy nienawiści, wyłącznie falę smutku i wewnętrznego cierpienia, które wcale nie zgasło, gdy powiedziała te słowa.
Nieprawdziwe. Nie do spełnienia. Mogli tu zostać jeszcze przez jakiś czas. Do rana, może jeszcze kilka chwil dłużej zanim powiedzą sobie ostatnie słowa, ale to nie miało być na tyle, na ile potrzebujemy, przynajmniej nie dla Ambroisa.
Nie, gdy na tyle, na ile potrzebujemy kiedyś oznaczałoby dla niego koniec życia. Usraną śmierć, o której tak często wspominali w kłótniach i nie tylko. Mieli tu ze sobą być aż do końca. Nie mówiąc sobie żegnaj, nie patrząc na siebie na niespełnialne do widzenia.
Więc kiwnął głową na znak, że dosłyszał i zamierzał tak postąpić. Zostać z nią przynajmniej do rana. Nie mówiąc, że się myliła, bo najprawdopodobniej sama doskonale to wiedziała. Oboje tego potrzebowali, prawda? Mimo tamtych słów pełnych goryczy i niszczących wspomnienia.
Nie wiedział czy postępują właściwie. Najpewniej nie, ale w tym momencie nie chciał o tym myśleć. Ozując ciepło bijące od Geraldine, odetchnął głęboko, mocniej opierając rękę na jej boku, kiedy oparła się o niego. Chyba nie potrzebowali zbyt wiele, aby chociaż na chwilę ponownie wrócić do tych starych nawyków. Do jej głowy na jego ramieniu i jego ramienia wokół niej. Objął ją bez słowa, otulając dziewczynę przed wiatrem.
Odruchowo musnął wargami czubek jej głowy, składając krótki pocałunek na potarganych włosach i nieświadomie unosząc kąciki ust.
Moment później powrócił do poprzedniej pozycji - przytulając ją do siebie, ale już z głową odchyloną w tył, opierając się o ścianę i patrząc na ciemne burzowe niebo. Deszcz łał coraz mocniej. Rozpadało się na dobre. Rozbłyski coraz częściej przecinały niebo.
- Za osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat, kiedy będę mieć zaniki pamięci a ty będziesz seksowną starą rodzynką - odmruknął cicho, mrużąc oczy, by nie była w stanie dostrzec szklistości jego spojrzenia.
To były słowa. Wyłącznie głupie słowa bez jakiegokolwiek znaczenia, ale nie chciał kontynuować tamtej rozmowy. Powtarzać, że to było niewykonalne, że nie miała od niego dostać żadnych wyjaśnień. Ich wspólne życie nie mogło być czymś, co byliby w stanie odzyskać. Na pewno nie teraz, mimo że dostał od niej choć odrobinę wybaczenia.
- Pięćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt dwa. Pierwszy września... ...chyba nadal. Zapamiętaj to. To będzie ta data - nazywała go kłamcą, może nie wprost, ale z pewnością, więc kłamał.
Roztaczając wizję przed nią czy przed sobą - nie miał pojęcia. To był wyłącznie cichy bełkot brzmiący bardziej smutno niż prawdziwie. Nie był słodki, raczej podszyty goryczą, ale jednocześnie brzmiał w taki sposób, że Ambroise naprawdę chciałby być w stanie w to uwierzyć.
- Będzie z nas doskonała młoda para - całkowicie przymknął oczy, opierając policzek o czubek głowy dziewczyny i milcząc przez chwilę.
Padał deszcz. Woda lała się z daszku, spływając po drewnianych schodkach. Było coraz ciemniej, coraz chłodniej. Zimno, bardzo zimno jak na to, że lato nadal nie odeszło. Jesień jeszcze nie zagościła, jednak w tej chwili łatwo byłoby pomyśleć, że już tu z nimi była.
- Ironia, nie? - Odezwał się wreszcie, parskając niby to od niechcenia.
W istocie był tym niezmiernie wkurwiony. Zdecydowanie bardziej, bo chodziło o Borgina. Nie tylko o fakt, że jego siostra zrobiła coś tak niesamowicie głupiego i przyjęła przypadkowe zaręczyny. Głównie o to, z kim to zrobiła i że wbrew temu, co deklarowała, nie wyglądało na to, żeby coś się miało zmienić.
- Tyle lat i jest szansa - niemal wypluł z siebie to słowo z goryczą, ale z nieznacznym, ponurym uśmiechem - że nią zostaniemy - nie tylko Roselyn miała być pierwsza, nie tylko wkopała się w coś z najgorszą możliwą rodziną, ale spełniała tym jego marzenia.
Łączyła coś, co niegdyś prawie było jego. Równie dobrze mogła pójść o krok dalej i wyrwać najmłodszego Yaxleya.
- Choć najlepiej, by jej nie było - ale przecież ustalili, że to nie był koncert życzeń. - Anthony Ian. Ministralny piesek. W teorii dobra partia. Wiesz, co to sprawia - bardzo nieznacznie pokręcił głową, parskając przy tym cicho.
Nie musiał mówić nic więcej. Przecież oboje zdawali sobie sprawę z tego, jak zazwyczaj wyglądała ta dobra partia. On też w teorii nią był, przynajmniej niegdyś, bo teraz zaczęła przylegać do niego łatka starego kawalera, z którą nawet nie usiłował walczyć. To nie była maska, która mu nie odpowiadała. Była nawet całkiem wygodna. Z pewnością lepsza niż jakaś inna, bardziej prawdziwa.
Szczególnie w ich świecie, gdzie maskowanie się było niemalże stałym elementem repertuaru. Czymś, co wpajano od dziecka. Co robił ojciec i co robiła matka. Liczyły się pozory i pozycja, która mogła zostać zatrważająco szybko zachwiana, gdyby komuś przypadkiem spadła osłona.
Borginów szczególnie nie cierpiał. Nie ufał im i nie chciał tego zmieniać. Rina doskonale to wiedziała, nie musiał tego przed nią ukrywać, nawet nie próbował, choć przecież jej matka należała do tamtego rodu.
Wcale nie twierdził, że Jennifer była inna. Wręcz przeciwnie - z pewnością wdała się w swoją rodzinę, jednak była też chyba jedyną osobą, która w oczach Ambroise poniekąd się stamtąd wyrwała. Miała swoje nastroje i zamiary, ale nie była do szpiku kości zła. Natomiast reszta?
Nie chciał tego sprawdzać. W dalszym ciągu był przekonany o tym, że Roselyn się wpierdoliła. Wkopała się w coś, czego nie była w stanie udźwignąć. A im bardziej poprawny był jej narzeczony, tym mocniej najpewniej zżerała go zgnilizna. Ambroise był święcie przekonany, że ministralna menda po prostu doskonale grała.
Zresztą, choć nie chciał tego przyznawać, jego siostra też się zmieniła. Była inna. Coraz mniej mu znana. Rysa na szkle doprowadzała do coraz głębszego pęknięcia. Borgin. Ministerstwo Magii. Cholera wiedziała, co jeszcze Roo przed nim ukrywała. On z pewnością chował przed nią coraz więcej, nie odsłaniał się już praktycznie przed nikim. Znała go wyłącznie jedna osoba. Ta, która teraz przy nim siedziała.
Tęsknił za nią. Bardziej niż byłby w stanie powiedzieć. Znacznie bardziej niż mógłby przyznać, nawet przed samym sobą, bo prawda po prostu kurewsko bolała. Odchodząc stracił nie tylko ukochaną a również swoje jedyne prawdziwe oparcie. Osobę, która kiedyś tak dobrze go znała. Kogoś, przy kim niegdyś mógł być po prostu sobą. Która dawno temu po prostu go rozumiała. Bez słów, nawet w całkowitej ciszy, wiedziała.
To był koszt, którego nigdy nie wziął pod uwagę. Pamiętał wyłącznie tamtą ulgę, która się w nim rozlała, gdy uświadomił sobie, że jego uczucia były odwzajemnione. Że to nie była wyłącznie przyjaźń, która ich łączyła. Tamtego dnia na plaży nie myślał o konsekwencjach, liczyło się wyłącznie to, że ona też go chciała.
Przez następne lata łatwo było zapomnieć o myśli, która później wielokrotnie go prześladowała. Nie dostrzegał możliwości, aby pozostali przyjaciółmi. To nie było możliwe, siła, która ich do siebie przyciągała była zbyt intensywna. Pchała ich w swoje ramiona. On jej pragnął, ona go kochała. To mogłoby działać, gdyby cała reszta nie była taka skomplikowana.
Nie stracili wyłącznie wspólnej przyszłości. Nie utracili domu i rodziny, choć świadomość, że był moment, w którym Geraldine też tego chciała, dalej palił go od środka. Swoimi decyzjami prowadzącymi go do odejścia nie przekreślił wyłącznie ich związku. Stracił również swoją najlepszą przyjaciółkę, nawet jeśli teraz obok niego siedziała.
Rozmawiali. Nawet nie wiedział jak do tego doszło. Trzymał ją pod ramieniem, przymykając oczy i oddychając głęboko, gdy mówiła mu o tym, co się stało. Potrafili to jeszcze mieć. Umieli ze sobą rozmawiać, choć nie o wszystkim. Jako przyjaciele chyba nadal sobie ufali. A przynajmniej chyba próbowała mu ufać. Tak jak on, chyba też tego potrzebowała.
Bezwiednie odgarnął jej włosy z twarzy za ucho. Wiało, wichura na dobre się rozpętała. Powinni wrócić do środka, ale wtedy ta chwila również by się skończyła. Wątpił, że by trwała. Ciemność i burza sprawiały, że słowa przychodziły jakby łatwiej. Ciche i stłumione, ale płynęły.
- To dobry dzieciak. Tylko ma za długi jęzor i najpierw działa, później myśli, ale chyba nie można mu tego wytykać. Od stycznia nie minęło zbyt wiele czasu - powiedział powoli w zamyśleniu, patrząc w dal na rozbłyski na niebie i burze, która coraz bardziej się rozpętywała.
No cóż, przynajmniej chyba oni byli ostatnimi osobami, które powinny to robić, prawda? Oceniać porywczość Astarotha. Ani on, ani ona nie należeli do najbardziej spokojnych i opanowanych osób. Szczególnie teraz z osobna, podświadomie to wiedział, bo gdy jeszcze byli razem, jakoś udawało im się nad tym zapanować. Wtedy w ich życiu panowała większa harmonia.
Nawet nie zwrócił uwagi na to, że chyba nigdy nie powiedziała mu, że to było w styczniu. To były słowa Yaxleya. Oni nie mieli okazji rozmawiać ze sobą o tamtych okolicznościach. O tym, co się wtedy wydarzyło.
- To go może dojechać - kiwnął głową, bo nie zamierzał mówić, że brata Geraldine czekała jasna przyszłość.
Nie po tym, co obaj słyszeli, prawda? Miał w sobie na tyle dużo rozsądku, żeby tego nie przywoływać na głos. Ani teraz, ani kiedykolwiek później. Szczególnie, że przecież nie mieli mieć żadnego później. Natomiast nie chciał okłamywać Yaxleyówny. Sytuacja Astarotha była trudna i skomplikowana. Usiłował mu pomóc, ale to niewiele zmieniało. Nie, gdy było jednorazowe.
Jednakże nie chciał o tym mówić. Znowu by się pokłócili. Ponownie wyrzuciłaby mu wpierdalanie się w jej życie. Zamiast tego zmienili temat. Wygodnie, pozornie lekko.
- Dzięki, ciociu, powiesz mi jeszcze, że przystojny ze mnie kawaler? - Uśmiechnął się pod nosem z goryczą, bo te słowa, które mu powiedziała wcale nie były czymś, co koniecznie chciał słyszeć.
Brzmiały jak tamta dobra partia sprzed lat. Były miłe, ale nie zmieniały faktu, że nie dlatego jej o tym powiedział. Nie chciał klepania po głowie. Sam nie wiedział, jakie miał pragnienia. Prócz tych, których nie był w stanie spełnić, rzecz jasna. One w dalszym ciągu wysuwały się na pierwszy plan, nawet jeśli nie rozmawiali już na te tematy.
- Teraz to wydaje się najlepszym rozwiązaniem - kiwnął głową, przyznając jej rację, bo przecież widział jak to u niej wyglądało.
W tamtym okresie poważnie zastanawiał się nad czymś podobnym, jednak za bardzo lubił swoją pracę. Środowisko, w którym się obracał, ułatwione kontakty wynikające z działalności wykonywanej pod zarządem Munga. Tym całym szajsem, w którym naprawdę chciał dostrzegać szansę dla siebie na to, żeby wyrobić sobie pozycję w poważnej instytucji. Rola ordynatora była czymś, co miało dla niego znaczenie.
W dalszym ciągu nie chciał do końca puścić myśli o tym, że gdzieś tam kiedyś była mu pisana, czekała na niego, bo był przecież najlepszym, najbardziej solidnym kandydatem. Tyle tylko, że lata mijały i nic się nie zmieniało. Nikt nie deklarował mu niczego wprost. To były wyłącznie sugestie coraz bardziej przypominające mydlenie oczu po to, żeby zostawał w nadgodzinach. A on rzeczywiście je brał.
Szczególnie teraz, gdy nie miał już gdzie wracać. Nikt na niego nie czekał. Nikt nie planował z nim reszty dnia. No, może nie do końca tak to wyglądało, bo przecież miał tego cholernego futrzaka. Kolejną zmianę w życiu, której by się nigdy nie spodziewał, ale na tym etapie, gdy całkowicie tracił kontrolę nad swoim życiem, wszystko wydawało się już wyłącznie coraz bardziej gorzko zabawne.
Częściej gorzkie, ale w pewnym momencie można było się wyłącznie śmiać. Nawet wtedy, kiedy wszystko wokół zaczynało się walić. Gdy ludzie ginęli a ziemia nasiąkała posoką.
- To zabijanie dla zabijania. Przelewanie krwi dla chorej satysfakcji - nie było dla tego innego komentarza, tak samo jak wytłumaczenia.
Nie było, z czym dyskutować. To, co się działo przechodziło granice pojmowania. A Knieja i widma? Z początku otworzył usta, chcąc odpowiedzieć na usłyszane pytania, ale potem dotarła do niego ta część o stanięciu z nimi twarzą w twarz. Wspomnienia wróciły.
- Co? - Zamrugał zaskoczony, przenosząc wzrok na dziewczynę, na jego twarzy zagościło coś więcej niż zwykła powaga.
Powoli przetarł czoło wolną dłonią tylko po to, żeby w następnej sekundzie bez zawahania musnąć palcami drugą rękę Geraldine. Odruchowo i bezwiednie ją za nią złapał. Była ciepła a może to on był zimny? Miał wrażenie, że chłód ponownie go ogarnia.
- Tak, wiem. Jesteś silna, jesteś dużą dziewczynką, dasz sobie radę, mam cię nie bagatelizować, bo jesteś mi równa - wbrew pozorom nie mówił sarkastycznie tylko jak ktoś zmęczony i wyczerpany, bo wokół cały czas trzęsła się ziemia.
Tragedia goniła tragedię. A te słowa, które mu powiedziała były wyłącznie dowodem na to, jak głęboko i daleko sięgały zniszczenia.
Nie machnął ręką, bo tak jak mówił - nie zamierzał wytykać Rinie plątania się w niebezpieczeństwo, bo przecież zawsze to robiła. On też. Oboje. Tyle tylko, że tym razem stawka była zbyt wysoka. Znacznie wyższa, nie warta ryzyka bez świadomości tego, co dało się zrobić a czego należało się wystrzegać.
- Obiecaj mi, że już nigdy więcej nie będziesz w takim miejscu. Sama czy nie. Knieja jest kurewsko niebezpieczna - chyba nie potrzebowała tego ostrzeżenia. - Nie jest już nasza - jego pierś uniosła się w oddechu, ale prawie nie zaczerpnął przy tym powietrza. - Nie wiem czy chcę o tym mówić - nie chciał ucinać, nie unikał odpowiedzi, jednak obawiał się, że wtedy mógłby po prostu pęknąć.
Już był blisko granicy. Szczególnie, gdy usłyszał te kolejne słowa. W teorii powinny przynieść mu wewnętrzne ciepło, ale praktyka wyglądała zgoła inaczej. Tu również nie było miejsca na zbyt wiele rozmowy. Nie, gdy nie umiał zapewnić jej rozjaśnienia, czemu jednocześnie miała rację i sromotnie się myliła.
- Nie, nie jestem - odezwał się, jednak w jego tonie na próżno byłoby szukać ulgi z tego powodu.
Nie miał tu zbyt wiele do powiedzenia, nie bez wyjaśnień. A przecież jak już sam stwierdził - nie istniały żadne wyjaśnienia. Nie mógł ich zapewnić. Potrafił jedynie się z nią nie zgodzić.
- To inny rodzaj upodlenia - uśmiechnął się z goryczą, zawieszając wzrok na horyzoncie w deszczu.
Obiecywali sobie neutralność. To się nie zmieniło. Nie chciał być częścią tego konfliktu w sposób, który wymagałby od niego wzięcia czyjejkolwiek strony. Jego stroną byli bliscy, nie idee. Nie zamierzał mieszać się w coś, co nie leżało w jego interesie.
Liczył na to, że Geraldine również nie zmieniła tego pragnienia i pozostawała neutralna. Nie sądził, by mogła pójść w stronę, o której mówił, jednak w drugą? Nie był tego taki pewien. Zawsze miała tendencję do kierowania się sercem, emocjami i uczuciami. Nie pytał o to, bo to nie było coś, co zamierzał od niej wyciągać, ale mimowolnie pokręcił głową. Nie, nie sądził, aby to się zmieniło. Ich postanowienia.
- Nie - stwierdził mimo to, słysząc kolejne słowa. - Niektóre rzeczy nie są godne usprawnienia - to były te uczynki, które niosły za sobą konsekwencje.
Czasami, znacznie częściej niż mógłby przyznać, wracał do tej myśli. Do tego, co by było, gdyby rzeczywiście potrafił podjąć decyzję, by nic nie robić. Spróbować przeczekać pewne sprawy, choć nie sądził, żeby to mogło zadziałać. Szambo miało tendencję do wybijania w najgorszych momentach. Zwłaszcza w ich przypadku. Jego. W jego przypadku.
Dlatego świadomie wybierał, by się nie odsłaniać. Tak jak mówiła. Unikanie było strategią, nawet jeśli na dłuższą metę wyniszczającą I ze wszech miar chujową.
- Auć. To nawet nie był rzut za dziesięć punktów. Złapałaś znicza, Chérie. Mecz zakończony - mruknął pod nosem, usiłując nadać tym słowom lżejsze brzmienie, bo w gruncie rzeczy nawet go nie ugodziła.
Tego wieczoru padło zdecydowanie wiele więcej znacznie bardziej bolesnych rzeczy. To była ta nieszkodliwa szczerość, nawet jeśli przykra to w pełni prawdziwa. Chyba nareszcie doszli do momentu, w którym faktycznie ze sobą rozmawiali, nie rzucali w siebie oskarżeniami. To była ta chwila, która powinna nadejść już na samym początku. Tyle tylko, że pojawiła się nieco zbyt późno.
- Możesz mi powiedzieć o wszystkim - przez cały czas delikatnie przesuwał dłonią po brzegu koszuli dziewczyny, starając się zachować spokojny ton głosu.
Chyba nawet mu to wychodziło. Tyle tylko, że nie miało zbyt wiele związku z jakąkolwiek ulgą. Tylko ze zmęczeniem. Był tym wszystkim wyczerpany, niemalże skrajnie wycieńczony. Nie chodziło nawet o ten wieczór a o wszystko, co się działo. O pierdolone półtora roku, niemal dwa lata głębokiego bagna.
Nie wiedział, czemu rozmawiali o tym teraz, bo przecież nie powinni, ale paradoksalnie było łatwiej mówić niż milczeć. Nie dlatego, że ta cisza byłaby trudna czy ciężka, lecz przez to, że gdy już się odezwał, kolejne słowa płynęły samoistnie.
Geraldine chyba rzeczywiście miała rację. Z pewnością ją miała. W tym momencie nie zamierzał temu zaprzeczać, bo niby po co? Dlaczego miałby to robić, skoro takie były fakty. Dużo się działo. Z miesiąca na miesiąc coraz więcej. Trzeba było sobie z tym jakoś radzić, zwłaszcza że oboje potrafili to robić. Tyle tylko, że samotnie było trudniej. Niemożność otworzenia ust do kogoś, kto by zrozumiał, spróbowałby zrozumieć albo przynajmniej nie oceniałby bez potrzeby była trudna. Ciężka i przytłaczała. A otwieranie się przed kimkolwiek, nawet deklarującym pomoc? Nie wchodziło w grę. Szkodziło, było nic nie warte, zwłaszcza wtedy, kiedy swego czasu miało się wszystko.
Stracili to bezpowrotnie, ale teraz nagle wydawało się, że mogli znów po prostu rozmawiać.
- Wiem, że mnie nie było. Zdaję sobie sprawę z tego, że to zawsze będzie moja decyzja i moja wina. To nie jest coś, co można zapomnieć, ale zawsze masz we mnie przyja... ...nie używajmy tego słowa, nie? - Zreflektował się niemalże błyskawicznie, bo żadne z nich nie używało tego słowa od dawien dawna i to nie przez to, że byli dla siebie kimś więcej, no, nie tylko przez to. - Sojusznika. Nawet, gdy mnie obok nie ma. Zawsze będę o ciebie dbać, nawet z daleka - stwierdził cicho, nie wpatrując się w Geraldine, żeby dać jej pewnego rodzaju przestrzeń, choć fizycznie sami ją ponownie zredukowali niemalże do zera.
To było takie naturalne. Nie musieć ograniczać swoich ruchów. Móc ją trzymać w ramionach, czuć policzek tuż przy skórze, nawet jeśli osłoniętej swetrem. Oddychając głęboko, znacznie wolniej. Powoli nabierając powietrza w płuca i odzyskując choć trochę utraconego spokoju.
Aż dziw, że jeszcze przed chwilą skakali sobie do gardeł. W tej chwili czuł się przy niej znacznie bardziej spokojny. Może nie do końca opanowany, ale fizycznie spokojniejszy. Bez nerwowego kołatania serca i wrażenia, że zaraz osunie się na ziemię, choć w gruncie rzeczy nie miałby daleko, bo przecież siedzieli na deskach.
To nie była obietnica. Nie składał kolejnej obietnicy, bo to była po prostu rzeczywistość. Fakt. Mieli to na teraz już nieżywym przykładzie Doppelgangera, prawda? Może czuł się dogłębnie zraniony. On ją skrzywdził, ona go skrzywdziła. Nie sądził, że mogli odzyskać cokolwiek po tym, co padło między nimi tego wieczoru. Pewne poczucie bezpieczeństwa zostało najpewniej bezpowrotnie utracone.
Zresztą zamierzał trzymać się swojego postanowienia, nawet jeśli to było kurewsko trudne. Nie po to odszedł. Nie po to się pokłócili, żeby odpuścił i próbował naprawić nienaprawialne. Zresztą konsekwencje byłyby jeszcze trudniejsze do udźwignięcia. Przecież doskonale o tym wiedział.
Nie mieli niczego odbudować. Dać sobie drugiej czy nawet trzeciej szansy. Nie chciał być tuż obok, jeśli to nie oznaczało bycia razem. Nie mogli być przyjaciółmi. To nigdy by nie wyszło. Zbyt wiele wspólnie przeżyli. Za bardzo by się tym ranili, jednak to nie oznaczało, że zmieniał zdanie co do wypowiedzianych słów. Nie tylko dzisiaj, kiedyś również. Był dla niej w najgorszym bagnie. O ironio - tylko wtedy, nie w całkowitym szczęściu. W nim zamierzał trzymać się od niej z daleka.
- Nie chcę, żebyś czuła się osamotniona. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować wsparcia, jestem tutaj - nawet po takim czasie.
Chciał, żeby potrafiła to zaakceptować. Nadal miała w nim przyjaciela w chwilach, w których ziemia się paliła. Nie mógł być nim zawsze, ale mogła się do niego zwrócić w momentach, w których nie chciała tego robić w przypadku innych ludzi. Tam, gdzie Florence nie mogła nic zdziałać. Tam, gdzie nie miała Astarotha czy Erika, tam, gdzie nie było nikogo kto by nie pytał. To było jego miejsce. Jego niewielka rola. Zawsze miało tak być.
Wszystko wokół zaczynało się walić. Nie było tak źle jak teraz, ale trudno byłoby nie dostrzegać narastającego zagrożenia. Oni jednak jakoś dawali sobie z tym radę. Było dobrze. Tak dobrze jak tylko mogło być. Szczególnie, że podejmowali wspólne decyzje, chcieli tego samego - spokoju u bezpieczeństwa.
Przeniesienie się do jednego miejsca było decyzją, która sama w sobie wiele zmieniła i jeszcze więcej dała. Zwłaszcza, że to był ich pierwszy wspólny dom. Ani jego, ani jej. Ich Piaskownica. W marzeniach budował tu sobie z nią dom. Tymczasem teraz nie było już marzeń. Co gorsza rujnowali również wszelkie dobre chwile z przeszłości. Niszczyli nawet wspomnienia.
Choć może dzięki temu łatwiej będzie im się rozstać? Tego chciała?
- Przecież za to mnie kochasz, co? Zdecydowanie nie możesz się ze mną nudzić - odsyknął, bo przecież nie zamierzał pozwolić Yaxleyównie mieć ostatniego słowa. - Poza tym, ukochana, sama też jesteś taka szalona i nieprzewidywalna. Jak to było? Wspaniały duet - w tym momencie nie potrafił nie ziać goryczą i wzgardą wobec tego, co kiedyś przynosiło mu radość, bo było ich dumą.
Szczególnie, że czuł się zraniony do granic możliwości, wyszydzony i pogardzany. Był dotknięty nie tylko tym, co teraz między nimi padało, lecz przede wszystkim tamtymi insynuacjami, które kierowała w jego stronę. Wszystkimi sugestiami, że nigdy nie miał wobec niej szczerych zamiarów. Że zawsze był po prostu kawałem zdradliwego chuja będącego z nią dla własnej wygody i przyjemności. Snującego plany pozostawienia jej samej. Porzucenia, gdy to będzie dogodne.
Sądził, że go znała. Tymczasem w momencie, w którym granice przestały istnieć i oboje zaczęli posuwać się coraz dalej, nie ważąc słów, brutalna prawda wychodziła na jaw. Raz po raz uderzała we wszystkie fundamenty, które jeszcze jakimś cudem się trzymały, ale niechybnie zaraz miały paść. Nie mieli już domu. Nie w postaci tego miejsca ani mentalnie, zrujnowali nawet wspomnienia.
- W istocie - odparł od niechcenia, usiłując wcisnąć w te słowa tyle goryczy ile tylko mogły znieść podobne słowa.
To nie tak, że przychodziło mu to lekką ręką. Świadomość, że mógł się pomylić pojawiała się raz po raz w jego myślach. Zwłaszcza podczas długich bezsennych nocy. Ba. Nawet teraz, dokładnie w tym momencie, gdy siedzieli obok siebie na ganku miejsca, które miało być częścią ich zawsze, na zawsze a zamiast tego po niespełna dwóch latach zastała ich tu kompletna ruina, rudera.
Chciał dobrze. W dalszym ciągu sądził, że podjął najsłuszniejszą możliwą decyzję, nawet jeśli nie była łatwa. Nie widział zbyt wielu innych opcji. W żadnej nie było zbyt wiele szczęścia. Tak samo jak żadną nie kierowała wyłącznie czysta logika, bo ta po prostu nie istniała w przypadku, w którym jeden wybór był gorszy od drugiego. Konsekwencje były nie do uniknięcia. To była decyzja pomiędzy tym, jaka fatalna przyszłość miała ich czekać.
A on nie chciał, żeby z czasem Rina go znienawidziła. Nie chciał być tym człowiekiem, który coraz częściej wracał do domu w samym środku nocy. Wściekły albo coraz bardziej obojętny, gdy maska zamiast spadać zaczęłaby być dokładnie tym, czym obecnie się stała. Nową twarzą. Czymś, co pasowało jak ulał. Jakby była na niego skrojona lepiej niż cokolwiek innego.
Nie chciał, żeby to dostrzegała. Nie chciał musieć przed nią grać. Nie chciał, by w którymś momencie zaczęła mierzyć się sama z coraz bardziej pożerającymi go sekretami, dusząc je w sobie, bo z czasem ta wewnętrzna świadomość, ta siła nie pozwalająca im zbyt długo chować przed sobą prawdy całkowicie by go strawiła. Ją by pochłonęła.
A on nie mógłby nic na to poradzić. Prędzej czy później wylałby z siebie w nią te wszystkie nagromadzone bolączki. Każda byłaby gorsza od poprzedniej. Aż w końcu któraś by ich spopieliła, zniszczyła, zjadła. Nie czekało na nich nic dobrego. Wyłącznie gorzka tragedia albo dokładnie ta sama refleksja, która do niego wtedy dotarła. Tyle tylko, że w teorii wspólna. Wyniszczająca równie mocno, jeśli nie mocniej niż ich dzisiejsza kłótnia.
Zapewne gorsza. Znacznie bardziej fatalna w skutkach, bo świadoma. Nie musiałby nic mówić. Nie potrzebowałby czegokolwiek wyjaśniać czy dodawać, bo wszystkie karty zostałyby odkryte. Cała dawna magia wspomnień całkowicie by się zatarła. Już teraz wyparowała, ale miał wrażenie, że byłoby jeszcze gorzej, gdyby Rina rzeczywiście poznała go od tej strony, której tak bardzo usiłował jej nie pokazać.
W wymianie zdań i tak już się ujawniła. Dał się temu porwać. Poniosło go, czego cholernie żałował, bo przecież nie chciał, żeby to tak wyglądało. Była dla niego ważna. W dalszym ciągu najważniejsza. To, co sobie zrobili było nie do wybaczenia, ale nie zmieniało tego, że ją kochał. Nie czuł w stosunku do niej niechęci czy nienawiści, wyłącznie falę smutku i wewnętrznego cierpienia, które wcale nie zgasło, gdy powiedziała te słowa.
Nieprawdziwe. Nie do spełnienia. Mogli tu zostać jeszcze przez jakiś czas. Do rana, może jeszcze kilka chwil dłużej zanim powiedzą sobie ostatnie słowa, ale to nie miało być na tyle, na ile potrzebujemy, przynajmniej nie dla Ambroisa.
Nie, gdy na tyle, na ile potrzebujemy kiedyś oznaczałoby dla niego koniec życia. Usraną śmierć, o której tak często wspominali w kłótniach i nie tylko. Mieli tu ze sobą być aż do końca. Nie mówiąc sobie żegnaj, nie patrząc na siebie na niespełnialne do widzenia.
Więc kiwnął głową na znak, że dosłyszał i zamierzał tak postąpić. Zostać z nią przynajmniej do rana. Nie mówiąc, że się myliła, bo najprawdopodobniej sama doskonale to wiedziała. Oboje tego potrzebowali, prawda? Mimo tamtych słów pełnych goryczy i niszczących wspomnienia.
Nie wiedział czy postępują właściwie. Najpewniej nie, ale w tym momencie nie chciał o tym myśleć. Ozując ciepło bijące od Geraldine, odetchnął głęboko, mocniej opierając rękę na jej boku, kiedy oparła się o niego. Chyba nie potrzebowali zbyt wiele, aby chociaż na chwilę ponownie wrócić do tych starych nawyków. Do jej głowy na jego ramieniu i jego ramienia wokół niej. Objął ją bez słowa, otulając dziewczynę przed wiatrem.
Odruchowo musnął wargami czubek jej głowy, składając krótki pocałunek na potarganych włosach i nieświadomie unosząc kąciki ust.
Moment później powrócił do poprzedniej pozycji - przytulając ją do siebie, ale już z głową odchyloną w tył, opierając się o ścianę i patrząc na ciemne burzowe niebo. Deszcz łał coraz mocniej. Rozpadało się na dobre. Rozbłyski coraz częściej przecinały niebo.
- Za osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat, kiedy będę mieć zaniki pamięci a ty będziesz seksowną starą rodzynką - odmruknął cicho, mrużąc oczy, by nie była w stanie dostrzec szklistości jego spojrzenia.
To były słowa. Wyłącznie głupie słowa bez jakiegokolwiek znaczenia, ale nie chciał kontynuować tamtej rozmowy. Powtarzać, że to było niewykonalne, że nie miała od niego dostać żadnych wyjaśnień. Ich wspólne życie nie mogło być czymś, co byliby w stanie odzyskać. Na pewno nie teraz, mimo że dostał od niej choć odrobinę wybaczenia.
- Pięćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt dwa. Pierwszy września... ...chyba nadal. Zapamiętaj to. To będzie ta data - nazywała go kłamcą, może nie wprost, ale z pewnością, więc kłamał.
Roztaczając wizję przed nią czy przed sobą - nie miał pojęcia. To był wyłącznie cichy bełkot brzmiący bardziej smutno niż prawdziwie. Nie był słodki, raczej podszyty goryczą, ale jednocześnie brzmiał w taki sposób, że Ambroise naprawdę chciałby być w stanie w to uwierzyć.
- Będzie z nas doskonała młoda para - całkowicie przymknął oczy, opierając policzek o czubek głowy dziewczyny i milcząc przez chwilę.
Padał deszcz. Woda lała się z daszku, spływając po drewnianych schodkach. Było coraz ciemniej, coraz chłodniej. Zimno, bardzo zimno jak na to, że lato nadal nie odeszło. Jesień jeszcze nie zagościła, jednak w tej chwili łatwo byłoby pomyśleć, że już tu z nimi była.
- Ironia, nie? - Odezwał się wreszcie, parskając niby to od niechcenia.
W istocie był tym niezmiernie wkurwiony. Zdecydowanie bardziej, bo chodziło o Borgina. Nie tylko o fakt, że jego siostra zrobiła coś tak niesamowicie głupiego i przyjęła przypadkowe zaręczyny. Głównie o to, z kim to zrobiła i że wbrew temu, co deklarowała, nie wyglądało na to, żeby coś się miało zmienić.
- Tyle lat i jest szansa - niemal wypluł z siebie to słowo z goryczą, ale z nieznacznym, ponurym uśmiechem - że nią zostaniemy - nie tylko Roselyn miała być pierwsza, nie tylko wkopała się w coś z najgorszą możliwą rodziną, ale spełniała tym jego marzenia.
Łączyła coś, co niegdyś prawie było jego. Równie dobrze mogła pójść o krok dalej i wyrwać najmłodszego Yaxleya.
- Choć najlepiej, by jej nie było - ale przecież ustalili, że to nie był koncert życzeń. - Anthony Ian. Ministralny piesek. W teorii dobra partia. Wiesz, co to sprawia - bardzo nieznacznie pokręcił głową, parskając przy tym cicho.
Nie musiał mówić nic więcej. Przecież oboje zdawali sobie sprawę z tego, jak zazwyczaj wyglądała ta dobra partia. On też w teorii nią był, przynajmniej niegdyś, bo teraz zaczęła przylegać do niego łatka starego kawalera, z którą nawet nie usiłował walczyć. To nie była maska, która mu nie odpowiadała. Była nawet całkiem wygodna. Z pewnością lepsza niż jakaś inna, bardziej prawdziwa.
Szczególnie w ich świecie, gdzie maskowanie się było niemalże stałym elementem repertuaru. Czymś, co wpajano od dziecka. Co robił ojciec i co robiła matka. Liczyły się pozory i pozycja, która mogła zostać zatrważająco szybko zachwiana, gdyby komuś przypadkiem spadła osłona.
Borginów szczególnie nie cierpiał. Nie ufał im i nie chciał tego zmieniać. Rina doskonale to wiedziała, nie musiał tego przed nią ukrywać, nawet nie próbował, choć przecież jej matka należała do tamtego rodu.
Wcale nie twierdził, że Jennifer była inna. Wręcz przeciwnie - z pewnością wdała się w swoją rodzinę, jednak była też chyba jedyną osobą, która w oczach Ambroise poniekąd się stamtąd wyrwała. Miała swoje nastroje i zamiary, ale nie była do szpiku kości zła. Natomiast reszta?
Nie chciał tego sprawdzać. W dalszym ciągu był przekonany o tym, że Roselyn się wpierdoliła. Wkopała się w coś, czego nie była w stanie udźwignąć. A im bardziej poprawny był jej narzeczony, tym mocniej najpewniej zżerała go zgnilizna. Ambroise był święcie przekonany, że ministralna menda po prostu doskonale grała.
Zresztą, choć nie chciał tego przyznawać, jego siostra też się zmieniła. Była inna. Coraz mniej mu znana. Rysa na szkle doprowadzała do coraz głębszego pęknięcia. Borgin. Ministerstwo Magii. Cholera wiedziała, co jeszcze Roo przed nim ukrywała. On z pewnością chował przed nią coraz więcej, nie odsłaniał się już praktycznie przed nikim. Znała go wyłącznie jedna osoba. Ta, która teraz przy nim siedziała.
Tęsknił za nią. Bardziej niż byłby w stanie powiedzieć. Znacznie bardziej niż mógłby przyznać, nawet przed samym sobą, bo prawda po prostu kurewsko bolała. Odchodząc stracił nie tylko ukochaną a również swoje jedyne prawdziwe oparcie. Osobę, która kiedyś tak dobrze go znała. Kogoś, przy kim niegdyś mógł być po prostu sobą. Która dawno temu po prostu go rozumiała. Bez słów, nawet w całkowitej ciszy, wiedziała.
To był koszt, którego nigdy nie wziął pod uwagę. Pamiętał wyłącznie tamtą ulgę, która się w nim rozlała, gdy uświadomił sobie, że jego uczucia były odwzajemnione. Że to nie była wyłącznie przyjaźń, która ich łączyła. Tamtego dnia na plaży nie myślał o konsekwencjach, liczyło się wyłącznie to, że ona też go chciała.
Przez następne lata łatwo było zapomnieć o myśli, która później wielokrotnie go prześladowała. Nie dostrzegał możliwości, aby pozostali przyjaciółmi. To nie było możliwe, siła, która ich do siebie przyciągała była zbyt intensywna. Pchała ich w swoje ramiona. On jej pragnął, ona go kochała. To mogłoby działać, gdyby cała reszta nie była taka skomplikowana.
Nie stracili wyłącznie wspólnej przyszłości. Nie utracili domu i rodziny, choć świadomość, że był moment, w którym Geraldine też tego chciała, dalej palił go od środka. Swoimi decyzjami prowadzącymi go do odejścia nie przekreślił wyłącznie ich związku. Stracił również swoją najlepszą przyjaciółkę, nawet jeśli teraz obok niego siedziała.
Rozmawiali. Nawet nie wiedział jak do tego doszło. Trzymał ją pod ramieniem, przymykając oczy i oddychając głęboko, gdy mówiła mu o tym, co się stało. Potrafili to jeszcze mieć. Umieli ze sobą rozmawiać, choć nie o wszystkim. Jako przyjaciele chyba nadal sobie ufali. A przynajmniej chyba próbowała mu ufać. Tak jak on, chyba też tego potrzebowała.
Bezwiednie odgarnął jej włosy z twarzy za ucho. Wiało, wichura na dobre się rozpętała. Powinni wrócić do środka, ale wtedy ta chwila również by się skończyła. Wątpił, że by trwała. Ciemność i burza sprawiały, że słowa przychodziły jakby łatwiej. Ciche i stłumione, ale płynęły.
- To dobry dzieciak. Tylko ma za długi jęzor i najpierw działa, później myśli, ale chyba nie można mu tego wytykać. Od stycznia nie minęło zbyt wiele czasu - powiedział powoli w zamyśleniu, patrząc w dal na rozbłyski na niebie i burze, która coraz bardziej się rozpętywała.
No cóż, przynajmniej chyba oni byli ostatnimi osobami, które powinny to robić, prawda? Oceniać porywczość Astarotha. Ani on, ani ona nie należeli do najbardziej spokojnych i opanowanych osób. Szczególnie teraz z osobna, podświadomie to wiedział, bo gdy jeszcze byli razem, jakoś udawało im się nad tym zapanować. Wtedy w ich życiu panowała większa harmonia.
Nawet nie zwrócił uwagi na to, że chyba nigdy nie powiedziała mu, że to było w styczniu. To były słowa Yaxleya. Oni nie mieli okazji rozmawiać ze sobą o tamtych okolicznościach. O tym, co się wtedy wydarzyło.
- To go może dojechać - kiwnął głową, bo nie zamierzał mówić, że brata Geraldine czekała jasna przyszłość.
Nie po tym, co obaj słyszeli, prawda? Miał w sobie na tyle dużo rozsądku, żeby tego nie przywoływać na głos. Ani teraz, ani kiedykolwiek później. Szczególnie, że przecież nie mieli mieć żadnego później. Natomiast nie chciał okłamywać Yaxleyówny. Sytuacja Astarotha była trudna i skomplikowana. Usiłował mu pomóc, ale to niewiele zmieniało. Nie, gdy było jednorazowe.
Jednakże nie chciał o tym mówić. Znowu by się pokłócili. Ponownie wyrzuciłaby mu wpierdalanie się w jej życie. Zamiast tego zmienili temat. Wygodnie, pozornie lekko.
- Dzięki, ciociu, powiesz mi jeszcze, że przystojny ze mnie kawaler? - Uśmiechnął się pod nosem z goryczą, bo te słowa, które mu powiedziała wcale nie były czymś, co koniecznie chciał słyszeć.
Brzmiały jak tamta dobra partia sprzed lat. Były miłe, ale nie zmieniały faktu, że nie dlatego jej o tym powiedział. Nie chciał klepania po głowie. Sam nie wiedział, jakie miał pragnienia. Prócz tych, których nie był w stanie spełnić, rzecz jasna. One w dalszym ciągu wysuwały się na pierwszy plan, nawet jeśli nie rozmawiali już na te tematy.
- Teraz to wydaje się najlepszym rozwiązaniem - kiwnął głową, przyznając jej rację, bo przecież widział jak to u niej wyglądało.
W tamtym okresie poważnie zastanawiał się nad czymś podobnym, jednak za bardzo lubił swoją pracę. Środowisko, w którym się obracał, ułatwione kontakty wynikające z działalności wykonywanej pod zarządem Munga. Tym całym szajsem, w którym naprawdę chciał dostrzegać szansę dla siebie na to, żeby wyrobić sobie pozycję w poważnej instytucji. Rola ordynatora była czymś, co miało dla niego znaczenie.
W dalszym ciągu nie chciał do końca puścić myśli o tym, że gdzieś tam kiedyś była mu pisana, czekała na niego, bo był przecież najlepszym, najbardziej solidnym kandydatem. Tyle tylko, że lata mijały i nic się nie zmieniało. Nikt nie deklarował mu niczego wprost. To były wyłącznie sugestie coraz bardziej przypominające mydlenie oczu po to, żeby zostawał w nadgodzinach. A on rzeczywiście je brał.
Szczególnie teraz, gdy nie miał już gdzie wracać. Nikt na niego nie czekał. Nikt nie planował z nim reszty dnia. No, może nie do końca tak to wyglądało, bo przecież miał tego cholernego futrzaka. Kolejną zmianę w życiu, której by się nigdy nie spodziewał, ale na tym etapie, gdy całkowicie tracił kontrolę nad swoim życiem, wszystko wydawało się już wyłącznie coraz bardziej gorzko zabawne.
Częściej gorzkie, ale w pewnym momencie można było się wyłącznie śmiać. Nawet wtedy, kiedy wszystko wokół zaczynało się walić. Gdy ludzie ginęli a ziemia nasiąkała posoką.
- To zabijanie dla zabijania. Przelewanie krwi dla chorej satysfakcji - nie było dla tego innego komentarza, tak samo jak wytłumaczenia.
Nie było, z czym dyskutować. To, co się działo przechodziło granice pojmowania. A Knieja i widma? Z początku otworzył usta, chcąc odpowiedzieć na usłyszane pytania, ale potem dotarła do niego ta część o stanięciu z nimi twarzą w twarz. Wspomnienia wróciły.
- Co? - Zamrugał zaskoczony, przenosząc wzrok na dziewczynę, na jego twarzy zagościło coś więcej niż zwykła powaga.
Powoli przetarł czoło wolną dłonią tylko po to, żeby w następnej sekundzie bez zawahania musnąć palcami drugą rękę Geraldine. Odruchowo i bezwiednie ją za nią złapał. Była ciepła a może to on był zimny? Miał wrażenie, że chłód ponownie go ogarnia.
- Tak, wiem. Jesteś silna, jesteś dużą dziewczynką, dasz sobie radę, mam cię nie bagatelizować, bo jesteś mi równa - wbrew pozorom nie mówił sarkastycznie tylko jak ktoś zmęczony i wyczerpany, bo wokół cały czas trzęsła się ziemia.
Tragedia goniła tragedię. A te słowa, które mu powiedziała były wyłącznie dowodem na to, jak głęboko i daleko sięgały zniszczenia.
Nie machnął ręką, bo tak jak mówił - nie zamierzał wytykać Rinie plątania się w niebezpieczeństwo, bo przecież zawsze to robiła. On też. Oboje. Tyle tylko, że tym razem stawka była zbyt wysoka. Znacznie wyższa, nie warta ryzyka bez świadomości tego, co dało się zrobić a czego należało się wystrzegać.
- Obiecaj mi, że już nigdy więcej nie będziesz w takim miejscu. Sama czy nie. Knieja jest kurewsko niebezpieczna - chyba nie potrzebowała tego ostrzeżenia. - Nie jest już nasza - jego pierś uniosła się w oddechu, ale prawie nie zaczerpnął przy tym powietrza. - Nie wiem czy chcę o tym mówić - nie chciał ucinać, nie unikał odpowiedzi, jednak obawiał się, że wtedy mógłby po prostu pęknąć.
Już był blisko granicy. Szczególnie, gdy usłyszał te kolejne słowa. W teorii powinny przynieść mu wewnętrzne ciepło, ale praktyka wyglądała zgoła inaczej. Tu również nie było miejsca na zbyt wiele rozmowy. Nie, gdy nie umiał zapewnić jej rozjaśnienia, czemu jednocześnie miała rację i sromotnie się myliła.
- Nie, nie jestem - odezwał się, jednak w jego tonie na próżno byłoby szukać ulgi z tego powodu.
Nie miał tu zbyt wiele do powiedzenia, nie bez wyjaśnień. A przecież jak już sam stwierdził - nie istniały żadne wyjaśnienia. Nie mógł ich zapewnić. Potrafił jedynie się z nią nie zgodzić.
- To inny rodzaj upodlenia - uśmiechnął się z goryczą, zawieszając wzrok na horyzoncie w deszczu.
Obiecywali sobie neutralność. To się nie zmieniło. Nie chciał być częścią tego konfliktu w sposób, który wymagałby od niego wzięcia czyjejkolwiek strony. Jego stroną byli bliscy, nie idee. Nie zamierzał mieszać się w coś, co nie leżało w jego interesie.
Liczył na to, że Geraldine również nie zmieniła tego pragnienia i pozostawała neutralna. Nie sądził, by mogła pójść w stronę, o której mówił, jednak w drugą? Nie był tego taki pewien. Zawsze miała tendencję do kierowania się sercem, emocjami i uczuciami. Nie pytał o to, bo to nie było coś, co zamierzał od niej wyciągać, ale mimowolnie pokręcił głową. Nie, nie sądził, aby to się zmieniło. Ich postanowienia.
- Nie - stwierdził mimo to, słysząc kolejne słowa. - Niektóre rzeczy nie są godne usprawnienia - to były te uczynki, które niosły za sobą konsekwencje.
Czasami, znacznie częściej niż mógłby przyznać, wracał do tej myśli. Do tego, co by było, gdyby rzeczywiście potrafił podjąć decyzję, by nic nie robić. Spróbować przeczekać pewne sprawy, choć nie sądził, żeby to mogło zadziałać. Szambo miało tendencję do wybijania w najgorszych momentach. Zwłaszcza w ich przypadku. Jego. W jego przypadku.
Dlatego świadomie wybierał, by się nie odsłaniać. Tak jak mówiła. Unikanie było strategią, nawet jeśli na dłuższą metę wyniszczającą I ze wszech miar chujową.
- Auć. To nawet nie był rzut za dziesięć punktów. Złapałaś znicza, Chérie. Mecz zakończony - mruknął pod nosem, usiłując nadać tym słowom lżejsze brzmienie, bo w gruncie rzeczy nawet go nie ugodziła.
Tego wieczoru padło zdecydowanie wiele więcej znacznie bardziej bolesnych rzeczy. To była ta nieszkodliwa szczerość, nawet jeśli przykra to w pełni prawdziwa. Chyba nareszcie doszli do momentu, w którym faktycznie ze sobą rozmawiali, nie rzucali w siebie oskarżeniami. To była ta chwila, która powinna nadejść już na samym początku. Tyle tylko, że pojawiła się nieco zbyt późno.
- Możesz mi powiedzieć o wszystkim - przez cały czas delikatnie przesuwał dłonią po brzegu koszuli dziewczyny, starając się zachować spokojny ton głosu.
Chyba nawet mu to wychodziło. Tyle tylko, że nie miało zbyt wiele związku z jakąkolwiek ulgą. Tylko ze zmęczeniem. Był tym wszystkim wyczerpany, niemalże skrajnie wycieńczony. Nie chodziło nawet o ten wieczór a o wszystko, co się działo. O pierdolone półtora roku, niemal dwa lata głębokiego bagna.
Nie wiedział, czemu rozmawiali o tym teraz, bo przecież nie powinni, ale paradoksalnie było łatwiej mówić niż milczeć. Nie dlatego, że ta cisza byłaby trudna czy ciężka, lecz przez to, że gdy już się odezwał, kolejne słowa płynęły samoistnie.
Geraldine chyba rzeczywiście miała rację. Z pewnością ją miała. W tym momencie nie zamierzał temu zaprzeczać, bo niby po co? Dlaczego miałby to robić, skoro takie były fakty. Dużo się działo. Z miesiąca na miesiąc coraz więcej. Trzeba było sobie z tym jakoś radzić, zwłaszcza że oboje potrafili to robić. Tyle tylko, że samotnie było trudniej. Niemożność otworzenia ust do kogoś, kto by zrozumiał, spróbowałby zrozumieć albo przynajmniej nie oceniałby bez potrzeby była trudna. Ciężka i przytłaczała. A otwieranie się przed kimkolwiek, nawet deklarującym pomoc? Nie wchodziło w grę. Szkodziło, było nic nie warte, zwłaszcza wtedy, kiedy swego czasu miało się wszystko.
Stracili to bezpowrotnie, ale teraz nagle wydawało się, że mogli znów po prostu rozmawiać.
- Wiem, że mnie nie było. Zdaję sobie sprawę z tego, że to zawsze będzie moja decyzja i moja wina. To nie jest coś, co można zapomnieć, ale zawsze masz we mnie przyja... ...nie używajmy tego słowa, nie? - Zreflektował się niemalże błyskawicznie, bo żadne z nich nie używało tego słowa od dawien dawna i to nie przez to, że byli dla siebie kimś więcej, no, nie tylko przez to. - Sojusznika. Nawet, gdy mnie obok nie ma. Zawsze będę o ciebie dbać, nawet z daleka - stwierdził cicho, nie wpatrując się w Geraldine, żeby dać jej pewnego rodzaju przestrzeń, choć fizycznie sami ją ponownie zredukowali niemalże do zera.
To było takie naturalne. Nie musieć ograniczać swoich ruchów. Móc ją trzymać w ramionach, czuć policzek tuż przy skórze, nawet jeśli osłoniętej swetrem. Oddychając głęboko, znacznie wolniej. Powoli nabierając powietrza w płuca i odzyskując choć trochę utraconego spokoju.
Aż dziw, że jeszcze przed chwilą skakali sobie do gardeł. W tej chwili czuł się przy niej znacznie bardziej spokojny. Może nie do końca opanowany, ale fizycznie spokojniejszy. Bez nerwowego kołatania serca i wrażenia, że zaraz osunie się na ziemię, choć w gruncie rzeczy nie miałby daleko, bo przecież siedzieli na deskach.
To nie była obietnica. Nie składał kolejnej obietnicy, bo to była po prostu rzeczywistość. Fakt. Mieli to na teraz już nieżywym przykładzie Doppelgangera, prawda? Może czuł się dogłębnie zraniony. On ją skrzywdził, ona go skrzywdziła. Nie sądził, że mogli odzyskać cokolwiek po tym, co padło między nimi tego wieczoru. Pewne poczucie bezpieczeństwa zostało najpewniej bezpowrotnie utracone.
Zresztą zamierzał trzymać się swojego postanowienia, nawet jeśli to było kurewsko trudne. Nie po to odszedł. Nie po to się pokłócili, żeby odpuścił i próbował naprawić nienaprawialne. Zresztą konsekwencje byłyby jeszcze trudniejsze do udźwignięcia. Przecież doskonale o tym wiedział.
Nie mieli niczego odbudować. Dać sobie drugiej czy nawet trzeciej szansy. Nie chciał być tuż obok, jeśli to nie oznaczało bycia razem. Nie mogli być przyjaciółmi. To nigdy by nie wyszło. Zbyt wiele wspólnie przeżyli. Za bardzo by się tym ranili, jednak to nie oznaczało, że zmieniał zdanie co do wypowiedzianych słów. Nie tylko dzisiaj, kiedyś również. Był dla niej w najgorszym bagnie. O ironio - tylko wtedy, nie w całkowitym szczęściu. W nim zamierzał trzymać się od niej z daleka.
- Nie chcę, żebyś czuła się osamotniona. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować wsparcia, jestem tutaj - nawet po takim czasie.
Chciał, żeby potrafiła to zaakceptować. Nadal miała w nim przyjaciela w chwilach, w których ziemia się paliła. Nie mógł być nim zawsze, ale mogła się do niego zwrócić w momentach, w których nie chciała tego robić w przypadku innych ludzi. Tam, gdzie Florence nie mogła nic zdziałać. Tam, gdzie nie miała Astarotha czy Erika, tam, gdzie nie było nikogo kto by nie pytał. To było jego miejsce. Jego niewielka rola. Zawsze miało tak być.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down