13.12.2024, 03:47 ✶
- Jak mówię - nieznacznie wydął wargi, rozkładając ręce. - Weryfikacja bywa niezbędna - co prawda raczej nie spodziewał się tego faktycznie teraz robić, ale to zawsze była jakaś opcja.
Szczególnie, że Nora za cholerę mu nie wierzyła. Normalnie pewnie by się zirytował, bo z uporem maniaka podważała jego ekspertyzę w zakresie skuteczności prowizorycznych kuchennych broni, ale...
...kurna, to była Nora. Raczej miała u niego całkiem sporo specjalnego traktowania, więc jedynie uniósł wzrok w kierunku, wzdychając głęboko i teatralnie.
- Jest jakieś zwierzę, które rzuca w napastnika swoimi dziećmi. To dopiero zabawna walka, ale tego raczej nie powielaj. Użyj chochli - stwierdził bezsprzecznie bez powagi, bo nawet jeśli jakaś w nim była jeszcze chwilę temu to teraz po prostu całkiem nieźle bawił się w tej ich dyskusji.
- Uwierz mi, że ludzie wybierają naprawdę przedziwne przedmioty, gdy usiłują kogoś zaatakować. Wiesz, teoretycznie można kogoś zdjąć przy pomocy doniczki - dopowiedział, przypominając jej o tym, że nawet zielarstwo mogło zadawać obrażenia.
Więc czemu nie kuchnia?
W tym temacie mógł przynajmniej cokolwiek powiedzieć, co było naprawdę miłą odmianą od stania na zebraniu Towarzystwa Herbologicznego i robienia dziwnych oczu, gdy wszyscy gadali o smrodzie nekromancji a on za cholerę go nie wyczuwał.
Poza tym nawet, gdyby miał wtedy sprawny i odetkany nos, nie zamierzał sam się tam sprzedawać. Zdecydowanie nie w towarzystwie dwojga przedstawicieli Ministerstwa Magii. Możliwe, że znał Jonathana, mając z nim naprawdę dobre i bliskie relacje, natomiast to nie przy nim zdecydowanie zamierzał się miarkować.
Nie planował zwracać na siebie uwagi drugiej przedstawicielki systemu prawnego. Nie znał jej. Wiedział o niej tyle, co nic. Prócz tego, że ewidentnie była zacięta i zaciekle dążyła do swojego. A tak się nieładnie składało, że w tym wypadku mieli zdecydowany konflikt interesów.
Ambroise bez dwóch zdań nie zamierzał odbijać pytań o to, skąd mógłby tak dobrze znać ten zapach, aby przytakiwać, że to z pewnością była nekromancja. Miewał swoje przebłyski całkowitej, twardej logiki i ta zdecydowanie mówiła mu, że Lestrange'ówna go nie lubiła.
Z jakiegoś dziwnego powodu wydawała się mu coraz bardziej nieprzychylna, mimo że w teorii nie zrobił nic, co mogłoby ją wobec niego tak źle nastawić. Najwyraźniej to była jego twarz. Ewentualnie może zbałamucił jej matkę, siostrę, kuzynkę albo ciotkę wuja Sama. Tak właściwie to przy jego zapędach z pewnością to zrobił. Możliwe, że odhaczając wszystkie te przypadki. Istne bingo zgorszenia.
Jeśli żywiła za to do niego te nieuczucia to raczej średnio się tym przejmował. Jedynie nie zamierzał się z nią w żaden sposób spoufalać. Próba pomocy kobiecie w przypadku wrogiego nastawienia ze strony prawej ręki Abbott była ostatnią, którą podjął. Bez dwóch zdań.
Nie chciał skończyć w najlepszym razie zyskując nowe interesujące obrażenia, które później mogłyby się zamienić w nowe, jakże jeszcze bardziej interesujące blizny takie jak ta, którą bez wahania pokazał Norze. Jej chochla bez wątpienia miała możliwość siania zniszczenia.
Bez słowa wyciągnął koszulę ze spodni, unosząc ją na tyle, aby Figgówna mogła dostrzec, o czym była mowa.
- Korkociąg - przeciągnął się, opierając się wygodniej o blat i wskazując na zabliźniony ślad na prawym boku pod żebrami a potem na kolejny nieco niżej, bardziej do przodu. - Rura od karnisza - skwitował bez wahania, patrząc na Norę z rozbawieniem w oczach. - Zaczep... ...też od karnisza - uśmiechnął się z przekąsem, unosząc brwi. - Ogólnie to był kurew, nie karnisz. Miedziucha, nie polecam, ale niewątpliwie jest skuteczna. Wstrząs mózgu jak malowany - wzruszył ramionami, patrząc na nią z ukosa i wreszcie nie powstrzymując się od mrugnięcia do niej jednym okiem.
No cóż. Nadal nie preferował rolet. Nieważne, że jak do tej pory karnisze spuściły mu całkiem niezły wpierdol na spółkę z człowiekiem, który się do tego posunął. Jakoś był w stanie przeżyć tę świadomość, szczególnie że zdecydowanie preferował drewno od miedzi. Choć bez wątpienia miedź miała swoje niewątpliwe zalety. Tyle tylko, że nie w spotkaniu z czaszką albo z tkanką miękką czy żebrami. Tam była raczej zabójczo i niezaprzeczalnie twarda.
- Odbijając pytania. Stara historia - przeciągnął się, rozluźniając napięte mięśnie - Hogwart. Choć właściwie to przerwa świąteczna. Dzieło kuzyna - wzruszył ramionami.
Nie kłamał. Do tej pory niespecjalnie za sobą przepadali, choć wbrew pozorom ciężko byłoby powiedzieć, że to nie było zbyt udane Yule, bo w istocie było. Nawet po całej sytuacji, która oczywiście szybko została zamieciona pod dywan i odsunięta, przykryta zasłoną zsuniętą z karnisza i tak dalej.
Część jego rodziny była naprawdę pojebana. Za to przynajmniej nie można było się z nimi nudzić. Zdecydowanie nie. Do osiągnięcia pełnoletniości mieli jeszcze całkiem sporo okazji do nakurwiania. Później zresztą również. Mimo wszystko, o ironio, przy paru innych okolicznościach bez wahania przyjęli jeden wspólny front. Rodzina, nie? Nienawidził skurwysyna.
- Z czego jest ta twoja ulubiona patelnia? - Spytał, zezując w kierunku wspomnianego przedmiotu, który wyglądał całkiem solidnie.
No cóż. Raczej nie chciał tego sprawdzać na własnej skórze. Niby proponował możliwość zweryfikowania tego czy Nora w ogóle by w niego trafiła, jednakże co innego, gdyby to była wytrzymała patelnia. A co innego jakiś paździerz trzymany z sentymentu, który miał się rozlecieć przy próbie zablokowania uderzenia i trafić go rykoszetem. To byłoby co najmniej żenujące.
- Dziecko i Figga rozumiem, choć chyba kwestionowałbym to czy poruszają się bezszelestnie. Thomas to cielak w roli klątwołamacza, zawsze tak było, nie wmówisz mi, że zmieniło się na stare lata - parsknął cicho, kręcąc przy tym głową, choć rzecz jasna zdecydowanie wszystko przerysowywał, to też była normalka. - Za to z tymi kotami... ...to dopiero musi być maniana - tu faktycznie ponownie wydął wargi, przyznając Norze racje, bo w jego oczach każdy kot był bestią rodem z otchłani zła.
Cichą i bezszelestną. Naprawdę cholernie nie lubił tych zwierząt. Nigdy nie czuł się dobrze w ich obecności. Miały w sobie coś, co poruszało w nim bardzo dziwne struny, toteż bez wątpienia cieszyło go to, że żadnego tu teraz z nimi nie było. A co zaś tyczyło się skurwysynów:
- To zależy, na jaki kawał chuja trafisz - odpowiedział bez zastanowienia, dopiero po tym mierząc wzrokiem Norę i jednak kiwając do siebie głową. - Choć nie. Jednak nie zależy. Wal po kostkach. W razie czego tnij ścięgna - podpowiedział kulturalnie, kolejny raz raczej nie zastanawiając się nad tym, jak to mogło zabrzmieć.
Raczej nie sądził, by Nora miała żywić co do niego jakiekolwiek podejrzenia czy mieć obiekcje wobec tego przyspieszonego przeszkolenia. Bez wątpienia musiała kiedyś coś słyszeć, cofając się do jakiegoś przypadkowego napomknienia kolejny raz z czasów szkolnych. Choćby od Thomasa.
No cóż. Teraz raczej usiłował zachowywać nieposzlakowaną opinię, przynajmniej na tej płaszczyźnie. Raczej całkiem nieźle mu to oficjalnie wychodziło. Za to w okresie Hogwartu raczej było o czym mówić. Drużyna zdecydowanie sprzyjała ładowaniu się w najróżniejsze sytuacje. Szczególnie w konfrontacjach ze Ślizgonami. Ci nie potrzebowali wiele robić. Wystarczyło, że istnieli.
- Polecam się na przyszłość w ramach uzupełnienia szkolenia - stwierdził prosto, całkiem gładko, mówiąc raczej poważnie, co dało się wyczuć nawet bez dodawania tych kolejnych słów. - Szczególnie w zakresie praktyki. Nie zawsze da się od razu uciekać - zdecydowanie nie brzmiał jak ktoś, kto chciał rzucać w jej stronę przerażające ostrzeżenia a jedynie, jakby stwierdzał fakt.
Po prostu. Bez wielkiego dramatyzmu. Mieli takie a nie inne czasy. Ostatnio wiele się działo, więc należało być przygotowanym na różne okoliczności. Mieli dziś praktyczne doświadczenia z nieoczekiwanym, nie? Tamte rośliny niemalże wzięły ich z zaskoczenia. No, dobrze, wzięły ich z zaskoczenia, ale tego by obecnie nie przyznał.
Tak czy inaczej, Ambroise wierzył w siłę doświadczenia i przeszkolenia, nawet jeśli w śmiesznym zakresie. Raczej nie wyobrażał sobie tutaj pola do zbyt wielu manewrów, choć może w tym tkwiła ta istota - przewaga nie do podważenia. W kwestii zaskoczenia.
- Zawsze możesz spróbować trucia zagrożenia - dodał po chwili zastanowienia, lejąc bimber.
Raczej żartobliwie, choć czy aby na pewno? To była już kwestia do rozważenia.
- Racja. Za to - odpowiedział uniesieniem kieliszka, wychylając go jednym łykiem i bez zawahania nalewając drugi. - Dobra produkcja.
Jeden zdecydowanie nie miał wystarczyć, szczególnie że godzina była jeszcze całkiem wczesna.
Szczególnie, że Nora za cholerę mu nie wierzyła. Normalnie pewnie by się zirytował, bo z uporem maniaka podważała jego ekspertyzę w zakresie skuteczności prowizorycznych kuchennych broni, ale...
...kurna, to była Nora. Raczej miała u niego całkiem sporo specjalnego traktowania, więc jedynie uniósł wzrok w kierunku, wzdychając głęboko i teatralnie.
- Jest jakieś zwierzę, które rzuca w napastnika swoimi dziećmi. To dopiero zabawna walka, ale tego raczej nie powielaj. Użyj chochli - stwierdził bezsprzecznie bez powagi, bo nawet jeśli jakaś w nim była jeszcze chwilę temu to teraz po prostu całkiem nieźle bawił się w tej ich dyskusji.
- Uwierz mi, że ludzie wybierają naprawdę przedziwne przedmioty, gdy usiłują kogoś zaatakować. Wiesz, teoretycznie można kogoś zdjąć przy pomocy doniczki - dopowiedział, przypominając jej o tym, że nawet zielarstwo mogło zadawać obrażenia.
Więc czemu nie kuchnia?
W tym temacie mógł przynajmniej cokolwiek powiedzieć, co było naprawdę miłą odmianą od stania na zebraniu Towarzystwa Herbologicznego i robienia dziwnych oczu, gdy wszyscy gadali o smrodzie nekromancji a on za cholerę go nie wyczuwał.
Poza tym nawet, gdyby miał wtedy sprawny i odetkany nos, nie zamierzał sam się tam sprzedawać. Zdecydowanie nie w towarzystwie dwojga przedstawicieli Ministerstwa Magii. Możliwe, że znał Jonathana, mając z nim naprawdę dobre i bliskie relacje, natomiast to nie przy nim zdecydowanie zamierzał się miarkować.
Nie planował zwracać na siebie uwagi drugiej przedstawicielki systemu prawnego. Nie znał jej. Wiedział o niej tyle, co nic. Prócz tego, że ewidentnie była zacięta i zaciekle dążyła do swojego. A tak się nieładnie składało, że w tym wypadku mieli zdecydowany konflikt interesów.
Ambroise bez dwóch zdań nie zamierzał odbijać pytań o to, skąd mógłby tak dobrze znać ten zapach, aby przytakiwać, że to z pewnością była nekromancja. Miewał swoje przebłyski całkowitej, twardej logiki i ta zdecydowanie mówiła mu, że Lestrange'ówna go nie lubiła.
Z jakiegoś dziwnego powodu wydawała się mu coraz bardziej nieprzychylna, mimo że w teorii nie zrobił nic, co mogłoby ją wobec niego tak źle nastawić. Najwyraźniej to była jego twarz. Ewentualnie może zbałamucił jej matkę, siostrę, kuzynkę albo ciotkę wuja Sama. Tak właściwie to przy jego zapędach z pewnością to zrobił. Możliwe, że odhaczając wszystkie te przypadki. Istne bingo zgorszenia.
Jeśli żywiła za to do niego te nieuczucia to raczej średnio się tym przejmował. Jedynie nie zamierzał się z nią w żaden sposób spoufalać. Próba pomocy kobiecie w przypadku wrogiego nastawienia ze strony prawej ręki Abbott była ostatnią, którą podjął. Bez dwóch zdań.
Nie chciał skończyć w najlepszym razie zyskując nowe interesujące obrażenia, które później mogłyby się zamienić w nowe, jakże jeszcze bardziej interesujące blizny takie jak ta, którą bez wahania pokazał Norze. Jej chochla bez wątpienia miała możliwość siania zniszczenia.
Bez słowa wyciągnął koszulę ze spodni, unosząc ją na tyle, aby Figgówna mogła dostrzec, o czym była mowa.
- Korkociąg - przeciągnął się, opierając się wygodniej o blat i wskazując na zabliźniony ślad na prawym boku pod żebrami a potem na kolejny nieco niżej, bardziej do przodu. - Rura od karnisza - skwitował bez wahania, patrząc na Norę z rozbawieniem w oczach. - Zaczep... ...też od karnisza - uśmiechnął się z przekąsem, unosząc brwi. - Ogólnie to był kurew, nie karnisz. Miedziucha, nie polecam, ale niewątpliwie jest skuteczna. Wstrząs mózgu jak malowany - wzruszył ramionami, patrząc na nią z ukosa i wreszcie nie powstrzymując się od mrugnięcia do niej jednym okiem.
No cóż. Nadal nie preferował rolet. Nieważne, że jak do tej pory karnisze spuściły mu całkiem niezły wpierdol na spółkę z człowiekiem, który się do tego posunął. Jakoś był w stanie przeżyć tę świadomość, szczególnie że zdecydowanie preferował drewno od miedzi. Choć bez wątpienia miedź miała swoje niewątpliwe zalety. Tyle tylko, że nie w spotkaniu z czaszką albo z tkanką miękką czy żebrami. Tam była raczej zabójczo i niezaprzeczalnie twarda.
- Odbijając pytania. Stara historia - przeciągnął się, rozluźniając napięte mięśnie - Hogwart. Choć właściwie to przerwa świąteczna. Dzieło kuzyna - wzruszył ramionami.
Nie kłamał. Do tej pory niespecjalnie za sobą przepadali, choć wbrew pozorom ciężko byłoby powiedzieć, że to nie było zbyt udane Yule, bo w istocie było. Nawet po całej sytuacji, która oczywiście szybko została zamieciona pod dywan i odsunięta, przykryta zasłoną zsuniętą z karnisza i tak dalej.
Część jego rodziny była naprawdę pojebana. Za to przynajmniej nie można było się z nimi nudzić. Zdecydowanie nie. Do osiągnięcia pełnoletniości mieli jeszcze całkiem sporo okazji do nakurwiania. Później zresztą również. Mimo wszystko, o ironio, przy paru innych okolicznościach bez wahania przyjęli jeden wspólny front. Rodzina, nie? Nienawidził skurwysyna.
- Z czego jest ta twoja ulubiona patelnia? - Spytał, zezując w kierunku wspomnianego przedmiotu, który wyglądał całkiem solidnie.
No cóż. Raczej nie chciał tego sprawdzać na własnej skórze. Niby proponował możliwość zweryfikowania tego czy Nora w ogóle by w niego trafiła, jednakże co innego, gdyby to była wytrzymała patelnia. A co innego jakiś paździerz trzymany z sentymentu, który miał się rozlecieć przy próbie zablokowania uderzenia i trafić go rykoszetem. To byłoby co najmniej żenujące.
- Dziecko i Figga rozumiem, choć chyba kwestionowałbym to czy poruszają się bezszelestnie. Thomas to cielak w roli klątwołamacza, zawsze tak było, nie wmówisz mi, że zmieniło się na stare lata - parsknął cicho, kręcąc przy tym głową, choć rzecz jasna zdecydowanie wszystko przerysowywał, to też była normalka. - Za to z tymi kotami... ...to dopiero musi być maniana - tu faktycznie ponownie wydął wargi, przyznając Norze racje, bo w jego oczach każdy kot był bestią rodem z otchłani zła.
Cichą i bezszelestną. Naprawdę cholernie nie lubił tych zwierząt. Nigdy nie czuł się dobrze w ich obecności. Miały w sobie coś, co poruszało w nim bardzo dziwne struny, toteż bez wątpienia cieszyło go to, że żadnego tu teraz z nimi nie było. A co zaś tyczyło się skurwysynów:
- To zależy, na jaki kawał chuja trafisz - odpowiedział bez zastanowienia, dopiero po tym mierząc wzrokiem Norę i jednak kiwając do siebie głową. - Choć nie. Jednak nie zależy. Wal po kostkach. W razie czego tnij ścięgna - podpowiedział kulturalnie, kolejny raz raczej nie zastanawiając się nad tym, jak to mogło zabrzmieć.
Raczej nie sądził, by Nora miała żywić co do niego jakiekolwiek podejrzenia czy mieć obiekcje wobec tego przyspieszonego przeszkolenia. Bez wątpienia musiała kiedyś coś słyszeć, cofając się do jakiegoś przypadkowego napomknienia kolejny raz z czasów szkolnych. Choćby od Thomasa.
No cóż. Teraz raczej usiłował zachowywać nieposzlakowaną opinię, przynajmniej na tej płaszczyźnie. Raczej całkiem nieźle mu to oficjalnie wychodziło. Za to w okresie Hogwartu raczej było o czym mówić. Drużyna zdecydowanie sprzyjała ładowaniu się w najróżniejsze sytuacje. Szczególnie w konfrontacjach ze Ślizgonami. Ci nie potrzebowali wiele robić. Wystarczyło, że istnieli.
- Polecam się na przyszłość w ramach uzupełnienia szkolenia - stwierdził prosto, całkiem gładko, mówiąc raczej poważnie, co dało się wyczuć nawet bez dodawania tych kolejnych słów. - Szczególnie w zakresie praktyki. Nie zawsze da się od razu uciekać - zdecydowanie nie brzmiał jak ktoś, kto chciał rzucać w jej stronę przerażające ostrzeżenia a jedynie, jakby stwierdzał fakt.
Po prostu. Bez wielkiego dramatyzmu. Mieli takie a nie inne czasy. Ostatnio wiele się działo, więc należało być przygotowanym na różne okoliczności. Mieli dziś praktyczne doświadczenia z nieoczekiwanym, nie? Tamte rośliny niemalże wzięły ich z zaskoczenia. No, dobrze, wzięły ich z zaskoczenia, ale tego by obecnie nie przyznał.
Tak czy inaczej, Ambroise wierzył w siłę doświadczenia i przeszkolenia, nawet jeśli w śmiesznym zakresie. Raczej nie wyobrażał sobie tutaj pola do zbyt wielu manewrów, choć może w tym tkwiła ta istota - przewaga nie do podważenia. W kwestii zaskoczenia.
- Zawsze możesz spróbować trucia zagrożenia - dodał po chwili zastanowienia, lejąc bimber.
Raczej żartobliwie, choć czy aby na pewno? To była już kwestia do rozważenia.
- Racja. Za to - odpowiedział uniesieniem kieliszka, wychylając go jednym łykiem i bez zawahania nalewając drugi. - Dobra produkcja.
Jeden zdecydowanie nie miał wystarczyć, szczególnie że godzina była jeszcze całkiem wczesna.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down