14.12.2024, 03:51 ✶
Wszystkie słowa, które z siebie wyrzucili w dalszym ciągu obijały się o wnętrze czaszki Ambroisa. To była jego wina. Nie potrafił nie być na siebie wściekły, jednocześnie nie oszczędzając również Geraldine, bo to, co z siebie wypluła sprawiało, że nie potrafił już patrzeć na ich przeszłość w ten sam sposób co jeszcze kilka godzin temu.
Wszystko zostało zniszczone, zbrukane i zaprzepaszczone. Siła, która ich niegdyś łączyła teraz posłużyła wyłącznie ku temu, aby siać zniszczenie. Ich dom był ruiną. Ich przeszłość również nią była. To, co usłyszał i powiedział, nie chcąc przecież tak łatwo dawać jej mieć ostatnie słowo, było ciężkie i trudne do przełknięcia. Chyba nawet nie próbował tego robić.
Ich relacja całkowicie się zmieniła. Jeśli jeszcze jakaś jego głęboko ukryta część żywiła jakiekolwiek nadzieję co do odległej przyszłości, teraz Rina całkowicie je rozwiała. Rozmyła tym, co mu zarzuciła. Tym, że w niego nie wierzyła, że zawsze sądziła o nim coś, z czym nie chciał się zgodzić.
Miała dla niego znacznie. Tak właściwie przez cholernie długi czas wyłącznie ona się dla niego liczyła. Nie chciał tego kończyć. Nie w taki sposób jak to zrobił. Nie w żaden inny. Gdyby tylko to zależało od niego, tego świadomego i dorosłego niego, który budował sobie życie z ukochaną kobietą, marząc o wspólnym domu i rodzinie.
Ale tak nie było. Decydowała o tym zupełnie inna siła. Ta, o której nie chciał i nie zamierzał mówić. Tym bardziej, że wszystko i tak się rozpierdoliło. On to zniszczył, ona to dobiła. Ich resztki wspomnień runęły przykryte wyrzutami. Nawet jeśli zaczęli się uspokajać, ujawniona prawda nadal go paliła.
Starał się wyłącznie robić dobrą minę do złej gry. Mówił te wszystkie bezsensowne rzeczy. Rzucał słowa na wiatr a ona im przytakiwała. To było żałosne, desperackie, lecz przede wszystkim okrutne. Nie tak miała wyglądać ich przyszłość, nie w taki sposób mu się kiedyś jawiła. Teraz wyłącznie mógł patrzeć na swoją dziewczynę, która już nią przecież nie była.
- Tylko pamiętaj, że będziesz zmuszona być dla mnie miła. Nie kopie się leżącego - stwierdził z cieniem uśmiechu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co miał usłyszeć.
Jasne, jasne. Dlatego to zresztą powiedział, czyż nie? Poniekąd sama go do tego sprowokowała.
- Doskonale. Trzymam cię za słowo. Lepiej, żebyś faktycznie była przygotowywana - to nawet nie było mydlenie sobie wzajemnie oczu.
Nic z tego nie miało wyjść, jakakolwiek nie była ich przyszłość, nie była wspólna. Tak długa zresztą zapewne też nie była. Przynajmniej nie w jego przypadku. Nie miał co do tego złudzeń. W ostatnim czasie coraz bardziej się zapętlał, gubił, dążył ku samozagładzie a skoro jej już przy nim nie było to nie istniał nikt, kto mógłby go przed tym powstrzymać.
- Najlepsi, Miła - skinął głową, sięgając instynktownie, żeby mocniej ją objąć i przymykając oczy.
Ta chwila dużo go kosztowała. Może była słodka, ale nie był w stanie odsunąć od siebie również tej całej goryczy. Szczególnie, że ta przyszłość, o której mówili, nie istniała. Zamiast tego mogli zostać rodziną w zupełnie innym sensie. Ironia, która w tym tkwiła aż dosłownie zwalała z nóg.
- Co ty nie powiesz - uniósł brew, ironia aż od niego biła. - Poza tym właśnie tego się obawiam - stwierdził z przekąsem, choć chyba nie dobrał odpowiedniego określenia.
Nie bał się. Nie w tym standardowym sensie. Wiedział, że wbrew temu, co mówił w kłótni z Roselyn, w razie potrzeby wciąż postawiłby tego człowieka do pionu. Nie obawiał się konfrontacji, nawet jeśli miałby mieć do czynienia z kimś spaczonym, kto wyłącznie krył się pod płaszczykiem ministralnego elegancika.
Wkurwiał go czar tego człowieka. Świadomość, że nie było nikogo gorszego od czarującego młodego mężczyzny ze śliskimi intencjami. W końcu sam co nieco o tym wiedział z doświadczenia, nie? Nadal używał swojego uroku osobistego, choć po latach nie przychodziło mu to już tak chętnie. Raczej robił to od niechcenia.
Nie mówiąc już o tym, że ci z młodszego pokolenia raczej właśnie zaczynali podkreślać swój status i miejsce na salonach a jemu już nie chciało się aż tak bardzo bawić w podobne zagrywki. Jasne, stale podkreślał swoją pozycję w hierarchii, jednakże nie był desperatem.
Patrzył z góry na ludzi pokroju Borgina, raczej nie oceniając ich przez pryzmat sympatii wynikającej z tego, że w młodości (bo ostatnio czuł się coraz starzej) sam był do nich podobny. Raczej przez to czuł do nich narastającą niechęć, bo doskonale wiedział, co mieli w głowach. Jakie myśli i intencje nimi kierowały. A tego rodu po prostu szczerze nie cierpiał.
- Tym bardziej widzisz - rzucił spojrzenie w kierunku Geraldine, kręcąc głową i powracając wzrokiem w kierunku burzowego nieba.
To był naprawdę wspaniały spektakl, ale nie był w stanie rozproszyć wrażenia, że oboje aż za dobrze wiedzieli jak kończyły się podobne historie. Jak to mawiano? Ambroise czytał już tę książkę, był świadomy zakończenia i za cholerę mu się ono nie podobało. Nie musiał dodawać nic więcej. Nie potrzebował rozwijać swojej wypowiedzi. Rina też ją czytała. Takie sytuacje na ogół nie miały dobrego pokłosia.
Miał tak wyjebane na Borgina jak tylko mógł. Nie obchodziło go to czy był sensowny, czy miał dobre i właściwe założenia, czy pod otoczką czarusia kryło się cokolwiek więcej - człowiek a może maska człowieka. Nie chciał poznawać tego osobnika ani nie zamierzał wypytywać o niego Geraldine.
Natomiast zdecydowanie nie chciał, by Roselyn wiązała sobie z nim jakieś marzenia. Z kimkolwiek normalnym? Jasne. Tyle tylko, że Borginowie w oczach Ambroisa nigdy nie byli ludźmi godnymi zaufania. A już szczególnie nie w obliczu magicznej wojny, gdzie Roise był raczej pierwszy do wydania osądu, po której stronie się opowiadali. Nie zapewne. Dla niego to były realia. Prawda a nie założenia.
I nawet jeśli były tam jakieś jednostki warte pochwalenia, nie zamierzał odsiewać ziarna od plew. Nie zwykł dawać kredytu zaufania a młodsza siostra była jedną z ostatnich osób, jakie nadal miał w swoim życiu. Oczywiście, że chciał ją bronić.
Tak jak Geraldine ewidentnie broniła Astarotha. Choć raczej nie byłaby mu wdzięczna za to, co zrobił, aby ją w tym odciążyć. Kierowały nimi inne intencje, więc tak - zdecydowanie by nie była. Mimo że przecież niegdyś poniekąd lubił tego małego zwyrola. Wtedy, kiedy jeszcze Yaxleyem nie kierowała żądza krwi i był po prostu porywczym dzieciakiem. Kimś takim jak faktycznie Rina czy nawet on sam. W końcu byli do siebie podobni. Przynajmniej kiedyś.
Teraz to się zmieniło, jednakże ona nadal się dla niego liczyła, stąd pomagał jak mógł. Dla niej. Nie doceniłaby tego, więc milczał, nie posyłając jej żadnego konkretnego spojrzenia. Jego mina była neutralna, nawet wtedy, gdy mówiła o tych wszystkich trudnych chwilach.
- Żądza krwi to niezaprzeczalnie mocna siła - przytaknął jej poważnie, odruchowo głaszcząc dziewczynę po ramieniu.
Przecież wiedział, że robiła wszystko, co w jej mocy, żeby jakkolwiek zapanować nad sytuacją. Z pewnością się starała. Nie miał co do tego wątpliwości, jednak wszystko ostatecznie zależało od jej brata. Nie od niej. Ambroise miał nieodparte wrażenie, że Geraldine trochę za bardzo się za to wszystko winiła.
- On sam musi podjąć decyzję, żeby się pozbierać, Mouffette, to nie jest twoja odpowiedzialność ani tym bardziej twoja wina. Doppelganger to nie twoja wina - musiał jej to powiedzieć, tym razem wprost, całkiem dosadnie, wbijając w nią spojrzenie. - Już go nie ma i nie będzie. Cała reszta jakoś się rozwiąże - powiedział, starając się zachować spokojny ton głosu, miękki i przekonujący.
Naprawdę nie chciał psuć tego, co mieli. Nawet jeśli rozmawiali o niełatwych tematach. To była ich chwila. Zasłużyli na nią.
- Ależ i tak będę ci to wypominać, bo już pojawiła się ta sugestia. Mi to w zupełności wystarczy - stwierdził, rozkładając ręce zamiast dodawać coś w rodzaju przecież mnie znasz.
Oczywiście zauważył to, o czym mówiła. Dostrzegał używanie tego konkretnego czasu. To, że później kolejny raz przewinęło się przez ich rozmowę, ale tego nie wyciągał. Usiłował delektować się chwilą, gdy mogli ze sobą rozmawiać. Ta zmiana była miła, naprawdę go koiła. Potrzebował tego najpewniej równie mocno, co dziewczyna, więc chyba oboje świadomie pozwalali sobie pomijać ich prawdziwą przyszłość. Albo raczej brak przyszłości, przynajmniej wspólnej. Ta rana się nie goiła.
- Spełniałem się. Nadal się spełniam, ale w pewnym momencie przyświecał temu jeden cel, wiesz - słowo stabilizacja ugrzęzło mu w gardle a rodzina prawie do przydusiła; potrzebował przełknąć ślinę, milknąc na chwilę, choć ta chwila trwała chyba dłużej niż powinna. - Wkurwia mnie to - ale przecież wiedziała, nie?
Nienawidził bezsilności. Nie umiał sobie radzić z tym, że coraz więcej nie zależało od niego. Miał swoje wyobrażenia i w momencie, w którym one przestawały istnieć, zaczynał czuć się przytłoczony, coraz bardziej się irytując. Teraz nie było już nikogo, kto mógłby go przed tym powstrzymać. Nikt nie był go w stanie uspokoić czy pocieszyć. Wyłącznie ona to potrafiła.
A więc działał więcej. Intensywniej. Momentami powyżej granic możliwości, nadal podejmował czcze starania, ale miał wrażenie, że na próżno. Decyzja już została podjęta bez niego, tak? To wszystko to nigdy nie była szansa. Tylko kolejna ułuda. Coś, co sprawiło, że nie poszedł całkiem w prywatną praktykę, marchewka, która go trzymała. Tyle tylko, że czy on wyglądał na osła? Coraz bardziej się irytował. Ta sytuacja go wpieniała, nawet jeśli z zewnątrz tego nie pokazywał.
Nie ulżyło mu, gdy się tym podzielił. To nie była taka chwila, bo nie zamierzał w to głębiej wnikać. Zmienili temat. On sam to zrobił, żeby uniknąć dalszego drążenia w czymś, co go bolało, bo to też było elementem przyszłości, która nie nadeszła.
Spierdolił swój związek. Stracił szansę na rodzinę. Nie miał domu ani życia poza pracą. A praca robiła się coraz bardziej uciążliwa. Wojna i widma, całe to gówno również nic nie ułatwiało. Jego życie było równią pochyłą w dół a teraz jeszcze słysząc, co mówiła Geraldine, czuł się, jakby dawała mu w ryj. Nieważne, co robił, ona i tak mieszała się w sprawy, które mogły ją zniszczyć. Nawet nie próbowała go słuchać.
Powinien na nią warknąć, powinien nią potrząsnąć a jednak nadal po prostu ją do siebie przytulał. Jedynie ściskał jej rękę. Nerwowo, mocno. Dłonią zesztywniałą z zimna.
- Rina - chyba nie miał do tego innego komentarza niż kolejne zaskoczone wciągnięcie powietrza. Tyle tylko, że wcześniejsze co? zastąpiło jej imię.
Albo raczej to, do czego mimowolnie powrócił po tych kilku próbach dystansowania się od niej poprzez używanie jej pełnego imienia albo tamtego prześmiewczego Gerry, którego chyba (chyba na pewno) od niego nie lubiła, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że ją tym wkurwia.
- Nie jesteś nekromantką, Bruyère, a to, z czego czerpią to kurewsko niska energia, musisz na nie uważać - nie miał zamiaru się z nią o to kłócić, zresztą mogła to wyczuć w jego tonie i w sposobie, w jaki ją obejmował, bezwiednie znowu opierając policzek o jej głowę. - Cokolwiek zamierzasz, proszę, nie bądź w tym pochopna - nie mógł jej powstrzymać, zdawał sobie sprawę, nawet jeśli cholernie mu to teraz ciążyło, jednakże o to mógł ją prosić, prawda? - Widma to kwintesencja zła - nie chciał jej stracić, ale wiedział, że cokolwiek sobie założyła, nie miała posłuchać upomnienia.
Nie radził sobie z tym. Również z tym. Kolejną rzecz do sterty gówna.
Nawet nie zauważył, kiedy przyzwyczajenia wzięły górę i wróciła Rina, wróciły też te wszystkie urocze, małe słówka, którymi ją określał przez lata, choć teoretycznie już nie powinien mieć do nich prawa. Ale je sobie nadawał?
- Wiem, że ewoluują. Robią rzeczy, które powinny być fizycznie niemożliwe. Łamią wszystkie prawa i nie mam tu na myśli ludzkich praw, wiesz sama - zacisnął usta w wąską linię, starając się jakoś przełknąć wszystko, co mu właśnie mówiła, ale miał z tym trudność.
Nawet nie zamierzał udawać, że go tym wszystkim nie poruszyła. To, co miała do powiedzenia nie tyle go wkurwiło, nie był wkurwiony, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zaniepokoił. Nie. Nie zaniepokoił.
On się kurwa bał. W dalszym ciągu. Od tamtej nocy w Kniei. On się kurewsko bał, nie mogąc nic poradzić na to, że mimowolnie zadygotał czując wspomnienie tamtego przejmującego zimna, które nadal gdzieś tam trawiło go od środka. Mimo upływu czasu nigdy do końca nie zniknęło.
- Nic przyjemnego to niedopowiedzenia. To jest naprawdę mroczna siła - poprawił ją bez wahania.
Nie zamierzał się kłócić. Nie czuł potrzeby poprawiania tego, co mówiła a jedynie dania jej do zrozumienia, że cokolwiek robiła to było ponad nią. To była naprawdę ciemna, żrąca i paskudna siła. Nie chciał, aby się w to mieszała. Nie chciał, żeby to robiła. Wiedział, że wiedziała. Wiedział, że zamierzała to robić. Czuł się bezsilny.
I rozgoryczony. Naprawdę cholernie rozgoryczony. Nawet tym, co mu mówiła.
- Jasne - odpowiedział cicho, nie zamierzając mówić jej jak bardzo się tutaj myliła.
Ich poglądy niegdyś były naprawdę bliskie. Ba. Nawet w ich kłótni wyszło, że były niemal identyczne w wielu sferach, jednak teraz to uległo zmianie. On się zmienił, ona się zmieniła, ale chyba nie w tym samym kierunku. Raczej nie sądził, by tak było. Miał nadzieję, że nie. Że cokolwiek robiła, nie kierowała nimi ta sama siła. Geraldine zawsze była lepsza. Jego lepsza połowa, nawet jeśli równie zacięta i uparta.
- Nie masz do tego cierpliwości. Poskładałoby cię z wkurwienia - pokręcił głową, kwitując to parsknięciem bez jakiejkolwiek wiary w to, że mogłaby być dobrą szukającą.
Może była wyśmienitą łowczynią. W to nie wątpił, przecież sam wielokrotnie widział jej poczynania, jednakże w kwestii opanowania byli do siebie zbyt podobni. Z niego też byłby naprawdę chujowy szukający. To była rola wymagająca skupienia, latania w kółko, niezbyt wielu siłowych interakcji czy gry w zespole. Indywidualistyczna, ale nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Przynajmniej nie dla osób takich jak oni. No, tak jak mówił - poskładałoby ją z wkurwienia.
Na tyle jeszcze ufał w to, że się nie zmienili. Nie aż tak mocno. Pewne elementy musiały pozostać. Chciał wierzyć, że tu jeszcze nadal mogli dojść do porozumienia. Znał ją, chociaż coraz mniej.
- Nie będę cię oceniać - dopowiedział, choć to też przecież wiedziała, mogła być tego pewna, nie musiał się bawić w głębokie zapewnienia. - Ani pytać. Po prostu daj mi znać - nie wbił w nią spojrzenia, bo podświadomie wiedział, co by tam zobaczył.
Rozmawiali ze sobą tak, jakby nadal wiele ich łączyło. Zupełnie, jakby tamta kłótnia nie miała miejsca. Ani lata rozłąki, ani mentalna zdrada, decyzje o porzuceniu tego, co mieli. W tej chwili zachowywali się inaczej. Czy racjonalnie? Chyba nie chciał tego analizować. Nie, póki tu siedzieli razem. Miał to zostawić na moment osamotnienia.
Zresztą w tej chwili mógłby kwestionować czy to, co teraz robili miało jakikolwiek związek z ich niedawną awanturą. Piaskownica zatrzęsła się w posadach. Całkowicie zniszczyli piękne wspomnienia. Jako kochankowie, partnerzy, para stracili do siebie zaufanie. Tego nie dało się nie dostrzec.
Więc chyba nie jako oni tu teraz siedzieli. Na pewno nie. W tej chwili był jej przyjacielem, ona była jego przyjaciółką. Zupełnie tak, jakby nigdy nie podjęli decyzji o przeniesieniu tej relacji na wyższy, bardziej intymny poziom. Tak, jakby potrafili w dalszym ciągu ze sobą rozmawiać i wymieniać nawet najtrudniejsze doświadczenia, bo nic z tego, co miało miejsce przed chwilą się nie wydarzyło.
Tyle tylko, że to też były złudzenia. Nie byliby w stanie wytrzymać tego, co się między nimi działo pod koniec maja wiele lat temu. W tamtym momencie nie mieli większego wyboru. Mogli pójść za pragnieniami, głosami serca i ciała albo spróbować wziąć się na dystans. Nie żałował wyboru, szczególnie, że jego uczucia były odwzajemnione. Podjęli najlepszą możliwą decyzję, nawet jeśli magia zniknęła.
Nie mogli wrócić do tamtego okresu. Nawet jeśli teraz jeszcze czuł, że odzyskał bliskość kogoś kto był dla niego istotny, Geraldine nie miała być jego przyjaciółką. Nie tylko nią. Nie, gdy była miłością jego życia. To był układ wiązany. Dwa w jednym. Przyjaźń również się skończyła. Miała być stracona. Kiedy? W świetle kolejnego dnia?
- A więc sojusznik - kiwnął głową, uśmiechając się nieznacznie wyłącznie po to, żeby nie wyglądać jak ktoś, komu te słowa wcale nie przychodziły łatwo. - Kto jak kto, ale ty byś tego nie nadużywała. Tutaj nie ma wątpliwości - przecież miała tę możliwość, ale celowo tego nie robiła.
Unikała kontaktów. Zresztą czy jakoś specjalnie się temu dziwił? Nie, nie mógł tak powiedzieć, nawet jeśli w kłótni wyrzucił jej coś zupełnie przeciwnego. Wtedy naskoczył na nią, że do niego nie przyszła, choć powinna. W dalszym ciągu nie rozumiał tego do samego końca, jednakże wiedział, czym się kierowała.
Trudno było rozmawiać z kimś, z kim kiedyś budowało się przyszłość. Jeszcze trudniej było odsunąć dawne marzenia i uznać tę osobę za kogoś neutralnego. Za sojusznika, o którym mówili. Kiedy używał tego słowa, instynktownie unikał głębszego myślenia o ich wydźwięku. To było zbyt tragiczne, za bardzo go przytłaczało.
Nie sądził, żeby to miało ulec zmianie. Czy to w najbliższym czasie, czy to w perspektywie lat. Nawet na dłuższą metę ta świadomość miała przynosić głównie gorycz, bo przecież nigdy nie zakładał czegoś podobnego. Nie przewidział tego, że przyjdzie im przyjąć rolę tak inną od tej, do której się mentalnie przygotowywał. Spędził miesiące sądząc, że to, co ich łączyło rzeczywiście ulegnie zmianie, lecz z pewnością nie takiej.
Mogli tego nie mówić. Mógł sam wyjść z tym określeniem. Mógł teraz skinąć głową i obdarzyć ją uniesieniem warg imitującym uśmiech, ale to była degradacja. Całkowite zaprzeczenie tego, czego mógłby chcieć w głębi serca. Tego, czego potrzebował bardziej niż chciałby przyznać. Czy to przed nią, czy to przed sobą. To nie było istotne. Chodziło o sam fakt a rzeczywistość piekła i paliła od środka.
Nie chciał być jej przyjacielem. Nie widział Geraldine w roli swojej przyjaciółki, abstrahując od tego, że to nigdy nie grało. Nie wyobrażał sobie być gdzieś tuż obok ze świadomością, że byli w swoich życiach, ale na koniec dnia każde miało swoje zobowiązania. Również wobec innych ludzi. To nie byłoby dobre.
Nie widział więc innego rozwiązania niż odsunięcie się i zachowywanie dystansu. Przynajmniej złudnego, bo wzajemna świadomość istnienia tej drugiej osoby dosłownie na wyciągnięcie ręki miała być trudna. Przynajmniej dla Ambroisa. Już była. Aczkolwiek nie widział innej opcji, naprawdę, choćby do momentu, gdy coś uległoby zmianie. Wtedy mógłby zrobić to, o czym już wielokrotnie myślał, jednak nie zamierzał psuć tej chwili podobnymi deklaracjami.
Odsunąć się zupełnie. Szczególnie, jeśli Roselyn rzeczywiście zamierzała wyjść za Borgina. Knieja byłaby spokojna. Mung go nie potrzebował, wbrew zapewnieniom i sugestiom zarządu mydlącego oczy Greengrassa. Ziemia była rozległa, na pewno mógł sobie znaleźć jakieś odległe miejsce.
Może na wzór Thomasa? Choć Figga przecież też zawiódł. Zawodził każdego po kolei, więc kwestia odcięcia się do końca wcale nie wydawała się taka zła. Normalnie nawet by o tym nie myślał. Miał w zwyczaju walczyć, nie uciekać. Przynajmniej przez większość czasu, bo tuż obok niego przecież siedział żywy dowód na to, że decyzja o spierdoleniu już raz padła.
Natomiast był zmęczony. Coraz bardziej cholernie wyczerpany. Nawet poprzednia noc stanowczo zbyt głęboko w niego uderzyła. Poruszyła w nim struny, które nie powinny zostać dotknięte. Czuł jak kolejny raz zatrzęsła się pod nim ziemia i to nie był koniec. Nie musiał być jasnowidzem. Wystarczyły ostatnie doświadczenia, aby widzieć, że wszystko coraz bardziej się pieprzyło. A on był wyczerpany. Po prostu wykończony.
- Nie zawsze - zauważył, starał się nadać swoim słowom lekki ton, nutę rozbawienia, ale rzeczywistość wcale taka nie była. - Raczej nie sądzę, że postanowiłaś zmienić stare przyzwyczajenia. Nie będę adresować listów do lasu, nie? - Nie, nie zamierzał.
Teraz już nie musiała się przed nim z czegokolwiek spowiadać. Zresztą nigdy tego od niej nie wymagał. To znaczy - tak, bez wątpienia chciał wiedzieć, gdzie była i co robiła w ramach swojej bądź co bądź ryzykownej pracy, ale to była raczej nieoficjalna umowa. Transakcja wiązana. On ją informował, ona mu mówiła i to działało. Teraz już nie mógł tego od niej wymagać, szczególnie jeśli to miała być wyłącznie okazjonalnie wyciągnięta ręką. Nic więcej. Nie zamierzali utrzymywać relacji.
- Zresztą zbliża się jesień, nie? Stare przyzwyczajenia? - Nawet samym brzmieniem głosu dawał do zrozumienia, że odpowiedź nie była konieczna.
Mimo to chyba był po prostu ciekawy tego jak to teraz u niej wygląda. Czy wróciła do wyjazdów z kraju na okoliczność chłodniejszych, śnieżnych miesięcy? Tak jak on wrócił do spędzania większości życia w pracy, zagrzebując się w kolejne przypadki i do domu wracając raczej od niechcenia?
Nie tak miała wyglądać ich przyszłość. Marzenia diametralnie rozminęły się z rzeczywistością. Zresztą nic dziwnego, skoro to zawsze były wyłącznie marzenia. Może, gdyby rzeczywistość wyglądała inaczej, ewoluowałyby w plany, którymi je nazywali, ale teraz już nie było na to szansy. To były tylko złudzenia, które miały rozmyć się wraz z ustąpieniem pierwszego deszczu września.
- Exumai - odezwał się cicho, niemalże bezgłośnie, wzdychając przy tym ciężko. - To ich nie powstrzyma, ale może da ci szansę wyjścia z sytuacji. Nie walcz z nimi sama - mogła go posłuchać, nie musiała.
Aż nazbyt dobrze to wiedział, wbijając wzrok w horyzont. Tym razem już nawet nie próbował się uśmiechać.
Wszystko zostało zniszczone, zbrukane i zaprzepaszczone. Siła, która ich niegdyś łączyła teraz posłużyła wyłącznie ku temu, aby siać zniszczenie. Ich dom był ruiną. Ich przeszłość również nią była. To, co usłyszał i powiedział, nie chcąc przecież tak łatwo dawać jej mieć ostatnie słowo, było ciężkie i trudne do przełknięcia. Chyba nawet nie próbował tego robić.
Ich relacja całkowicie się zmieniła. Jeśli jeszcze jakaś jego głęboko ukryta część żywiła jakiekolwiek nadzieję co do odległej przyszłości, teraz Rina całkowicie je rozwiała. Rozmyła tym, co mu zarzuciła. Tym, że w niego nie wierzyła, że zawsze sądziła o nim coś, z czym nie chciał się zgodzić.
Miała dla niego znacznie. Tak właściwie przez cholernie długi czas wyłącznie ona się dla niego liczyła. Nie chciał tego kończyć. Nie w taki sposób jak to zrobił. Nie w żaden inny. Gdyby tylko to zależało od niego, tego świadomego i dorosłego niego, który budował sobie życie z ukochaną kobietą, marząc o wspólnym domu i rodzinie.
Ale tak nie było. Decydowała o tym zupełnie inna siła. Ta, o której nie chciał i nie zamierzał mówić. Tym bardziej, że wszystko i tak się rozpierdoliło. On to zniszczył, ona to dobiła. Ich resztki wspomnień runęły przykryte wyrzutami. Nawet jeśli zaczęli się uspokajać, ujawniona prawda nadal go paliła.
Starał się wyłącznie robić dobrą minę do złej gry. Mówił te wszystkie bezsensowne rzeczy. Rzucał słowa na wiatr a ona im przytakiwała. To było żałosne, desperackie, lecz przede wszystkim okrutne. Nie tak miała wyglądać ich przyszłość, nie w taki sposób mu się kiedyś jawiła. Teraz wyłącznie mógł patrzeć na swoją dziewczynę, która już nią przecież nie była.
- Tylko pamiętaj, że będziesz zmuszona być dla mnie miła. Nie kopie się leżącego - stwierdził z cieniem uśmiechu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co miał usłyszeć.
Jasne, jasne. Dlatego to zresztą powiedział, czyż nie? Poniekąd sama go do tego sprowokowała.
- Doskonale. Trzymam cię za słowo. Lepiej, żebyś faktycznie była przygotowywana - to nawet nie było mydlenie sobie wzajemnie oczu.
Nic z tego nie miało wyjść, jakakolwiek nie była ich przyszłość, nie była wspólna. Tak długa zresztą zapewne też nie była. Przynajmniej nie w jego przypadku. Nie miał co do tego złudzeń. W ostatnim czasie coraz bardziej się zapętlał, gubił, dążył ku samozagładzie a skoro jej już przy nim nie było to nie istniał nikt, kto mógłby go przed tym powstrzymać.
- Najlepsi, Miła - skinął głową, sięgając instynktownie, żeby mocniej ją objąć i przymykając oczy.
Ta chwila dużo go kosztowała. Może była słodka, ale nie był w stanie odsunąć od siebie również tej całej goryczy. Szczególnie, że ta przyszłość, o której mówili, nie istniała. Zamiast tego mogli zostać rodziną w zupełnie innym sensie. Ironia, która w tym tkwiła aż dosłownie zwalała z nóg.
- Co ty nie powiesz - uniósł brew, ironia aż od niego biła. - Poza tym właśnie tego się obawiam - stwierdził z przekąsem, choć chyba nie dobrał odpowiedniego określenia.
Nie bał się. Nie w tym standardowym sensie. Wiedział, że wbrew temu, co mówił w kłótni z Roselyn, w razie potrzeby wciąż postawiłby tego człowieka do pionu. Nie obawiał się konfrontacji, nawet jeśli miałby mieć do czynienia z kimś spaczonym, kto wyłącznie krył się pod płaszczykiem ministralnego elegancika.
Wkurwiał go czar tego człowieka. Świadomość, że nie było nikogo gorszego od czarującego młodego mężczyzny ze śliskimi intencjami. W końcu sam co nieco o tym wiedział z doświadczenia, nie? Nadal używał swojego uroku osobistego, choć po latach nie przychodziło mu to już tak chętnie. Raczej robił to od niechcenia.
Nie mówiąc już o tym, że ci z młodszego pokolenia raczej właśnie zaczynali podkreślać swój status i miejsce na salonach a jemu już nie chciało się aż tak bardzo bawić w podobne zagrywki. Jasne, stale podkreślał swoją pozycję w hierarchii, jednakże nie był desperatem.
Patrzył z góry na ludzi pokroju Borgina, raczej nie oceniając ich przez pryzmat sympatii wynikającej z tego, że w młodości (bo ostatnio czuł się coraz starzej) sam był do nich podobny. Raczej przez to czuł do nich narastającą niechęć, bo doskonale wiedział, co mieli w głowach. Jakie myśli i intencje nimi kierowały. A tego rodu po prostu szczerze nie cierpiał.
- Tym bardziej widzisz - rzucił spojrzenie w kierunku Geraldine, kręcąc głową i powracając wzrokiem w kierunku burzowego nieba.
To był naprawdę wspaniały spektakl, ale nie był w stanie rozproszyć wrażenia, że oboje aż za dobrze wiedzieli jak kończyły się podobne historie. Jak to mawiano? Ambroise czytał już tę książkę, był świadomy zakończenia i za cholerę mu się ono nie podobało. Nie musiał dodawać nic więcej. Nie potrzebował rozwijać swojej wypowiedzi. Rina też ją czytała. Takie sytuacje na ogół nie miały dobrego pokłosia.
Miał tak wyjebane na Borgina jak tylko mógł. Nie obchodziło go to czy był sensowny, czy miał dobre i właściwe założenia, czy pod otoczką czarusia kryło się cokolwiek więcej - człowiek a może maska człowieka. Nie chciał poznawać tego osobnika ani nie zamierzał wypytywać o niego Geraldine.
Natomiast zdecydowanie nie chciał, by Roselyn wiązała sobie z nim jakieś marzenia. Z kimkolwiek normalnym? Jasne. Tyle tylko, że Borginowie w oczach Ambroisa nigdy nie byli ludźmi godnymi zaufania. A już szczególnie nie w obliczu magicznej wojny, gdzie Roise był raczej pierwszy do wydania osądu, po której stronie się opowiadali. Nie zapewne. Dla niego to były realia. Prawda a nie założenia.
I nawet jeśli były tam jakieś jednostki warte pochwalenia, nie zamierzał odsiewać ziarna od plew. Nie zwykł dawać kredytu zaufania a młodsza siostra była jedną z ostatnich osób, jakie nadal miał w swoim życiu. Oczywiście, że chciał ją bronić.
Tak jak Geraldine ewidentnie broniła Astarotha. Choć raczej nie byłaby mu wdzięczna za to, co zrobił, aby ją w tym odciążyć. Kierowały nimi inne intencje, więc tak - zdecydowanie by nie była. Mimo że przecież niegdyś poniekąd lubił tego małego zwyrola. Wtedy, kiedy jeszcze Yaxleyem nie kierowała żądza krwi i był po prostu porywczym dzieciakiem. Kimś takim jak faktycznie Rina czy nawet on sam. W końcu byli do siebie podobni. Przynajmniej kiedyś.
Teraz to się zmieniło, jednakże ona nadal się dla niego liczyła, stąd pomagał jak mógł. Dla niej. Nie doceniłaby tego, więc milczał, nie posyłając jej żadnego konkretnego spojrzenia. Jego mina była neutralna, nawet wtedy, gdy mówiła o tych wszystkich trudnych chwilach.
- Żądza krwi to niezaprzeczalnie mocna siła - przytaknął jej poważnie, odruchowo głaszcząc dziewczynę po ramieniu.
Przecież wiedział, że robiła wszystko, co w jej mocy, żeby jakkolwiek zapanować nad sytuacją. Z pewnością się starała. Nie miał co do tego wątpliwości, jednak wszystko ostatecznie zależało od jej brata. Nie od niej. Ambroise miał nieodparte wrażenie, że Geraldine trochę za bardzo się za to wszystko winiła.
- On sam musi podjąć decyzję, żeby się pozbierać, Mouffette, to nie jest twoja odpowiedzialność ani tym bardziej twoja wina. Doppelganger to nie twoja wina - musiał jej to powiedzieć, tym razem wprost, całkiem dosadnie, wbijając w nią spojrzenie. - Już go nie ma i nie będzie. Cała reszta jakoś się rozwiąże - powiedział, starając się zachować spokojny ton głosu, miękki i przekonujący.
Naprawdę nie chciał psuć tego, co mieli. Nawet jeśli rozmawiali o niełatwych tematach. To była ich chwila. Zasłużyli na nią.
- Ależ i tak będę ci to wypominać, bo już pojawiła się ta sugestia. Mi to w zupełności wystarczy - stwierdził, rozkładając ręce zamiast dodawać coś w rodzaju przecież mnie znasz.
Oczywiście zauważył to, o czym mówiła. Dostrzegał używanie tego konkretnego czasu. To, że później kolejny raz przewinęło się przez ich rozmowę, ale tego nie wyciągał. Usiłował delektować się chwilą, gdy mogli ze sobą rozmawiać. Ta zmiana była miła, naprawdę go koiła. Potrzebował tego najpewniej równie mocno, co dziewczyna, więc chyba oboje świadomie pozwalali sobie pomijać ich prawdziwą przyszłość. Albo raczej brak przyszłości, przynajmniej wspólnej. Ta rana się nie goiła.
- Spełniałem się. Nadal się spełniam, ale w pewnym momencie przyświecał temu jeden cel, wiesz - słowo stabilizacja ugrzęzło mu w gardle a rodzina prawie do przydusiła; potrzebował przełknąć ślinę, milknąc na chwilę, choć ta chwila trwała chyba dłużej niż powinna. - Wkurwia mnie to - ale przecież wiedziała, nie?
Nienawidził bezsilności. Nie umiał sobie radzić z tym, że coraz więcej nie zależało od niego. Miał swoje wyobrażenia i w momencie, w którym one przestawały istnieć, zaczynał czuć się przytłoczony, coraz bardziej się irytując. Teraz nie było już nikogo, kto mógłby go przed tym powstrzymać. Nikt nie był go w stanie uspokoić czy pocieszyć. Wyłącznie ona to potrafiła.
A więc działał więcej. Intensywniej. Momentami powyżej granic możliwości, nadal podejmował czcze starania, ale miał wrażenie, że na próżno. Decyzja już została podjęta bez niego, tak? To wszystko to nigdy nie była szansa. Tylko kolejna ułuda. Coś, co sprawiło, że nie poszedł całkiem w prywatną praktykę, marchewka, która go trzymała. Tyle tylko, że czy on wyglądał na osła? Coraz bardziej się irytował. Ta sytuacja go wpieniała, nawet jeśli z zewnątrz tego nie pokazywał.
Nie ulżyło mu, gdy się tym podzielił. To nie była taka chwila, bo nie zamierzał w to głębiej wnikać. Zmienili temat. On sam to zrobił, żeby uniknąć dalszego drążenia w czymś, co go bolało, bo to też było elementem przyszłości, która nie nadeszła.
Spierdolił swój związek. Stracił szansę na rodzinę. Nie miał domu ani życia poza pracą. A praca robiła się coraz bardziej uciążliwa. Wojna i widma, całe to gówno również nic nie ułatwiało. Jego życie było równią pochyłą w dół a teraz jeszcze słysząc, co mówiła Geraldine, czuł się, jakby dawała mu w ryj. Nieważne, co robił, ona i tak mieszała się w sprawy, które mogły ją zniszczyć. Nawet nie próbowała go słuchać.
Powinien na nią warknąć, powinien nią potrząsnąć a jednak nadal po prostu ją do siebie przytulał. Jedynie ściskał jej rękę. Nerwowo, mocno. Dłonią zesztywniałą z zimna.
- Rina - chyba nie miał do tego innego komentarza niż kolejne zaskoczone wciągnięcie powietrza. Tyle tylko, że wcześniejsze co? zastąpiło jej imię.
Albo raczej to, do czego mimowolnie powrócił po tych kilku próbach dystansowania się od niej poprzez używanie jej pełnego imienia albo tamtego prześmiewczego Gerry, którego chyba (chyba na pewno) od niego nie lubiła, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że ją tym wkurwia.
- Nie jesteś nekromantką, Bruyère, a to, z czego czerpią to kurewsko niska energia, musisz na nie uważać - nie miał zamiaru się z nią o to kłócić, zresztą mogła to wyczuć w jego tonie i w sposobie, w jaki ją obejmował, bezwiednie znowu opierając policzek o jej głowę. - Cokolwiek zamierzasz, proszę, nie bądź w tym pochopna - nie mógł jej powstrzymać, zdawał sobie sprawę, nawet jeśli cholernie mu to teraz ciążyło, jednakże o to mógł ją prosić, prawda? - Widma to kwintesencja zła - nie chciał jej stracić, ale wiedział, że cokolwiek sobie założyła, nie miała posłuchać upomnienia.
Nie radził sobie z tym. Również z tym. Kolejną rzecz do sterty gówna.
Nawet nie zauważył, kiedy przyzwyczajenia wzięły górę i wróciła Rina, wróciły też te wszystkie urocze, małe słówka, którymi ją określał przez lata, choć teoretycznie już nie powinien mieć do nich prawa. Ale je sobie nadawał?
- Wiem, że ewoluują. Robią rzeczy, które powinny być fizycznie niemożliwe. Łamią wszystkie prawa i nie mam tu na myśli ludzkich praw, wiesz sama - zacisnął usta w wąską linię, starając się jakoś przełknąć wszystko, co mu właśnie mówiła, ale miał z tym trudność.
Nawet nie zamierzał udawać, że go tym wszystkim nie poruszyła. To, co miała do powiedzenia nie tyle go wkurwiło, nie był wkurwiony, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zaniepokoił. Nie. Nie zaniepokoił.
On się kurwa bał. W dalszym ciągu. Od tamtej nocy w Kniei. On się kurewsko bał, nie mogąc nic poradzić na to, że mimowolnie zadygotał czując wspomnienie tamtego przejmującego zimna, które nadal gdzieś tam trawiło go od środka. Mimo upływu czasu nigdy do końca nie zniknęło.
- Nic przyjemnego to niedopowiedzenia. To jest naprawdę mroczna siła - poprawił ją bez wahania.
Nie zamierzał się kłócić. Nie czuł potrzeby poprawiania tego, co mówiła a jedynie dania jej do zrozumienia, że cokolwiek robiła to było ponad nią. To była naprawdę ciemna, żrąca i paskudna siła. Nie chciał, aby się w to mieszała. Nie chciał, żeby to robiła. Wiedział, że wiedziała. Wiedział, że zamierzała to robić. Czuł się bezsilny.
I rozgoryczony. Naprawdę cholernie rozgoryczony. Nawet tym, co mu mówiła.
- Jasne - odpowiedział cicho, nie zamierzając mówić jej jak bardzo się tutaj myliła.
Ich poglądy niegdyś były naprawdę bliskie. Ba. Nawet w ich kłótni wyszło, że były niemal identyczne w wielu sferach, jednak teraz to uległo zmianie. On się zmienił, ona się zmieniła, ale chyba nie w tym samym kierunku. Raczej nie sądził, by tak było. Miał nadzieję, że nie. Że cokolwiek robiła, nie kierowała nimi ta sama siła. Geraldine zawsze była lepsza. Jego lepsza połowa, nawet jeśli równie zacięta i uparta.
- Nie masz do tego cierpliwości. Poskładałoby cię z wkurwienia - pokręcił głową, kwitując to parsknięciem bez jakiejkolwiek wiary w to, że mogłaby być dobrą szukającą.
Może była wyśmienitą łowczynią. W to nie wątpił, przecież sam wielokrotnie widział jej poczynania, jednakże w kwestii opanowania byli do siebie zbyt podobni. Z niego też byłby naprawdę chujowy szukający. To była rola wymagająca skupienia, latania w kółko, niezbyt wielu siłowych interakcji czy gry w zespole. Indywidualistyczna, ale nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Przynajmniej nie dla osób takich jak oni. No, tak jak mówił - poskładałoby ją z wkurwienia.
Na tyle jeszcze ufał w to, że się nie zmienili. Nie aż tak mocno. Pewne elementy musiały pozostać. Chciał wierzyć, że tu jeszcze nadal mogli dojść do porozumienia. Znał ją, chociaż coraz mniej.
- Nie będę cię oceniać - dopowiedział, choć to też przecież wiedziała, mogła być tego pewna, nie musiał się bawić w głębokie zapewnienia. - Ani pytać. Po prostu daj mi znać - nie wbił w nią spojrzenia, bo podświadomie wiedział, co by tam zobaczył.
Rozmawiali ze sobą tak, jakby nadal wiele ich łączyło. Zupełnie, jakby tamta kłótnia nie miała miejsca. Ani lata rozłąki, ani mentalna zdrada, decyzje o porzuceniu tego, co mieli. W tej chwili zachowywali się inaczej. Czy racjonalnie? Chyba nie chciał tego analizować. Nie, póki tu siedzieli razem. Miał to zostawić na moment osamotnienia.
Zresztą w tej chwili mógłby kwestionować czy to, co teraz robili miało jakikolwiek związek z ich niedawną awanturą. Piaskownica zatrzęsła się w posadach. Całkowicie zniszczyli piękne wspomnienia. Jako kochankowie, partnerzy, para stracili do siebie zaufanie. Tego nie dało się nie dostrzec.
Więc chyba nie jako oni tu teraz siedzieli. Na pewno nie. W tej chwili był jej przyjacielem, ona była jego przyjaciółką. Zupełnie tak, jakby nigdy nie podjęli decyzji o przeniesieniu tej relacji na wyższy, bardziej intymny poziom. Tak, jakby potrafili w dalszym ciągu ze sobą rozmawiać i wymieniać nawet najtrudniejsze doświadczenia, bo nic z tego, co miało miejsce przed chwilą się nie wydarzyło.
Tyle tylko, że to też były złudzenia. Nie byliby w stanie wytrzymać tego, co się między nimi działo pod koniec maja wiele lat temu. W tamtym momencie nie mieli większego wyboru. Mogli pójść za pragnieniami, głosami serca i ciała albo spróbować wziąć się na dystans. Nie żałował wyboru, szczególnie, że jego uczucia były odwzajemnione. Podjęli najlepszą możliwą decyzję, nawet jeśli magia zniknęła.
Nie mogli wrócić do tamtego okresu. Nawet jeśli teraz jeszcze czuł, że odzyskał bliskość kogoś kto był dla niego istotny, Geraldine nie miała być jego przyjaciółką. Nie tylko nią. Nie, gdy była miłością jego życia. To był układ wiązany. Dwa w jednym. Przyjaźń również się skończyła. Miała być stracona. Kiedy? W świetle kolejnego dnia?
- A więc sojusznik - kiwnął głową, uśmiechając się nieznacznie wyłącznie po to, żeby nie wyglądać jak ktoś, komu te słowa wcale nie przychodziły łatwo. - Kto jak kto, ale ty byś tego nie nadużywała. Tutaj nie ma wątpliwości - przecież miała tę możliwość, ale celowo tego nie robiła.
Unikała kontaktów. Zresztą czy jakoś specjalnie się temu dziwił? Nie, nie mógł tak powiedzieć, nawet jeśli w kłótni wyrzucił jej coś zupełnie przeciwnego. Wtedy naskoczył na nią, że do niego nie przyszła, choć powinna. W dalszym ciągu nie rozumiał tego do samego końca, jednakże wiedział, czym się kierowała.
Trudno było rozmawiać z kimś, z kim kiedyś budowało się przyszłość. Jeszcze trudniej było odsunąć dawne marzenia i uznać tę osobę za kogoś neutralnego. Za sojusznika, o którym mówili. Kiedy używał tego słowa, instynktownie unikał głębszego myślenia o ich wydźwięku. To było zbyt tragiczne, za bardzo go przytłaczało.
Nie sądził, żeby to miało ulec zmianie. Czy to w najbliższym czasie, czy to w perspektywie lat. Nawet na dłuższą metę ta świadomość miała przynosić głównie gorycz, bo przecież nigdy nie zakładał czegoś podobnego. Nie przewidział tego, że przyjdzie im przyjąć rolę tak inną od tej, do której się mentalnie przygotowywał. Spędził miesiące sądząc, że to, co ich łączyło rzeczywiście ulegnie zmianie, lecz z pewnością nie takiej.
Mogli tego nie mówić. Mógł sam wyjść z tym określeniem. Mógł teraz skinąć głową i obdarzyć ją uniesieniem warg imitującym uśmiech, ale to była degradacja. Całkowite zaprzeczenie tego, czego mógłby chcieć w głębi serca. Tego, czego potrzebował bardziej niż chciałby przyznać. Czy to przed nią, czy to przed sobą. To nie było istotne. Chodziło o sam fakt a rzeczywistość piekła i paliła od środka.
Nie chciał być jej przyjacielem. Nie widział Geraldine w roli swojej przyjaciółki, abstrahując od tego, że to nigdy nie grało. Nie wyobrażał sobie być gdzieś tuż obok ze świadomością, że byli w swoich życiach, ale na koniec dnia każde miało swoje zobowiązania. Również wobec innych ludzi. To nie byłoby dobre.
Nie widział więc innego rozwiązania niż odsunięcie się i zachowywanie dystansu. Przynajmniej złudnego, bo wzajemna świadomość istnienia tej drugiej osoby dosłownie na wyciągnięcie ręki miała być trudna. Przynajmniej dla Ambroisa. Już była. Aczkolwiek nie widział innej opcji, naprawdę, choćby do momentu, gdy coś uległoby zmianie. Wtedy mógłby zrobić to, o czym już wielokrotnie myślał, jednak nie zamierzał psuć tej chwili podobnymi deklaracjami.
Odsunąć się zupełnie. Szczególnie, jeśli Roselyn rzeczywiście zamierzała wyjść za Borgina. Knieja byłaby spokojna. Mung go nie potrzebował, wbrew zapewnieniom i sugestiom zarządu mydlącego oczy Greengrassa. Ziemia była rozległa, na pewno mógł sobie znaleźć jakieś odległe miejsce.
Może na wzór Thomasa? Choć Figga przecież też zawiódł. Zawodził każdego po kolei, więc kwestia odcięcia się do końca wcale nie wydawała się taka zła. Normalnie nawet by o tym nie myślał. Miał w zwyczaju walczyć, nie uciekać. Przynajmniej przez większość czasu, bo tuż obok niego przecież siedział żywy dowód na to, że decyzja o spierdoleniu już raz padła.
Natomiast był zmęczony. Coraz bardziej cholernie wyczerpany. Nawet poprzednia noc stanowczo zbyt głęboko w niego uderzyła. Poruszyła w nim struny, które nie powinny zostać dotknięte. Czuł jak kolejny raz zatrzęsła się pod nim ziemia i to nie był koniec. Nie musiał być jasnowidzem. Wystarczyły ostatnie doświadczenia, aby widzieć, że wszystko coraz bardziej się pieprzyło. A on był wyczerpany. Po prostu wykończony.
- Nie zawsze - zauważył, starał się nadać swoim słowom lekki ton, nutę rozbawienia, ale rzeczywistość wcale taka nie była. - Raczej nie sądzę, że postanowiłaś zmienić stare przyzwyczajenia. Nie będę adresować listów do lasu, nie? - Nie, nie zamierzał.
Teraz już nie musiała się przed nim z czegokolwiek spowiadać. Zresztą nigdy tego od niej nie wymagał. To znaczy - tak, bez wątpienia chciał wiedzieć, gdzie była i co robiła w ramach swojej bądź co bądź ryzykownej pracy, ale to była raczej nieoficjalna umowa. Transakcja wiązana. On ją informował, ona mu mówiła i to działało. Teraz już nie mógł tego od niej wymagać, szczególnie jeśli to miała być wyłącznie okazjonalnie wyciągnięta ręką. Nic więcej. Nie zamierzali utrzymywać relacji.
- Zresztą zbliża się jesień, nie? Stare przyzwyczajenia? - Nawet samym brzmieniem głosu dawał do zrozumienia, że odpowiedź nie była konieczna.
Mimo to chyba był po prostu ciekawy tego jak to teraz u niej wygląda. Czy wróciła do wyjazdów z kraju na okoliczność chłodniejszych, śnieżnych miesięcy? Tak jak on wrócił do spędzania większości życia w pracy, zagrzebując się w kolejne przypadki i do domu wracając raczej od niechcenia?
Nie tak miała wyglądać ich przyszłość. Marzenia diametralnie rozminęły się z rzeczywistością. Zresztą nic dziwnego, skoro to zawsze były wyłącznie marzenia. Może, gdyby rzeczywistość wyglądała inaczej, ewoluowałyby w plany, którymi je nazywali, ale teraz już nie było na to szansy. To były tylko złudzenia, które miały rozmyć się wraz z ustąpieniem pierwszego deszczu września.
- Exumai - odezwał się cicho, niemalże bezgłośnie, wzdychając przy tym ciężko. - To ich nie powstrzyma, ale może da ci szansę wyjścia z sytuacji. Nie walcz z nimi sama - mogła go posłuchać, nie musiała.
Aż nazbyt dobrze to wiedział, wbijając wzrok w horyzont. Tym razem już nawet nie próbował się uśmiechać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down