Nie zapraszaj do domu wampira... czarodzieje ostrzegali się wzajemnie, ale ten jeden zagrodził mu drogę tak, jakby wcale nie chciał tego rozstania. A może tak bardzo pragnął mieć ostatnie słowo? A może jego ciało pognało bezmyślnie, by wydłużyć o ten jeden, jeden krótki moment agonię umierającego na szachownicy króla.
Było to zbędne, Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel - jak kazał się nazywać w ostatnich stuleciach - był od dawna martwy. Był też w pełni świadomy, że Jonathan nie jest zahipnotyzowany. Znał się zarówno na nim, jak i na hipnozie, znał tę twarz, iskrzące satysfakcją oczy i wewnętrzną walkę, która toczyła się w jego głowie między rozsądkiem, a... a czymś bardzo nierozsądnym.
A jednak, jego brew znów asymetrycznie powędrowała do góry zaskoczeniem, nieco rozjaśniając pochmurne zbolałe oblicze. Już miał coś odpowiedzieć, gdy gospodarz gwałtownie odsunął się, rozgałęziając przed nim dwie drogi - tą do korytarza, ale znów, znów stał tak długo, znów wypalił piętno swoją skórą na jego skórze. Przez moment hrabia patrzył na wyjście, a potem bardzo, bardzo powoli odwrócił się do stojącego tuż obok Jonathana i uśmiechnął się w ten bardzo, bardzo charakterystyczny sposób, gdy po słownej bitwie wygranej stronie należała się nagroda, a tak się akurat złożyło, że on przegrał. Czy więc miał wobec Jonathana dług...? Jak mógł się oprzeć, by chociaż nie spróbować go spłacić od razu? Spłacić go ostatni raz?
Zupełnie jakby tańczyli dalej...
Ćwierć obrotu, szelest podeszwy na parkiecie, niemal w pulsie minionej melodii, krok za dużo, wymuszający na partnerze krok do tyłu. Tango było w końcu wspólnym chodzeniem, wspólnym próbowaniem się dwóch sił, dwóch charakterów.
Zupełnie jakby tańczyli dalej...
Teraz jednak ramiona nie były ułożoną konwenansem ramą. Mężczyzna nie patrzył w bok, a śmiało utkwił w oczach gospodarza swoje własne - błękitne i przenikliwe, odsłaniając tym samym bezwstydnie lustra płonącej duszy, wściekłej i zarazem topionej pragnieniem, przepełnione napięciem i wewnętrznym konfliktem, który wciąż trwał, mimo słów pożegnania.
Nie zapraszaj do domu wampira.
I znów krok w przód. Znajdujący się za Selwynem bok regału skutecznie uniemożliwiał mu kolejny unik przed drugim ciałem dążącym do nieuchronnej, słodkiej koniunkcji.
– To ja nie zdążyłem jeszcze podziękować Ci za zaproszenie... – niemal wyszeptał w jego gorące wargi, odchylając nieznacznie głowę do tyłu, z ręką miękko złożoną na pędzącym sercu, bardzo powolnym ruchem zsuwającą się w dół.
Było to zbędne, Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel - jak kazał się nazywać w ostatnich stuleciach - był od dawna martwy. Był też w pełni świadomy, że Jonathan nie jest zahipnotyzowany. Znał się zarówno na nim, jak i na hipnozie, znał tę twarz, iskrzące satysfakcją oczy i wewnętrzną walkę, która toczyła się w jego głowie między rozsądkiem, a... a czymś bardzo nierozsądnym.
A jednak, jego brew znów asymetrycznie powędrowała do góry zaskoczeniem, nieco rozjaśniając pochmurne zbolałe oblicze. Już miał coś odpowiedzieć, gdy gospodarz gwałtownie odsunął się, rozgałęziając przed nim dwie drogi - tą do korytarza, ale znów, znów stał tak długo, znów wypalił piętno swoją skórą na jego skórze. Przez moment hrabia patrzył na wyjście, a potem bardzo, bardzo powoli odwrócił się do stojącego tuż obok Jonathana i uśmiechnął się w ten bardzo, bardzo charakterystyczny sposób, gdy po słownej bitwie wygranej stronie należała się nagroda, a tak się akurat złożyło, że on przegrał. Czy więc miał wobec Jonathana dług...? Jak mógł się oprzeć, by chociaż nie spróbować go spłacić od razu? Spłacić go ostatni raz?
Zupełnie jakby tańczyli dalej...
Ćwierć obrotu, szelest podeszwy na parkiecie, niemal w pulsie minionej melodii, krok za dużo, wymuszający na partnerze krok do tyłu. Tango było w końcu wspólnym chodzeniem, wspólnym próbowaniem się dwóch sił, dwóch charakterów.
Zupełnie jakby tańczyli dalej...
Teraz jednak ramiona nie były ułożoną konwenansem ramą. Mężczyzna nie patrzył w bok, a śmiało utkwił w oczach gospodarza swoje własne - błękitne i przenikliwe, odsłaniając tym samym bezwstydnie lustra płonącej duszy, wściekłej i zarazem topionej pragnieniem, przepełnione napięciem i wewnętrznym konfliktem, który wciąż trwał, mimo słów pożegnania.
Nie zapraszaj do domu wampira.
I znów krok w przód. Znajdujący się za Selwynem bok regału skutecznie uniemożliwiał mu kolejny unik przed drugim ciałem dążącym do nieuchronnej, słodkiej koniunkcji.
– To ja nie zdążyłem jeszcze podziękować Ci za zaproszenie... – niemal wyszeptał w jego gorące wargi, odchylając nieznacznie głowę do tyłu, z ręką miękko złożoną na pędzącym sercu, bardzo powolnym ruchem zsuwającą się w dół.