Jak wspaniale, jak upajająco było spijać słowa z ust, nawet jeśli brakło im metalicznej słodyczy? Spijać drżenie spod wrażliwej bladej skóry, pokrywającej kwintesencje zaborczego pragnienia, którym niemalże epatował, zapatrzony w lustro własnego pożądania.
Jonathan mógłby zadać mu pytanie, nawet nie w liście, a teraz. Mógłby ze swoim szarmanckim uśmiechem pochylić się ten milimetr więcej, w złączonym oddechu, choć wciąż na granicy czucia drugiej skóry, połączenia ognia i lodu, w pełnej świadomości wibrującej różnicy temperatur. Mógł zadać pytanie, swoim niskim, sięgającym kręgosłupa głosem:
– Czego tak na prawdę pragniesz?
Nie. Nie musiał o to pytać, bo doskonale znał odpowiedź, doskonale czuł odpowiedź w elektryzującym powietrzu, w dłoni, która wytyczyła szlak chłodząc wrzącą pierś nawet przez cienką warstwę koszuli, dłoni zawieszonej teraz na pasku, palcach wsuniętymi za kawałek skóry, niczym korzenie różanego krzewu wbijające się w marmur, który choć twardy, zawsze skruszeje.
Wystarczyła odrobina czasu.
Nie można było być pewnym czy gość w ogóle jakkolwiek usłyszał Jonathana, skoro jego wzrok był zamglony bliskością ofiarowaną mu na wyjściu. Nie można było być pewnym, bo zamiast kropki w prośbie mężczyzny, na jego ustach złożony został chłodny pocałunek, niczym pieczęć pod aktem o nieagresji, sojuszem zawartym w cichych ścianach apartamentu. Pocałunek zaskakująco łagodny w swoim wymiarze, biegunowo odległy od treści ich poprzedniej, francuskiej konfrontacji, tak bliski jednak temu pierwszemu, skradzionemu w różanym ogrodzie, na tyłach rezydencji w Poisy.
Jonathan mógłby zadać mu pytanie, nawet nie w liście, a teraz. Mógłby ze swoim szarmanckim uśmiechem pochylić się ten milimetr więcej, w złączonym oddechu, choć wciąż na granicy czucia drugiej skóry, połączenia ognia i lodu, w pełnej świadomości wibrującej różnicy temperatur. Mógł zadać pytanie, swoim niskim, sięgającym kręgosłupa głosem:
– Czego tak na prawdę pragniesz?
Nie. Nie musiał o to pytać, bo doskonale znał odpowiedź, doskonale czuł odpowiedź w elektryzującym powietrzu, w dłoni, która wytyczyła szlak chłodząc wrzącą pierś nawet przez cienką warstwę koszuli, dłoni zawieszonej teraz na pasku, palcach wsuniętymi za kawałek skóry, niczym korzenie różanego krzewu wbijające się w marmur, który choć twardy, zawsze skruszeje.
Wystarczyła odrobina czasu.
Nie można było być pewnym czy gość w ogóle jakkolwiek usłyszał Jonathana, skoro jego wzrok był zamglony bliskością ofiarowaną mu na wyjściu. Nie można było być pewnym, bo zamiast kropki w prośbie mężczyzny, na jego ustach złożony został chłodny pocałunek, niczym pieczęć pod aktem o nieagresji, sojuszem zawartym w cichych ścianach apartamentu. Pocałunek zaskakująco łagodny w swoim wymiarze, biegunowo odległy od treści ich poprzedniej, francuskiej konfrontacji, tak bliski jednak temu pierwszemu, skradzionemu w różanym ogrodzie, na tyłach rezydencji w Poisy.