15.12.2024, 02:39 ✶
Cała ta sytuacja pachniała jej dawnymi czasami. Nostalgia skutecznie podsuwała pod nos znajome zapachy, które przyprawiały ją o zwodniczą suchość w gardle i sztywnienie nadgarstków. Karmiła się wspomnieniami tego, co nie mogło już wrócić i systematycznie stukała wyimaginowaną linijką po palcach Tessy, byle tylko nie zapomniała, że oboje z Woodym mają aktualnie po pięćdziesiąt lat, a nie trzydzieści. Nie pozwalała rozwodzić się nad faktem, że nadal używał podobnej wody kolońskiej i wciąż, jakby intuicyjnie, wyciągał dłoń w stronę jej pleców, gdy przechodziła przed nim w drzwiach.
Nie było jednak rady na prędkie załatanie bruzd i ran, które pozostawił po sobie rozwód. Bo tak, jak Woody pozwolił jej wyjść na prostą — zagoić pod sercem rozżarzone piętno, którym naznaczyli ją rodzice — tak po tym wszystkim czuła, że i on pozostawił po sobie pamiątkę. Tuż obok blizny, powstałej po separacji rodziców, ale jednak gdzieś z boku, bardziej na żebrach, aby w nocy nie mogła aż tak często przewracać się z boku na bok. I za każdym razem, kiedy widziała byłego męża, rana żarzyła się nowym bólem i zmuszała do objęcia się ramionami.
W takich momentach przypominała sobie rozmowy z Morvenem, bratem młodszym jedynie o dwa lata, kiedy to na wakacjach spacerowali po plaży razem z rodzicami. Matka z ojcem szli nieco z tyłu, pozornie utrzymując obraz szczęśliwego małżeństwa, ale tak naprawdę szeptali między sobą na tematy, jakich nie wolno było poruszać w towarzystwie dziatwy. Ostatecznie całość i tak eskalowała w poważną scyzję, kiedy to dorośli oddalali się na linię brzegu, a ich podniesione głosy zagłuszały fale, rozbijające się o pobliskie klify.
— Myślisz, że jak ma się męża to trzeba się z nim kłócić? — Tessa pytała wtedy brata, siedząc na kocu w stroju kąpielowym, przykryta dwoma ręcznikami i przeżuwając lekko rozmemłaną kanapkę.
Morven, który był tuż obok, i grzebał patykiem w piasku, jednocześnie mając oko na młodsze rodzeństwo, patrzył wtedy przez chwilę zarówno na mamę i tatę, i ostatecznie mówił:
— Pewnie tak. Ale ja w ogóle nie chcę mieć męża.
Tuż potem nękało ją wspomnienie, kiedy Woodrow zapewniał ją, że nie skończą tak, jak jej rodzice. Teraz było jednak tylko przeterminowaną kliszą, z której nie sposób było wywołać odpowiednich uczuć. Poczucia zdrady? Złości? A może po prostu rozczarowania.
— Po tym wszystkim to chyba jednak daruję sobie niańczenie starych mugoli — skwitowała, gdy oboje przekroczyli próg zaplecza. — Mam nadzieję, że po zakończeniu tej inicjacji to jednak zajmuje się człowiek czymś innym. Czy też jednak naprawiasz krany i pilnujesz placów zabaw?
Kpiła, owszem, ale tylko z nerwów. I były partner doskonale o tym wiedział. Zawsze to robiła, gdy ciśnienie wychodziło jej ponad normę i skakało pod sam sufit. Dlatego też zachowywała się odrobinę inaczej. Mogła podejść do prośby dokładnie tak, jak zazwyczaj — przewrócić oczami i zignorować mruczenia byłego męża, który deklarował się, że osobiście rozpieprzy drzwi. Niestety tego wieczoru czuła się dziwnie litościwa, jakby wcześniejsza gorycz może lekko zelżała i zrobiła miejsce dla… zrozumienia. Chciał się popisać? To niech miał.
Spełniła również jego prośbę i machnęła różdżką tylko raz, szeptając przy okazji bardzo ciche Silencio — pociągnęła jabłoniową gałązką od własnego łokcia, kręcąc końcówką niezbyt zamaszyste koło. Potem tylko tknęła drugą dłonią nienamacalny i niewidoczny okrąg, by dwójkę czarodziejów mogło odczuć lekką zmianę w atmosferze; coś, jakby mieli nagle lekko zatkane uszy.
Osłoniła tylko oczy, gdy Woody trzasnął zaklęciem w drzwi i zniszczył prosty, cudowny ciąg numeryczny, który ona mogłaby otworzyć jednym ruchem przegubu… i podążyła zaraz za nim. Zeszli głębiej, a ich jedynym, nowym towarzystwem okazał się zapach stęchlizny, gleby i…
— Merlinie, ale tu śmierdzi… — wymamrotała kobieta, przykrywając usta i nos wierzchem dłoni.
Piwnica była całkiem mała, dosyć zapuszczona i zdecydowanie pozbawiona czyjejkolwiek uwagi przez ostatnie miesiące, jak nie lata. Stojaki z winem były jedynym urozmaiceniem zaniedbanej przestrzeni, ale kolejną ozdobą okazały się następne drzwi. Nie było zatem innego wyjścia, jak ruszyć właśnie za nie i gdy pani Longbottom ruszyła pierwsza, wyrywając się przed postać Woody’ego, żeby pokazać inicjatywę i zaangażowanie. Tylko że Tessa nie zwróciła uwagi na coś jeszcze. Na szum.
Popchnęła wrota dalej, a gdy otworzyła je jeszcze szerzej, uderzył ich mocniejszy smród kanalizacji. Tessa już miała intuicyjnie zażartować, że znaleźli się pewnie w kanałach i czeka ich brodzenie przez, dosłownie, gówniane alejki, gdy okazało się, że… No cóż, faktycznie wylądowali w czymś na kształt zalanych katakumb.
Tutaj już nie mogło jej być do śmiechu.
Zastygła w miejscu, czując jak serce boleśnie zaciska się w wyraźnie desperacji i zmusza ją do wzięcia kilku roztrzęsionych wdechów. W głowie huczało jej od wspomnień, od blizn, które sama rozdrapała sobie na nowo, od soli, którą wcierała sobie właśnie w rany, od wody, która powoli wypełniała jej płuca, od—
Głos utknął jej w gardle i czysto machinalnie, instynktownie i oczywiście, wbrew sobie, jej dłoń wystrzeliła do tyłu, aby złapać ramię Tarpa.
Nie da rady.
Nie, nie, nie, nie…
Nie było jednak rady na prędkie załatanie bruzd i ran, które pozostawił po sobie rozwód. Bo tak, jak Woody pozwolił jej wyjść na prostą — zagoić pod sercem rozżarzone piętno, którym naznaczyli ją rodzice — tak po tym wszystkim czuła, że i on pozostawił po sobie pamiątkę. Tuż obok blizny, powstałej po separacji rodziców, ale jednak gdzieś z boku, bardziej na żebrach, aby w nocy nie mogła aż tak często przewracać się z boku na bok. I za każdym razem, kiedy widziała byłego męża, rana żarzyła się nowym bólem i zmuszała do objęcia się ramionami.
W takich momentach przypominała sobie rozmowy z Morvenem, bratem młodszym jedynie o dwa lata, kiedy to na wakacjach spacerowali po plaży razem z rodzicami. Matka z ojcem szli nieco z tyłu, pozornie utrzymując obraz szczęśliwego małżeństwa, ale tak naprawdę szeptali między sobą na tematy, jakich nie wolno było poruszać w towarzystwie dziatwy. Ostatecznie całość i tak eskalowała w poważną scyzję, kiedy to dorośli oddalali się na linię brzegu, a ich podniesione głosy zagłuszały fale, rozbijające się o pobliskie klify.
— Myślisz, że jak ma się męża to trzeba się z nim kłócić? — Tessa pytała wtedy brata, siedząc na kocu w stroju kąpielowym, przykryta dwoma ręcznikami i przeżuwając lekko rozmemłaną kanapkę.
Morven, który był tuż obok, i grzebał patykiem w piasku, jednocześnie mając oko na młodsze rodzeństwo, patrzył wtedy przez chwilę zarówno na mamę i tatę, i ostatecznie mówił:
— Pewnie tak. Ale ja w ogóle nie chcę mieć męża.
Tuż potem nękało ją wspomnienie, kiedy Woodrow zapewniał ją, że nie skończą tak, jak jej rodzice. Teraz było jednak tylko przeterminowaną kliszą, z której nie sposób było wywołać odpowiednich uczuć. Poczucia zdrady? Złości? A może po prostu rozczarowania.
— Po tym wszystkim to chyba jednak daruję sobie niańczenie starych mugoli — skwitowała, gdy oboje przekroczyli próg zaplecza. — Mam nadzieję, że po zakończeniu tej inicjacji to jednak zajmuje się człowiek czymś innym. Czy też jednak naprawiasz krany i pilnujesz placów zabaw?
Kpiła, owszem, ale tylko z nerwów. I były partner doskonale o tym wiedział. Zawsze to robiła, gdy ciśnienie wychodziło jej ponad normę i skakało pod sam sufit. Dlatego też zachowywała się odrobinę inaczej. Mogła podejść do prośby dokładnie tak, jak zazwyczaj — przewrócić oczami i zignorować mruczenia byłego męża, który deklarował się, że osobiście rozpieprzy drzwi. Niestety tego wieczoru czuła się dziwnie litościwa, jakby wcześniejsza gorycz może lekko zelżała i zrobiła miejsce dla… zrozumienia. Chciał się popisać? To niech miał.
Spełniła również jego prośbę i machnęła różdżką tylko raz, szeptając przy okazji bardzo ciche Silencio — pociągnęła jabłoniową gałązką od własnego łokcia, kręcąc końcówką niezbyt zamaszyste koło. Potem tylko tknęła drugą dłonią nienamacalny i niewidoczny okrąg, by dwójkę czarodziejów mogło odczuć lekką zmianę w atmosferze; coś, jakby mieli nagle lekko zatkane uszy.
Osłoniła tylko oczy, gdy Woody trzasnął zaklęciem w drzwi i zniszczył prosty, cudowny ciąg numeryczny, który ona mogłaby otworzyć jednym ruchem przegubu… i podążyła zaraz za nim. Zeszli głębiej, a ich jedynym, nowym towarzystwem okazał się zapach stęchlizny, gleby i…
— Merlinie, ale tu śmierdzi… — wymamrotała kobieta, przykrywając usta i nos wierzchem dłoni.
Piwnica była całkiem mała, dosyć zapuszczona i zdecydowanie pozbawiona czyjejkolwiek uwagi przez ostatnie miesiące, jak nie lata. Stojaki z winem były jedynym urozmaiceniem zaniedbanej przestrzeni, ale kolejną ozdobą okazały się następne drzwi. Nie było zatem innego wyjścia, jak ruszyć właśnie za nie i gdy pani Longbottom ruszyła pierwsza, wyrywając się przed postać Woody’ego, żeby pokazać inicjatywę i zaangażowanie. Tylko że Tessa nie zwróciła uwagi na coś jeszcze. Na szum.
Popchnęła wrota dalej, a gdy otworzyła je jeszcze szerzej, uderzył ich mocniejszy smród kanalizacji. Tessa już miała intuicyjnie zażartować, że znaleźli się pewnie w kanałach i czeka ich brodzenie przez, dosłownie, gówniane alejki, gdy okazało się, że… No cóż, faktycznie wylądowali w czymś na kształt zalanych katakumb.
Tutaj już nie mogło jej być do śmiechu.
Zastygła w miejscu, czując jak serce boleśnie zaciska się w wyraźnie desperacji i zmusza ją do wzięcia kilku roztrzęsionych wdechów. W głowie huczało jej od wspomnień, od blizn, które sama rozdrapała sobie na nowo, od soli, którą wcierała sobie właśnie w rany, od wody, która powoli wypełniała jej płuca, od—
Głos utknął jej w gardle i czysto machinalnie, instynktownie i oczywiście, wbrew sobie, jej dłoń wystrzeliła do tyłu, aby złapać ramię Tarpa.
Nie da rady.
Nie, nie, nie, nie…
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you