15.12.2024, 13:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.12.2024, 13:44 przez Scarlett Mulciber.)
Tego wieczoru postanowiła się zrelaksować, a gdy to postanowiła, zarejestrowała, że Malfoy ku jej niezadowoleniu wciąż nie wrócił do domu. Ten fakt niejako ją zirytował, gdyż nie mogła się nad nim poznęcać, czy też pozwolić mu poznęcać się nad sobą. Nie mogła fuknąć, że jest zajęta, bo nie była. W tej całej irytacji przygotowała mu kolację, rozważając czy nie powinna dodać arszeniku, jakby wyszło, że zamiast pracować, włóczył się z jakąś szmatą z teatru. Chociaż co ją to obchodziło, nie powinno. Był jej przyjacielem i od jakiegoś czasu współlokatorem, chociaż myśl, że obłapia jakąś zdzirę wygrywało na jej duszy marsz... acz nie weselny, a pogrzebowy. Cóż, od zawsze była cholernie terytorialna, nie lubiła się dzielić. A arszeniku w domu nie było, toteż myśl umarła. Nie zwykła gotować, dla nikogo, a jednak ten pieprzony psychopata potrafił grać na jej duszy, wygrywać melodię, które budziły w niej ludzkie odruchy. Jadł marnie i w biegu. To chociaż zje spokojnie, nawet jeśli jebało od niego jakąś rynsztokową kurewką, której Mulciber chętnie wydrapałaby oczy. A jednak o tym przekonać się nie mogła, bo postanowiła się przewietrzyć.
Wyjść się upić, a jednak nie szukała towarzystwa, nie chciała gnieździć się w jakiejś podrzędnej knajpie w akompaniamencie frustrujących ludzi, którzy, zważywszy na godzinę, już dawno powinni zaniechać dalszego picia i wrócić do domu.
Toteż udała się na dach. Humor zdawał jej się dopisywać, gdy wizja spokojnego wieczoru w towarzystwie gwiazd i cytrynówki robionej przez jej ukochaną kuzynkę, miał stać się rzeczywistością.
Gdy znalazła się na dachu szybko dostrzegła męską sylwetkę. Jegomość pasował do tego miejsca jak szczur do nowobogackich salonów. Był jak błąd wszechświata w tym swoim kaszmirowym sweterku na dachu podrzędnej knajpy. Cóż Cię tu zaprowadziło, mój drogi?
-Młoda dama poszła dawno temu spać, proszę Pana - niemal szepnęła, mrużąc jasne ślepia, nadając im tym samym kociego wyrazu. Jej lica rozświetlił szelmowski uśmiech, a ona z dziwną, niepokojącą satysfakcją wpatrywała się w nieznajomego. Wzrokiem drapieżnika, który właśnie dostrzegł ofiarę, którą za chwilę rozszarpię na strzępy, pokrywając kły krwią, smakując zwycięstwa.
Stukot jej obcasów, niczym dźwięk poruszanej wskazówki na tarczy zegara zwanej życiem. Ten wybił dwunastą w chwili, gdy kroki ucichły, a jasnowłosa zatrzymała się nieopodal.
-Mawiają, że picie do lustra jest oznaką alkoholizmu, proszę pana - zaczęła, lustrując lodowym spojrzeniem butelkę wina, którą trzymał w dłoni
- Możemy zatem udać, że to nie przypadek, a priorytet gwiazd zepchnął nas w to miejsce razem. Ponieść się tej narracji zamieniając samotne upijanie się w kameralną posiadówke- uniosła butelkę cytrynówki trzymanej w dłoni - Czyż nie jest to przyjemna wizja? - zagaiła, a jej głos przybrał formę głębokiego szeptu, przepełnionego dziwną pasją.
Nie czekała na odpowiedź, siadając. Zabrał jej miejsce w którym planowała być, nie chciała szukać kolejnego.
Wprawdzie chciała tej nocy oddać się myślom na temat słuszności obranej przez niej ścieżki, którą od jakiegoś czasu kroczyła. Pochylić się nad tematami o których nie powinno się mówić. A może o i lepiej, że nie będzie sama?
Odziana była w czerń, niczym elegancka nocna mara. Jej jasne włosy, alabastrowa skóra i ślepia w kolorze lazurowego błękitu w całej tej kompozycji czyniły ją czymś na wzór zjawy. Mglistego obrazu, który zniknie przy pierwszym powiewie wiatru. Czarna sukienka z gorsetem, rozkloszowanym plisowanym dołem i długim kołnierzykiem okrywającym szyje przy którym spoczywała kokarda. Rozkloszowane rękawy, które zwężały się przy nadgarstkach, a które teraz zakrywał kruczoczarny płaszcz. Na jej głowie spoczywał kapelusz, po którego rąbku przejechała palcami, jakoby chciała go poprawić.
-Często się pan wymyka, gdy myśli, że nikt nie patrzy? - podjęła, wyłapując jego spojrzenie. Mulciber zawsze patrzyła prosto w oczy. Jakoby określało to siłę charakteru drugiej strony, rozpoczynając grę o dominacje. Jej wzrok był dumny, a jasność tęczówek podbijało chłód, chłód który zdawał się przenikać duszę na wskroś, jakoby wyczytywała najbrudniejsze sekrety rozmówcy, wywlekając je na światło dziennie, oceniając, smakując ich gorzkiego smaku.
Wyjść się upić, a jednak nie szukała towarzystwa, nie chciała gnieździć się w jakiejś podrzędnej knajpie w akompaniamencie frustrujących ludzi, którzy, zważywszy na godzinę, już dawno powinni zaniechać dalszego picia i wrócić do domu.
Toteż udała się na dach. Humor zdawał jej się dopisywać, gdy wizja spokojnego wieczoru w towarzystwie gwiazd i cytrynówki robionej przez jej ukochaną kuzynkę, miał stać się rzeczywistością.
Gdy znalazła się na dachu szybko dostrzegła męską sylwetkę. Jegomość pasował do tego miejsca jak szczur do nowobogackich salonów. Był jak błąd wszechświata w tym swoim kaszmirowym sweterku na dachu podrzędnej knajpy. Cóż Cię tu zaprowadziło, mój drogi?
-Młoda dama poszła dawno temu spać, proszę Pana - niemal szepnęła, mrużąc jasne ślepia, nadając im tym samym kociego wyrazu. Jej lica rozświetlił szelmowski uśmiech, a ona z dziwną, niepokojącą satysfakcją wpatrywała się w nieznajomego. Wzrokiem drapieżnika, który właśnie dostrzegł ofiarę, którą za chwilę rozszarpię na strzępy, pokrywając kły krwią, smakując zwycięstwa.
Stukot jej obcasów, niczym dźwięk poruszanej wskazówki na tarczy zegara zwanej życiem. Ten wybił dwunastą w chwili, gdy kroki ucichły, a jasnowłosa zatrzymała się nieopodal.
-Mawiają, że picie do lustra jest oznaką alkoholizmu, proszę pana - zaczęła, lustrując lodowym spojrzeniem butelkę wina, którą trzymał w dłoni
- Możemy zatem udać, że to nie przypadek, a priorytet gwiazd zepchnął nas w to miejsce razem. Ponieść się tej narracji zamieniając samotne upijanie się w kameralną posiadówke- uniosła butelkę cytrynówki trzymanej w dłoni - Czyż nie jest to przyjemna wizja? - zagaiła, a jej głos przybrał formę głębokiego szeptu, przepełnionego dziwną pasją.
Nie czekała na odpowiedź, siadając. Zabrał jej miejsce w którym planowała być, nie chciała szukać kolejnego.
Wprawdzie chciała tej nocy oddać się myślom na temat słuszności obranej przez niej ścieżki, którą od jakiegoś czasu kroczyła. Pochylić się nad tematami o których nie powinno się mówić. A może o i lepiej, że nie będzie sama?
Odziana była w czerń, niczym elegancka nocna mara. Jej jasne włosy, alabastrowa skóra i ślepia w kolorze lazurowego błękitu w całej tej kompozycji czyniły ją czymś na wzór zjawy. Mglistego obrazu, który zniknie przy pierwszym powiewie wiatru. Czarna sukienka z gorsetem, rozkloszowanym plisowanym dołem i długim kołnierzykiem okrywającym szyje przy którym spoczywała kokarda. Rozkloszowane rękawy, które zwężały się przy nadgarstkach, a które teraz zakrywał kruczoczarny płaszcz. Na jej głowie spoczywał kapelusz, po którego rąbku przejechała palcami, jakoby chciała go poprawić.
-Często się pan wymyka, gdy myśli, że nikt nie patrzy? - podjęła, wyłapując jego spojrzenie. Mulciber zawsze patrzyła prosto w oczy. Jakoby określało to siłę charakteru drugiej strony, rozpoczynając grę o dominacje. Jej wzrok był dumny, a jasność tęczówek podbijało chłód, chłód który zdawał się przenikać duszę na wskroś, jakoby wyczytywała najbrudniejsze sekrety rozmówcy, wywlekając je na światło dziennie, oceniając, smakując ich gorzkiego smaku.