15.12.2024, 15:38 ✶
Cóż, prawda, zaczynało padać. Swoją drogą wizja cioci na ławce w parku w jakiś sposób bawiła, była sprzeczna, jakaś taka nienaturalna.
-Rosierowie to tylko element kompozycji, a nie cała kompozycja - rzuciła. Potrafiła słodzić, tak subtelnie i delikatnie. Niezbyt nachalnie, ale na tyle by dało się to odczuć.
-Wielu ludzi prosiło mnie o wiele rzeczy, ciociu - odpowiedziała w ciepłym tonie na uwagę, że miała się nie martwić. Wysłuchała, ale nie usłuchała. Taka była jej natura, ta upierdliwa cecha charakteru z którą wszyscy musieli się męczyć.
Przyrównywania do kuzynki przez ojca, która w swej niewinności i pokorności powinna wytyczać szlaki kobiecego ideału według męskiej części rodu, ideału którym Scarlett nigdy się nie stanie, którym nigdy nie chciałaby się stać.
Wiedziała, że zawsze będzie zbyt... zbyt głośna, zbyt niepokorna, zbyt bezczelna, zbyt... A jednak jemu to nie przeszkadzało.
- Taki mój niesforny charakter - dodała z niewinnym acz łobuziarskim uśmiechem.
Nie był to najłatwiejszy czas, była to prawda. I chociaż sama nie roniła łez i powinno być jej wstyd z tego powodu, to nie było. Narastała w niej za to frustracja, frustracja która zaczynała odgradzać ją od tego co ukochała. Winiła wuja, że to jego wina. To przez niego nad kamienicą zawisła śmierć, przez niego musiała męczyć się i dusić w miejscu w którym brakowało powietrza, przez niego relacje z jej bratem stały się niepewne, coś w nich zostało ugodzone ostrzem. To jego śmierć przyniosła to czym była już zmęczona. A może nie? A może to wszystko miało coś jej uświadomić? Przewartościować niektóre sprawy. Gdyby nie to, z pewnością nie byłaby tak częstym i intensywnym gościem, wręcz mieszkańcem, w przybytku blondyna. Czy tego żałowała?
W tej krótkiej chwili życzyłaby wujowi słodkich snów, a co będzie później czas pokaże. Może któregoś dnia pożałuje, z hukiem uderzy o ziemię, kolejny raz rozsypie się, niczym stłuczony kryształ, na milion elementów których nijak nie da się poskładać. Ale to nic. Za wszystko trzeba płacić.
Puściła jej dłonie, gdy ta postanowiła się oprzeć, zmienić pozycję, a tematem przewodnim stał się jej brat.
Na jej usta wpłynął nieco pogardliwy uśmiech, ślepia zaś zasnuła mgła, gdy jej uszy pochwyciły pierwsze słowa.
Jednak jak miało się zaraz okazać nie było to skierowane do Lorien, a Scarlett nie zamierzała ślepo bronić brata, jak ta mogła przewidywać, zakładać, czego mogła być wręcz pewna, jak zawsze to miało miejsce. Lojalnie bronić, stawać po jego stronie, nie bacząc na konsekwencję.
-A co, wuj Robert też topił się we własnej hipokryzji i snuł barwne opowieści przeinaczając fakty? - rzuciła kąśliwie, a uśmiech z jej ust nie znikał - Charlie... - urwała, jakoby te słowo zapiekło, na tyle mocno aby przystać, na tyle lekko aby rzucić to w otchłań zapomnienia
-Cóż... Ostatnio jest niedysponowany umysłowo...po cichu liczę na przejściowy kryzys. Że wraz z żałobą minie to co w nim zakiełkowało - jej wzrok powoli zaległ na stole, a jednak nie dlatego, że uciekała spojrzeniem. Tego nigdy by nie zrobiła. Było to spowodowane zadumą - Tylko nie wiem... czy do tego czasu będzie co zbierać...
Starała się, starała się wykrzesać z siebie co rusz nowe pokłady cierpliwości, których przecież nie miała. Chylić głowę, tłumaczyć, czego nigdy nie robiła. Gdyby nie chodziło o Charliego, o jej Charliego, jej ukochaną duszyczkę, już dawno pozwoliłaby temu mostu spłonąć. Ba, sama dolałaby benzyny, wzniecając pożar. A potem patrzyłaby jak wszystko gaśnie, zdycha powoli i nie ma nic. Tylko pieprzony popiół, rozwiewany przez wiatr. A jednak on w swej nieświadomości i upartości śmiało przekraczał kolejne granicę, kierując ich oboje do tragedii. A ona w tej całej dumie, nie lubiąc i nie chcąc przyznawać jak koszmarnie pali ją dusza, pozwala Baldwinowi na integracyjne spotkanka, stara się swoje wybuchy złości przeinaczyć w zwykły akt zdenerwowania, udawać że między nimi jest okej, że ich anioł nie wcale nie kona, że to tylko niewinna potyczka. Bardzo chciała, aby wszystko między nimi było jak dawniej, ale chcieć nie znaczy móc.
-Rosierowie to tylko element kompozycji, a nie cała kompozycja - rzuciła. Potrafiła słodzić, tak subtelnie i delikatnie. Niezbyt nachalnie, ale na tyle by dało się to odczuć.
-Wielu ludzi prosiło mnie o wiele rzeczy, ciociu - odpowiedziała w ciepłym tonie na uwagę, że miała się nie martwić. Wysłuchała, ale nie usłuchała. Taka była jej natura, ta upierdliwa cecha charakteru z którą wszyscy musieli się męczyć.
Przyrównywania do kuzynki przez ojca, która w swej niewinności i pokorności powinna wytyczać szlaki kobiecego ideału według męskiej części rodu, ideału którym Scarlett nigdy się nie stanie, którym nigdy nie chciałaby się stać.
Wiedziała, że zawsze będzie zbyt... zbyt głośna, zbyt niepokorna, zbyt bezczelna, zbyt... A jednak jemu to nie przeszkadzało.
- Taki mój niesforny charakter - dodała z niewinnym acz łobuziarskim uśmiechem.
Nie był to najłatwiejszy czas, była to prawda. I chociaż sama nie roniła łez i powinno być jej wstyd z tego powodu, to nie było. Narastała w niej za to frustracja, frustracja która zaczynała odgradzać ją od tego co ukochała. Winiła wuja, że to jego wina. To przez niego nad kamienicą zawisła śmierć, przez niego musiała męczyć się i dusić w miejscu w którym brakowało powietrza, przez niego relacje z jej bratem stały się niepewne, coś w nich zostało ugodzone ostrzem. To jego śmierć przyniosła to czym była już zmęczona. A może nie? A może to wszystko miało coś jej uświadomić? Przewartościować niektóre sprawy. Gdyby nie to, z pewnością nie byłaby tak częstym i intensywnym gościem, wręcz mieszkańcem, w przybytku blondyna. Czy tego żałowała?
W tej krótkiej chwili życzyłaby wujowi słodkich snów, a co będzie później czas pokaże. Może któregoś dnia pożałuje, z hukiem uderzy o ziemię, kolejny raz rozsypie się, niczym stłuczony kryształ, na milion elementów których nijak nie da się poskładać. Ale to nic. Za wszystko trzeba płacić.
Puściła jej dłonie, gdy ta postanowiła się oprzeć, zmienić pozycję, a tematem przewodnim stał się jej brat.
Na jej usta wpłynął nieco pogardliwy uśmiech, ślepia zaś zasnuła mgła, gdy jej uszy pochwyciły pierwsze słowa.
Jednak jak miało się zaraz okazać nie było to skierowane do Lorien, a Scarlett nie zamierzała ślepo bronić brata, jak ta mogła przewidywać, zakładać, czego mogła być wręcz pewna, jak zawsze to miało miejsce. Lojalnie bronić, stawać po jego stronie, nie bacząc na konsekwencję.
-A co, wuj Robert też topił się we własnej hipokryzji i snuł barwne opowieści przeinaczając fakty? - rzuciła kąśliwie, a uśmiech z jej ust nie znikał - Charlie... - urwała, jakoby te słowo zapiekło, na tyle mocno aby przystać, na tyle lekko aby rzucić to w otchłań zapomnienia
-Cóż... Ostatnio jest niedysponowany umysłowo...po cichu liczę na przejściowy kryzys. Że wraz z żałobą minie to co w nim zakiełkowało - jej wzrok powoli zaległ na stole, a jednak nie dlatego, że uciekała spojrzeniem. Tego nigdy by nie zrobiła. Było to spowodowane zadumą - Tylko nie wiem... czy do tego czasu będzie co zbierać...
Starała się, starała się wykrzesać z siebie co rusz nowe pokłady cierpliwości, których przecież nie miała. Chylić głowę, tłumaczyć, czego nigdy nie robiła. Gdyby nie chodziło o Charliego, o jej Charliego, jej ukochaną duszyczkę, już dawno pozwoliłaby temu mostu spłonąć. Ba, sama dolałaby benzyny, wzniecając pożar. A potem patrzyłaby jak wszystko gaśnie, zdycha powoli i nie ma nic. Tylko pieprzony popiół, rozwiewany przez wiatr. A jednak on w swej nieświadomości i upartości śmiało przekraczał kolejne granicę, kierując ich oboje do tragedii. A ona w tej całej dumie, nie lubiąc i nie chcąc przyznawać jak koszmarnie pali ją dusza, pozwala Baldwinowi na integracyjne spotkanka, stara się swoje wybuchy złości przeinaczyć w zwykły akt zdenerwowania, udawać że między nimi jest okej, że ich anioł nie wcale nie kona, że to tylko niewinna potyczka. Bardzo chciała, aby wszystko między nimi było jak dawniej, ale chcieć nie znaczy móc.