15.12.2024, 17:52 ✶
Nie pamiętał czy kiedykolwiek wcześniej czuł się tak odprężony. Mimo delikatnego szczypania skóry w miejscach, w których nieco ich poniosło i wyczerpania mięśni, czuł się zupełnie inaczej niż zwykle. Był szczęśliwy. Naprawdę cholernie szczęśliwy, nie żałując ani chwili, ani jednej sekundy mijającego dnia.
Tego, co się stało, co wydarzyło się między nimi i tego, co miało się dziać. Wszystkich zmian, jakie miała przynieść przyszłość, bo świadomość, że mieli ją spędzić razem, ale już nie jako przyjaciele, napawała go tym szczególnym rodzajem ulgi. Nigdy nie sądził, że ją odczuje. Nie przewidywał takiego obrotu spraw. Chęci, aby budować coś z kimś na stałe, codziennie rano budząc się u boku jednej jedynej kobiety.
Koleje losu były naprawdę pokrętne, jednak Ambroise w tej chwili niczym się nie przejmował. Nie myślał o tym, co miała przynieść przyszłość, jeśli nie było to związane z ich wspólnym szczęściem. Chyba pierwszy raz w życiu patrzył na świat przez różowe okulary, nie żałując żadnych decyzji, które pchnęły ich do tego momentu. Do siebie nawzajem i do wspólnych chwil w jednym łóżku.
Nawet tych spędzonych na śnie, choć zazwyczaj przecież nie miał tendencji do przesypiania kilku godzin w samym środku dnia. Nawet po nocnych dyżurach miewał problemy z tym, żeby zasnąć. Męczył się z bezsennością, próbował radzić sobie z tym, że sen niespecjalnie go lubił. Tymczasem wystarczyła chwila całkowitego rozprężenia, by zasnął otulony ciepłym oddechem kobiety, która nareszcie była jego.
Nigdy nie spodziewałby się, że tak błogo będzie obudzić się u czyjegoś boku. Wielokrotnie myślał o tym w kontekście marzeń o wspólnych chwilach, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania. Nie, nie było mu spieszno do opuszczania łóżka. Szczególnie, gdy kusiła go pozostaniem w pościeli bez robienia większych planów.
- Nie wiem - odmruknął, bo kiedy tak to przedstawiała, zaczynał zastanawiać się nad większym sensem ruszania się z sypialni.
Była naprawdę przekonująca, szczególnie, gdy tak wyglądała, przytulając się do niego. Ciało obok ciała. Rozczochrane włosy, rumieniec na twarzy i dekolcie, wargi opuchnięte od pocałunków, rozmarzony uśmiech na ustach, zamknięte oczy i rzęsy rzucające delikatne cienie na zaróżowione policzki.
Dokładnie tak to sobie wyobrażał za każdym razem, gdy myślał o ich wspólnych chwilach, czyli wielokrotnie. Naprawdę wiele razy. Dusił to w sobie od tak dawna, że nie był w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy tak właściwie spojrzał na nią w inny sposób. Chyba nigdy nie chciał być jej przyjacielem. Miał zupełnie inne oczekiwania, jego pragnienia raczej wykluczały koleżeństwo. Nie przy tym żarze. Nie przy sposobie, w jaki na niego działała.
Nie miał pojęcia jak i czemu wmanewrowali się w ten dziwny układ, który trwał przez wiele miesięcy, ale to była męczarnia. Szczególnie, że nie potrafił nie patrzeć na nią w tej sposób. Teraz wreszcie mógł to robić otwarcie, nie powstrzymując się od dotyku.
Nie - skłamałby, gdyby powiedział, że dokładnie tak wyobrażał to sobie na jawie czy widział w snach, bo było zdecydowanie lepiej. Rzeczywistość była bardziej wyjątkowa od jakichkolwiek nadziei. Nie spodziewał się, że mogli mieć coś takiego. Sądził, że to były wyłącznie złudzenia, myślenie życzeniowe, bo przecież mówiła o kimś innym. Nigdy nie powiedziałby, że oczekiwała tego po nim, ale wyjątkowo nie pluł sobie w brodę. Nie zamierzał, szczególnie teraz, gdy leżeli w swoich ramionach. Była jego - to miało największe znaczenie. Nie cudza, jego. Marzenia jednak się spełniały, los im sprzyjał bardziej niż mógłby kiedykolwiek zakładać.
Mogliby tu zostać jeszcze przez kilka godzin, nie ruszać się stąd w żadnym konkretnym celu, następnie wyłącznie zamieniając łóżko na kanapę i kanapę na łóżko. Tyle razy ile tylko chcieli. W międzyczasie może przygotowując sobie jakieś jedzenie w kuchni, przenosząc talerze na tacy w miękką pościel, bo wychodzenie z niej na dłużej niż kilka minut nie wydawało się zbyt kuszące czy nawet niespecjalnie konieczne.
Później mogliby ponownie rozważyć wszystkie swoje opcje, bo Ambroise zdecydowanie nie zamierzał przecież wracać do domu. Nigdzie mu się nie spieszyło. Już wcześniej zdarzało mu się zostawać na dzień czy dwa, ale nie w taki sposób. Teraz wszystko się zmieniło. Mieli coś, czego oboje potrzebowali, o czym myśleli od dawna. Mogli sycić się sobą nawzajem, pozwalając sobie na tyle chwil błogiego zapomnienia ile tylko sobie życzyli.
- Chcemy? - Wbił spojrzenie w twarz Geraldine, delikatnie odgarniając jej włosy z policzka.
To było tak zadziwiająco proste i naturalne. Robił to dziesiątki razy wcześniej, jednak zawsze było w tym coś nerwowego, pewien rodzaj zestresowania i niepewności, obawy przed jej reakcją. Tymczasem wcale nie musiał tak tego traktować. Nie, bo ona też tego chciała. Miotali się w czymś, co nie miało znaczenia, bo ich oczekiwania były takie same. To było odświeżające. Nowe i fascynujące.
Teraz te wszystkie wątpliwości wydawały się coraz bardziej absurdalne. Godne pożałowania, bo po tym, co udowodnili sobie w przeciągu tego ostatniego dnia, ich zamiary wobec siebie nawzajem nie mogły być bardziej zbieżne. Pragnęli dokładnie tego samego, mimo to zmuszając się do respektowania bezsensownych granic i bezcelowego kręcenia się wkoło, gdy mogli mieć dosłownie wszystko.
Przede wszystkim swoje towarzystwo bez ograniczania się w tym, co robili. Bez zawahania przed dotykiem, obaw co do tego, czy ta druga osoba nie uzna go za zbyt bliski i za intymny. Godziny spełniania najskrytszych pragnień. Minuty pełne żaru i ognia, chwile takie jak ta teraz, gdy mógł delikatnie wodzić palcami po zakamarkach jej ciała, zapamiętując je niespiesznie. Poznając to, w jaki sposób na niego reagowała. Uśmiechając się nieznacznie, bo na niego reagowała. Chciała go, odwzajemniała potrzebę bliskości, poddawała się temu tak samo jak on.
To była naprawdę kusząca wizja - zostać w mieszkaniu, nie wychodząc z łóżka, choć przecież jeszcze nie tak dawno robili wstępne plany wymknięcia się światu na dłużej i spędzenia czasu wyłącznie we dwoje.
Tak właściwie to czy miejsce miało jakiekolwiek znaczenie? Liczyło się przecież wyłącznie to, co mieli. Tylko oni i ich chwila a palce Geraldine, jego dziewczyny, sprawiały, że zaczynał poważnie rozważać to czy w ogóle potrzebowali się stąd wychylać.
- Tu czy tam - zaczął, szukając wzrokiem jej spojrzenia, by uśmiechnąć się miękko i bez wątpienia czule, czulej niż kiedykolwiek wcześniej, bo nareszcie mógł sobie na to pozwolić.
- Wszędzie możemy się zaszyć. Mamy co najmniej kilka dni dla siebie. Możemy tu zostać, choć tam też by ci się spodobało - to mogłaby być miła odskocznia, ale czy konieczna?
Niespecjalnie.
Tego, co się stało, co wydarzyło się między nimi i tego, co miało się dziać. Wszystkich zmian, jakie miała przynieść przyszłość, bo świadomość, że mieli ją spędzić razem, ale już nie jako przyjaciele, napawała go tym szczególnym rodzajem ulgi. Nigdy nie sądził, że ją odczuje. Nie przewidywał takiego obrotu spraw. Chęci, aby budować coś z kimś na stałe, codziennie rano budząc się u boku jednej jedynej kobiety.
Koleje losu były naprawdę pokrętne, jednak Ambroise w tej chwili niczym się nie przejmował. Nie myślał o tym, co miała przynieść przyszłość, jeśli nie było to związane z ich wspólnym szczęściem. Chyba pierwszy raz w życiu patrzył na świat przez różowe okulary, nie żałując żadnych decyzji, które pchnęły ich do tego momentu. Do siebie nawzajem i do wspólnych chwil w jednym łóżku.
Nawet tych spędzonych na śnie, choć zazwyczaj przecież nie miał tendencji do przesypiania kilku godzin w samym środku dnia. Nawet po nocnych dyżurach miewał problemy z tym, żeby zasnąć. Męczył się z bezsennością, próbował radzić sobie z tym, że sen niespecjalnie go lubił. Tymczasem wystarczyła chwila całkowitego rozprężenia, by zasnął otulony ciepłym oddechem kobiety, która nareszcie była jego.
Nigdy nie spodziewałby się, że tak błogo będzie obudzić się u czyjegoś boku. Wielokrotnie myślał o tym w kontekście marzeń o wspólnych chwilach, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania. Nie, nie było mu spieszno do opuszczania łóżka. Szczególnie, gdy kusiła go pozostaniem w pościeli bez robienia większych planów.
- Nie wiem - odmruknął, bo kiedy tak to przedstawiała, zaczynał zastanawiać się nad większym sensem ruszania się z sypialni.
Była naprawdę przekonująca, szczególnie, gdy tak wyglądała, przytulając się do niego. Ciało obok ciała. Rozczochrane włosy, rumieniec na twarzy i dekolcie, wargi opuchnięte od pocałunków, rozmarzony uśmiech na ustach, zamknięte oczy i rzęsy rzucające delikatne cienie na zaróżowione policzki.
Dokładnie tak to sobie wyobrażał za każdym razem, gdy myślał o ich wspólnych chwilach, czyli wielokrotnie. Naprawdę wiele razy. Dusił to w sobie od tak dawna, że nie był w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy tak właściwie spojrzał na nią w inny sposób. Chyba nigdy nie chciał być jej przyjacielem. Miał zupełnie inne oczekiwania, jego pragnienia raczej wykluczały koleżeństwo. Nie przy tym żarze. Nie przy sposobie, w jaki na niego działała.
Nie miał pojęcia jak i czemu wmanewrowali się w ten dziwny układ, który trwał przez wiele miesięcy, ale to była męczarnia. Szczególnie, że nie potrafił nie patrzeć na nią w tej sposób. Teraz wreszcie mógł to robić otwarcie, nie powstrzymując się od dotyku.
Nie - skłamałby, gdyby powiedział, że dokładnie tak wyobrażał to sobie na jawie czy widział w snach, bo było zdecydowanie lepiej. Rzeczywistość była bardziej wyjątkowa od jakichkolwiek nadziei. Nie spodziewał się, że mogli mieć coś takiego. Sądził, że to były wyłącznie złudzenia, myślenie życzeniowe, bo przecież mówiła o kimś innym. Nigdy nie powiedziałby, że oczekiwała tego po nim, ale wyjątkowo nie pluł sobie w brodę. Nie zamierzał, szczególnie teraz, gdy leżeli w swoich ramionach. Była jego - to miało największe znaczenie. Nie cudza, jego. Marzenia jednak się spełniały, los im sprzyjał bardziej niż mógłby kiedykolwiek zakładać.
Mogliby tu zostać jeszcze przez kilka godzin, nie ruszać się stąd w żadnym konkretnym celu, następnie wyłącznie zamieniając łóżko na kanapę i kanapę na łóżko. Tyle razy ile tylko chcieli. W międzyczasie może przygotowując sobie jakieś jedzenie w kuchni, przenosząc talerze na tacy w miękką pościel, bo wychodzenie z niej na dłużej niż kilka minut nie wydawało się zbyt kuszące czy nawet niespecjalnie konieczne.
Później mogliby ponownie rozważyć wszystkie swoje opcje, bo Ambroise zdecydowanie nie zamierzał przecież wracać do domu. Nigdzie mu się nie spieszyło. Już wcześniej zdarzało mu się zostawać na dzień czy dwa, ale nie w taki sposób. Teraz wszystko się zmieniło. Mieli coś, czego oboje potrzebowali, o czym myśleli od dawna. Mogli sycić się sobą nawzajem, pozwalając sobie na tyle chwil błogiego zapomnienia ile tylko sobie życzyli.
- Chcemy? - Wbił spojrzenie w twarz Geraldine, delikatnie odgarniając jej włosy z policzka.
To było tak zadziwiająco proste i naturalne. Robił to dziesiątki razy wcześniej, jednak zawsze było w tym coś nerwowego, pewien rodzaj zestresowania i niepewności, obawy przed jej reakcją. Tymczasem wcale nie musiał tak tego traktować. Nie, bo ona też tego chciała. Miotali się w czymś, co nie miało znaczenia, bo ich oczekiwania były takie same. To było odświeżające. Nowe i fascynujące.
Teraz te wszystkie wątpliwości wydawały się coraz bardziej absurdalne. Godne pożałowania, bo po tym, co udowodnili sobie w przeciągu tego ostatniego dnia, ich zamiary wobec siebie nawzajem nie mogły być bardziej zbieżne. Pragnęli dokładnie tego samego, mimo to zmuszając się do respektowania bezsensownych granic i bezcelowego kręcenia się wkoło, gdy mogli mieć dosłownie wszystko.
Przede wszystkim swoje towarzystwo bez ograniczania się w tym, co robili. Bez zawahania przed dotykiem, obaw co do tego, czy ta druga osoba nie uzna go za zbyt bliski i za intymny. Godziny spełniania najskrytszych pragnień. Minuty pełne żaru i ognia, chwile takie jak ta teraz, gdy mógł delikatnie wodzić palcami po zakamarkach jej ciała, zapamiętując je niespiesznie. Poznając to, w jaki sposób na niego reagowała. Uśmiechając się nieznacznie, bo na niego reagowała. Chciała go, odwzajemniała potrzebę bliskości, poddawała się temu tak samo jak on.
To była naprawdę kusząca wizja - zostać w mieszkaniu, nie wychodząc z łóżka, choć przecież jeszcze nie tak dawno robili wstępne plany wymknięcia się światu na dłużej i spędzenia czasu wyłącznie we dwoje.
Tak właściwie to czy miejsce miało jakiekolwiek znaczenie? Liczyło się przecież wyłącznie to, co mieli. Tylko oni i ich chwila a palce Geraldine, jego dziewczyny, sprawiały, że zaczynał poważnie rozważać to czy w ogóle potrzebowali się stąd wychylać.
- Tu czy tam - zaczął, szukając wzrokiem jej spojrzenia, by uśmiechnąć się miękko i bez wątpienia czule, czulej niż kiedykolwiek wcześniej, bo nareszcie mógł sobie na to pozwolić.
- Wszędzie możemy się zaszyć. Mamy co najmniej kilka dni dla siebie. Możemy tu zostać, choć tam też by ci się spodobało - to mogłaby być miła odskocznia, ale czy konieczna?
Niespecjalnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down