15.12.2024, 19:50 ✶
Cielesność nigdy nie była jego mocną stroną - dotyk był dla Dolohova bardziej częścią gierek niż faktycznego poszukiwania cudzego ciepła i bliskości. Nie nawykł do tego. Wychował się w domu pozbawionym takich gestów i wsiąknęło to w niego permanentnie. Pasowało to do obrazu majestatycznego boga będącego ponad wszystkim, niekoniecznie do zagubionego w rzeczywistości chłopaka poszukującego pocieszenia w partnerze. A jednak. Coś... coś sprawiało, że dzisiaj było inaczej.
Objął go szczelnie, ciasno i utonął w tym. W nim. W człowieku, na którym bardzo głęboko polegał, chociaż ciągle wmawiał sam sobie, że byłby w stanie utrzymać ich i jeszcze tłum innych osób mu podlegających. Okazywało się, że w tym wielkim planie zawodziła jedna, drobna sprawa - to że świat to nie było jedynie pociąganie za sznurki i naciskanie na odpowiednie klawisze, aby ustawić się w odpowiedniej pozycji. W tym wszystkim pojawiało się coś jeszcze. Emocje zduszone głęboko, potrzeby zgoła inne niż obsesja i chęć kontrolowania wszystkiego wokół. Czasami tym czego potrzebowali tak maniakalni ludzie było przypomnienie im, że porażki nie oznaczały końca, a zawalenie się sufitu nie oznaczało jeszcze opuszczenia ich przez każdego. Potknięcia były częścią istnienia, powtarzał to wszystkim - nie powinien zapominać tego sam.
- Morpheusie... - załkał, ledwo słyszalnie przez skrycie twarzy w jego koszuli. - Morpheusie przecież ja to udźwignę i zawsze miałem to udźwignąć, ale po co mi to wszystko jak nie będzie w tym ciebie? Ja nie... - Przełknął ślinę, nie dowierzając gdzież zaprowadził go los. - Nigdy nie podejrzewałem scenariusza, w którym naprawdę znikasz i to ja wydałem na ciebie wyrok. Nie-
Znów głucha cisza.
Nie byłeś nigdy częścią tego planu, a jednak kiedy przeszedłem do jego realizacji, wiedziałem dobrze, że wznoszę to dla nas.
- Jestem przerażony.
A niedługo będzie musiał stąd wyjść i udawać.
- N-nie - gula w gardle znów nie pozwalała mu tego powiedzieć.
Odetchnął. Piekło go w przełyk jakby ktoś mu kazał wypić jakiś kwas, a to tylko gorycz i rozpacz wylewały mu się z duszy wszędzie tam, gdzie mogły sięgnąć.
- N-nie chcę cię trrr---
Urwał i już można było pomyśleć, że tego z siebie nie wydusi, ale te słowa wylały się z niego tak, jak woda przebijająca wreszcie wniesioną na przekór niej tamę.
- Stracić cię. Jesteś miłością mojego życia - zadarł głowę w górę, znów zaciskając na nim ręce. Tym, co z niego teraz wybrzmiało była agresja, a nie bezbronność. Płomienna agresja, która stworzyłaby najsmutniejsze czarnomagiczne zaklęcie, jakie widział ten świat. - Jesteś miłością mojego życia, a ja się w tym zdradziłem i - wyraz jego twarzy znów się zmienił, wykrzywił się jak od kwaśnej cytryny i buchnął płaczem jeszcze raz - to cholerne przeznaczenie - i jeszcze raz - jak lokomotywa parowa, lecz tym razem doszło do tego drżenie chuderlawych rąk - I CO JA NIBY MAM ZROBIĆ? - Błagalny ton zdradzał to, jaką miał na to odpowiedź. - Nic. Nie umiem zrobić nic. - Złapał go wyżej, za kołnierz. - C-co ja mam ci obiecywać, że będę dalej sobą? Niech ta cholerna gwiazda zgaśnie, jeżeli to znaczy, że się będę budził z tobą w jednym łóżku nawet na końcu świata. Co mnie niby tu trzyma?!
Objął go szczelnie, ciasno i utonął w tym. W nim. W człowieku, na którym bardzo głęboko polegał, chociaż ciągle wmawiał sam sobie, że byłby w stanie utrzymać ich i jeszcze tłum innych osób mu podlegających. Okazywało się, że w tym wielkim planie zawodziła jedna, drobna sprawa - to że świat to nie było jedynie pociąganie za sznurki i naciskanie na odpowiednie klawisze, aby ustawić się w odpowiedniej pozycji. W tym wszystkim pojawiało się coś jeszcze. Emocje zduszone głęboko, potrzeby zgoła inne niż obsesja i chęć kontrolowania wszystkiego wokół. Czasami tym czego potrzebowali tak maniakalni ludzie było przypomnienie im, że porażki nie oznaczały końca, a zawalenie się sufitu nie oznaczało jeszcze opuszczenia ich przez każdego. Potknięcia były częścią istnienia, powtarzał to wszystkim - nie powinien zapominać tego sam.
- Morpheusie... - załkał, ledwo słyszalnie przez skrycie twarzy w jego koszuli. - Morpheusie przecież ja to udźwignę i zawsze miałem to udźwignąć, ale po co mi to wszystko jak nie będzie w tym ciebie? Ja nie... - Przełknął ślinę, nie dowierzając gdzież zaprowadził go los. - Nigdy nie podejrzewałem scenariusza, w którym naprawdę znikasz i to ja wydałem na ciebie wyrok. Nie-
Znów głucha cisza.
Nie byłeś nigdy częścią tego planu, a jednak kiedy przeszedłem do jego realizacji, wiedziałem dobrze, że wznoszę to dla nas.
- Jestem przerażony.
A niedługo będzie musiał stąd wyjść i udawać.
- N-nie - gula w gardle znów nie pozwalała mu tego powiedzieć.
Odetchnął. Piekło go w przełyk jakby ktoś mu kazał wypić jakiś kwas, a to tylko gorycz i rozpacz wylewały mu się z duszy wszędzie tam, gdzie mogły sięgnąć.
- N-nie chcę cię trrr---
Urwał i już można było pomyśleć, że tego z siebie nie wydusi, ale te słowa wylały się z niego tak, jak woda przebijająca wreszcie wniesioną na przekór niej tamę.
- Stracić cię. Jesteś miłością mojego życia - zadarł głowę w górę, znów zaciskając na nim ręce. Tym, co z niego teraz wybrzmiało była agresja, a nie bezbronność. Płomienna agresja, która stworzyłaby najsmutniejsze czarnomagiczne zaklęcie, jakie widział ten świat. - Jesteś miłością mojego życia, a ja się w tym zdradziłem i - wyraz jego twarzy znów się zmienił, wykrzywił się jak od kwaśnej cytryny i buchnął płaczem jeszcze raz - to cholerne przeznaczenie - i jeszcze raz - jak lokomotywa parowa, lecz tym razem doszło do tego drżenie chuderlawych rąk - I CO JA NIBY MAM ZROBIĆ? - Błagalny ton zdradzał to, jaką miał na to odpowiedź. - Nic. Nie umiem zrobić nic. - Złapał go wyżej, za kołnierz. - C-co ja mam ci obiecywać, że będę dalej sobą? Niech ta cholerna gwiazda zgaśnie, jeżeli to znaczy, że się będę budził z tobą w jednym łóżku nawet na końcu świata. Co mnie niby tu trzyma?!
with all due respect, which is none