16.12.2024, 00:38 ✶
Widać było, że Lestrange nie widzi swoich problemów z gniewem, bo wmówił sobie, że w jego przypadku ten gniew jest oczyszczający, niczym cios gorejącym ostrzem trzymanym przez anioła. Nie znalazł w życiu żadnej wartościowej ambicji, żadnego celu godnego uwagi, więc ubzdurał sobie, że jego powołaniem jest wyplewianie wszelkiego plugastwa, jakie zalęgło się w okolicy. Można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że było to nawet szlachetne, gdyby nie fakt, że za nieczystych uważał wszystkich, którzy nie kładli się krzyżem przed jego majestatem.
Jak miała nie korzystać z wizerunku kogoś takiego, kiedy wiedziała, że właściciel puści pianę z pyska w momencie dowiedzenia się o takim zajściu? Jak miała nie robić na złość, kiedy widok jego rozwścieczonej mordy przynosił jej więcej przyjemności niż jakikolwiek dotyk dziewcząt obsługujący ten przybytek? Maeve żyła dla adrenaliny buzującej w żyłach, goniła za chwilami, w których udowadniała mężczyznom, że nie są nietykalni. Że nie są wyjątkowi.
A jakby się wkurwił, gdyby wiedział, że ją i Stanleya łączy coś więcej niż tylko przyjaźń, jakby usłyszał o ich więzach krwi. I za godnością Bulstrode'a też by pewnie żałował, bo w końcu trzeba być niezłą porażką na tle męskiego rodzaju, kiedy kreujesz się na bożyszcze i jakaś laska spod skośnej gwiazdy spędza z tobą noc, a ty ją tylko uświęcasz w przekonaniu, że woli kobiety.
Ciekawe czy do kolegów też skakałby z mordą i pięścią, wiedząc o tym, jak się szmacą poprzez takie znajomości. Szczerze wątpiła; spojrzenie miał tak tęskne za rozumem, że nie mogło nim kierować nic innego niż chęć znęcania się nad - pozornie - słabszym.
Zarechotała w głos, słysząc wypluwane przez kochasia epitety, które ani nie były twórcze, ani nie były niczym nowym. Niby powinno to niej spłynąć jak po kaczce, ale Mewę zawsze niebotycznie wkurwiało takie prostackie uderzanie po najmniejszej linii oporu.
Dobra, kurwa, może i miała śmieszne, skośne oczy. Ale przynajmniej, w przeciwieństwie do niego, nie podejmowała co rano skurwiałej decyzji, żeby wywalić sobie na łeb pół wiaderka żelu.
- Skośną pizdę to będziesz miał jutro rano pod okiem - wypluła, a potem urwała, zanim zdążyła rozpędzić się w groźbach, bo spostrzegła pędzącą w kierunku jej głowy pięść. Uchyliła się, wyginając grzbiet do tyłu, ale przez to nie miała jak zobaczyć wymierzonego z dołu kopniaka.
Jęknęła w bólu, upadając na kolano. Druga noga nadal się nie ugięła, nie miała najmniejszego zamiaru klękać przed tym kurwim synem. Stwierdziła, że skoro chce przenieść tę walkę do parteru, to z chęcią spełni jego życzenie. Uniosła ręce; prawą dłonią złapała go za kostkę, a lewą za fraki - tak się akurat wydarzyło, że zahaczyła palcami o kieszeń jego spodni. Potem pociągnęła obydwiema mocno, zamierzając ściągnąć Louvaina na podłogę. Z chęcią po nim poskacze.
W trakcie poczuła, jak wokół placów lewej dłoni oplata się jakiś łańcuszek. Cokolwiek to było, przyciągnęła to do siebie i zamknęła ciasno w dłoni. Zawsze jakaś pamiątka.
rzut na wywrócenie chwytem za kostkę
rzut na ściągnięcie na podłogę za fraki
Jak miała nie korzystać z wizerunku kogoś takiego, kiedy wiedziała, że właściciel puści pianę z pyska w momencie dowiedzenia się o takim zajściu? Jak miała nie robić na złość, kiedy widok jego rozwścieczonej mordy przynosił jej więcej przyjemności niż jakikolwiek dotyk dziewcząt obsługujący ten przybytek? Maeve żyła dla adrenaliny buzującej w żyłach, goniła za chwilami, w których udowadniała mężczyznom, że nie są nietykalni. Że nie są wyjątkowi.
A jakby się wkurwił, gdyby wiedział, że ją i Stanleya łączy coś więcej niż tylko przyjaźń, jakby usłyszał o ich więzach krwi. I za godnością Bulstrode'a też by pewnie żałował, bo w końcu trzeba być niezłą porażką na tle męskiego rodzaju, kiedy kreujesz się na bożyszcze i jakaś laska spod skośnej gwiazdy spędza z tobą noc, a ty ją tylko uświęcasz w przekonaniu, że woli kobiety.
Ciekawe czy do kolegów też skakałby z mordą i pięścią, wiedząc o tym, jak się szmacą poprzez takie znajomości. Szczerze wątpiła; spojrzenie miał tak tęskne za rozumem, że nie mogło nim kierować nic innego niż chęć znęcania się nad - pozornie - słabszym.
Zarechotała w głos, słysząc wypluwane przez kochasia epitety, które ani nie były twórcze, ani nie były niczym nowym. Niby powinno to niej spłynąć jak po kaczce, ale Mewę zawsze niebotycznie wkurwiało takie prostackie uderzanie po najmniejszej linii oporu.
Dobra, kurwa, może i miała śmieszne, skośne oczy. Ale przynajmniej, w przeciwieństwie do niego, nie podejmowała co rano skurwiałej decyzji, żeby wywalić sobie na łeb pół wiaderka żelu.
- Skośną pizdę to będziesz miał jutro rano pod okiem - wypluła, a potem urwała, zanim zdążyła rozpędzić się w groźbach, bo spostrzegła pędzącą w kierunku jej głowy pięść. Uchyliła się, wyginając grzbiet do tyłu, ale przez to nie miała jak zobaczyć wymierzonego z dołu kopniaka.
Jęknęła w bólu, upadając na kolano. Druga noga nadal się nie ugięła, nie miała najmniejszego zamiaru klękać przed tym kurwim synem. Stwierdziła, że skoro chce przenieść tę walkę do parteru, to z chęcią spełni jego życzenie. Uniosła ręce; prawą dłonią złapała go za kostkę, a lewą za fraki - tak się akurat wydarzyło, że zahaczyła palcami o kieszeń jego spodni. Potem pociągnęła obydwiema mocno, zamierzając ściągnąć Louvaina na podłogę. Z chęcią po nim poskacze.
W trakcie poczuła, jak wokół placów lewej dłoni oplata się jakiś łańcuszek. Cokolwiek to było, przyciągnęła to do siebie i zamknęła ciasno w dłoni. Zawsze jakaś pamiątka.
rzut na wywrócenie chwytem za kostkę
Rzut Z 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...
rzut na ściągnięcie na podłogę za fraki
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —