16.12.2024, 02:07 ✶
Starość powinna go przerażać. Tak mu się zawsze wydawało, gdy był młodszy. W czasach Hogwartu raczej myślał o tym jak o czymś odległym, ale na swój sposób zniechęcającym, wzbudzającym w nim odrazę. Nawet jeśli czarodzieje starzeli się wolniej od niemagicznego społeczeństwa, to starość wciąż zazwyczaj nie była zbyt udana.
Później miał okazję, by nieco, ale tylko lekko zweryfikować swoje przekonania, zyskując świadomość tego, że choroba raczej z automatu nie zapewniała mu długiego życia. Była raczej gwarantem tego, że nie dożyje późnej starości. Ta po prostu go nie czekała.
Na samym początku się temu sprzeciwiał. Ział gniewem, miał poczucie oszukania, jakby ktoś nagle wytrącił mu niemal wszystkie karty z dłoni i kazał mu grać dalej kilkoma, które jakimś cudem utrzymał w dłoniach. Paradoksalnie to właśnie wtedy podjął najgorsze decyzje, przez które wszystko zjebał. Bo skoro nie czekała na niego żadna przyszłość to co miał do stracenia?
Otóż wszystko. Wszystkie marzenia, dom i rodzinę. Ukochaną kobietę. Teraz również wspomnienia, które w tym momencie kwestionował, bo już nie wiedział, gdzie leżała granica między prawdą a kłamstwem. Nawet tego nie wiedząc, sam zapoczątkował spiralę zniszczenia. Na długo przed tym jak pojął, ile stawiał na szali.
Reszta tego, co się wydarzyło? Skłonności dziedziczone po rodzinie matki, przeklęty dar widmowidzenia? To był wyłącznie krzyż do trumny, choć zawsze żywił przekonanie, że nie będzie mieć takowej, przynajmniej nie w metafizycznym sensie, bo przecież miał żyć pod postacią drzewa. No cóż, to także mu odebrano. Przeklęte widma panoszące się w Kniei przetrzewiały grono przodków. Tu również nadzieja gasła.
Możliwe, że w tej chwili rozmawiali o czymś, co nie miało żadnych szans spełnienia. Oboje to wiedzieli, więc to chyba nawet nie były złudzenia, tylko raczej puste słowa. Nie zapewnienia, nie kłamstwa, nic więcej niż tylko kolejne słowa bez większego znaczenia. Mówili, by mówić. Tak, jakby nikt niczego im nie odebrał. Jakby nadal mieli swoje marzenia. To było gorzkie i nieprawdziwe, ale nie niewłaściwe. Po prostu bez znaczenia.
- Podejdź do tego jak do kolejnego wyzwania. Zawsze potrafiłaś mnie zaskoczyć. Może tu też będziesz mieć okazję, by to zrobić - odpowiedział zmuszając kąciki ust do uniesienia się, choć wesołość niespecjalnie się go trzymała.
Tak właściwie to od momentu, gdy dopiero co się obudzili, kotłując się przez chwilę w pościeli jak ludzie pogrążeni we wspomnieniach, Ambroise nie czuł już niemalże żadnego ciepła.
Tamta chwila zniknęła. Wtedy uśmiechał się do niej jak szczeniak, teraz zmuszał się do mówienia. W tamtej chwili przyciskał czoło do jej czoła a nos do nosa, aktualnie raczej stronił od spojrzenia dziewczyny. Nie było między nimi miejsca na radość, choć Piaskownica kiedyś mu się z tym kojarzyła. Obecnie była tylko pustą skorupą.
Przeszłość zniknęła, rozmyła się. Zaś oni byli dwójką ludzi, którzy siedzieli tuż obok siebie, ale nie ze sobą. Bez dystansu fizycznego, ale psychicznie oddaleni od siebie o setki mil.
Możliwe, że Rina miała rację. Zaręczyny z pewnością dało się zerwać. Małżeństwa również się rozpadały, choć w ich świecie nie było to zbyt częste. Raczej dominowało trwanie przy sobie na papierze i zdrady na boku, osobna sypialnia i zmowa milczenia, nieszczęśliwe spojrzenia posyłane osobie, która miała być na zawsze a która odwracała się w innym kierunku, ale nie robiła tego w taki sposób, aby zraniony małżonek mógł podjąć próbę ułożenia sobie życia na nowo.
Nie chciał myśleć, że mogłoby to być również częścią ich historii. Może nie zdrada, bo przecież co do tego miał całkowitą pewność. Nie zdradziłby jej, ale popsułby wszystko tak czy siak.
Jego marzenia i oczekiwania były zupełnie inne od tego jak wyglądały realia. Prawdopodobnie cholernie by się starał, choć jeśli doszłoby do zaręczyn to czy później udałoby mu się przy tym trwać? Przecież i tak próbował wszystko naprawić. Nie odszedł z dnia na dzień, nawet jeśli dla Geraldine tak to mogło wyglądać, bo starał się nie dawać jej do zrozumienia, że coś go trawiło.
Czy wtedy udałoby mu się nie zawalić sprawy tak jak to zrobił? Gdy miał świadomość, że to niewiele by zmieniło? W tym momencie podburzyła jego pewność, może faktycznie byłby tym, za kogo go miała?
Decyzja o odejściu była najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek podjął i wykonał, jednak może tak było lepiej. Zanim doszło do sformalizowania ich związku. Zanim zmusiłby ją do trwania przy sobie w bagnie. Nie na dobre, wyłącznie na złe i jeszcze gorsze. Może tak było lepiej.
Ale nie chciał, żeby Roselyn była zmuszona do decydowania o czymkolwiek podobnym. By dotyczyła jej sytuacja, w której to ona musiałaby podjąć trudną decyzję. Trwać przy czymś, co miało ją zżerać od środka czy wywołać skandal mogący odbić się na niej po stokroć.
- Prawda? Nie wiem, co elegancik chce osiągnąć. Żona z dobrego domu na pewno pasowałaby do jego otoczki szczurka z Ministerstwa, ale to, że Roselyn na to poszła? Z chujem się łbami pozamieniała - nie mógł sobie darować komentarza, łaskawie nie dodając, że nie ze swoim chujem, bo go jednak nie miała.
A naprawdę nieistotne, jak dużego Borgin miał kutasa. Nie musiała za niego od razu wychodzić. Nie potrzebowała kupować destylarni, żeby popróbować destylatu. Kto jak kto, ale ona powinna to wiedzieć.
- A tak na marginesie to pierwszym, co zrobiła było wyjechanie mi z informacją, że jest dziewicą i na pewno z nim nie wpadła - uściślił, bo ta wieść też raczej w dalszym ciągu go mieszała.
Na tyle, że uznał to za informację wartą dodania do kontekstu sytuacyjnego przez to jak bardzo była absurdalna.
Natomiast w pewnym sensie musiał kiwnąć głową. Słowo racja, co prawda, nie przeszłoby mu przez usta, ale bardzo nieznacznie przytaknął Geraldine w bardziej niewerbalny sposób, choć chwilę później uniósł wzrok w kierunku nieba.
- No nie. Twój brat już nie żyje a moja siostra ocipiała czy tam ochujała, jeden pies - machnął wolną ręką, nie dodając oczywistego.
Tego, że ocenianie kogokolwiek z tamtej dwójki może było warte wykonania, ale nie przez nich. Oni raczej nie mieli zbyt wiele do powiedzenia w zakresie przeżywania życia we właściwy sposób.
Być może kiedyś byli na drodze, która wydawała się odpowiednia, jednak obecnie znacząco z niej zboczyli. Nie mieli szans, aby na nią wrócić, więc przeszłość chyba była bez znaczenia? Nie chciał, żeby tak to wyglądało, ale taka była prawda.
- Zawsze mogło być gorzej i mogli zacząć smalić do siebie cholewki - parsknął cicho w ramach podkreślenia tego, o czym zresztą Yaxleyówna też mówiła - los był naprawdę przewrotny. - To raczej miała być pamiątka rodzinna. Coś do przekazania dalej na stare lata, nie do dźgania wygłodniałego wampira, ale cóż. Tu też się nieźle sprawiła - przyznał, choć nie taki był przecież zamiar kupowania tego mebla.
Teraz to było wyłącznie zbyt optymistyczne myślenie życzeniowe ckliwego debila, który wił sobie gniazdko. Coś, o co lata wcześniej w życiu by się nie posądził a wtedy ewidentnie porwała go chwila.
Patrząc na to przez pryzmat ich dalszego życia i rozpadu wszystkiego, co mieli, to była wyłącznie głupia konsolka. Naprawdę dużo warta durna konsolka, która najpewniej i tak powinna zostać stamtąd wyrzucona wraz z resztą jego rzeczy i wkładu w urządzenie mieszkania, co pewnie właśnie się stało. Raczej wątpił, żeby poza Piaskownicą Rina zostawiła po nim jakikolwiek ślad. Ta materialna strata była zresztą najłagodniejsza.
W obliczu wszystkiego, co się wydarzyło i co nadal się działo, pieniądze nie miały znaczenia.
- Chcesz o niej porozmawiać? - Starał się być przy tym miękki i pełny zrozumienia, nie wpatrując się w nią wprost tylko przyglądając się dziewczynie kątem oka.
Raczej wątpił, by wybrała go na swojego powiernika również tej wizji, tego ciężaru, ale skoro już podjęła z nim ten temat to nie zamierzał nie dać jej do zrozumienia, że mogłaby zrobić i to. Po prostu mu o tym opowiedzieć, wiedząc, że jej wysłucha. Zawsze słuchał, prawda? Nawet jeśli czasami się wściekał.
- Każda zmiana jest trudna - przyznał z wahaniem, obserwując ciemniejący horyzont.
Łuna światła znad morza praktycznie już nie istniała. Latarnia morska nadal świeciła w ciemnościach, ale światła pobliskiego miasteczka już nie odbijały się od chmur. Zamiast tego burza coraz bardziej grzmiała. Była naprawdę blisko. Idealnie wpasowywała się w klimat tego, co trwało w ich życiu.
Tak. Zrozumiał, co Geraldine miała na myśli. Może jednak do pewnego stopnia udawało mu się jeszcze wyczuć to, co mu przekazywała. Szkoda tylko, że to były takie gorzkie słowa. Prawda, ale bolesna i trudna.
- Niektóre przypadki są nie do ocalenia - odpowiedział cicho, unosząc kąciki ust w wyrazie rozgoryczenia.
Sam jej to przecież powiedział, tak? To, że chciała mu pomóc nie oznaczało, że miała tę możliwość. Nie, gdy nie chciał, żeby go ratowała, bo nie uważał, by było jeszcze cokolwiek, co mogłaby zmienić. Nie w tym, co się stało. Zrobiła dostatecznie dużo. To nie była przegrana. Jedynie brutalna rzeczywistość. Czasami każdy musiał odpuścić.
Powinien cieszyć się, że to zrozumiała.
Nie potrafił.
Nie zamierzał tego mówić.
- Astaroth to inna sprawa - zaznaczył nie po to, by być adwokatem małego dupka tylko po to, by wiedziała, że tam była jeszcze nadzieja.
Musiała ją mieć. Nadzieja była wszystkim, szczególnie w tych czasach, gdy ciemność zdawała się wszechogarniająca. Mrok wszystko przysłaniał. Tragedia goniła tragedię. Radzenie sobie z tym było niemalże niemożliwe, szczególnie bez wsparcia. Geraldine musiała mieć chociaż swojego brata. Ten musiał się ogarnąć, stanąć na nogi, zacząć jej pomagać w różnych okolicznościach, również takich jak sprawa doppelgangera.
- Zawsze mam. Jestem nieomylny. Pierdolona wyrocznia - nie brzmiał radośnie, bo czemu by miał?
Przepełniała go gorycz, nic ponadto, nic więcej. Jedynie rozgoryczenie i przeświadczenie, że ze wszystkiego, co miał w zanadrzu - w repertuarze popierdolenia bycie wyrocznią prawdopodobnie byłoby zadziwiająco przydatne.
Tymczasem nie. Przyjemność go nie ominęła, za to wyłącznie jeszcze bardziej mu dowaliła. Zupełnie tak, jakby był skazany na życie przeszłością, bo przyszłość dla niego nie nadchodziła.
Widma mogły mu to zagwarantować. Jeśli Geraldine miała rację i rzeczywiście miały rozpierzchnąć się poza Dolinę, los ich wszystkich stawał pod znakiem zapytania. Nie wiedzieli jak z nimi walczyć, nie mieli o tym bladego pojęcia.
Krąg? Krąg brzmiał jak możliwość znalezienia jakiegoś rozwiązania, ale czy rzeczywiście nim był? Początkowy entuzjazm zaczął opadać niemal szybciej niż się pojawił.
- Czyli krąg je odpycha i przyciąga? Czy były w nim zablokowane? Musisz wyrażać się jaśniej, Ma Moitié - upomniał ją, bo coraz bardziej go w tym plątała.
Choćby chciał (a chciał) nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, w której się znalazła. Szczególnie, że w swoim życiu widział naprawdę dużo kręgów i tak naprawdę był zdania, że nie istnieją dwa identyczne. Każdy miał swoje specyficzne możliwości i ograniczenia, nawet jeśli intencja, która im przyświecała była jedna.
Poza tym pozostawała jeszcze jedna kwestia.
- Animag i wilkołak? Coś ty tam z nimi robiła? - Uniósł brew, tym razem otwarcie posyłając dziewczynie badawcze spojrzenie.
Jej historia była zagmatwana, skomplikowana a on czuł się zmęczony wszystkim, w co obfitowały ostatnie dni. Musiała mówić do niego zdecydowanie jaśniej. A jeszcze lepiej, by to faktycznie rozrysowała. Nieistotne, że nie potrafiła malować. Szkic mógł być wystarczający. Musiał pamiętać, by jej to zaproponować.
- Jeśli Ministerstwo się w to włączyło to pozamiatane. Nie będą w stanie nic z tym zrobić. Na nic się to im nie zda a my nie będziemy w stanie tego zbadać - stwierdził z nieskrywaną niechęcią, w dalszym ciągu nie zwracając uwagi na formę, w której o tym mówił. To, że była wspólna. - Taką pułapkę najlepiej stawiać w kilka osób. To nie sprawa dla jednej. Fakt - kiwnął głową bez zastanowienia. - Jeśli pamiętasz drogę to wciąż należy to sprawdzić - w głosie Ambroisa nie było wahania.
Chciał tam pójść. Tego wymagała sytuacja. Tyle tylko, że nie miał pojęcia, czemu nagle do niego dotarło, o czym tak właściwie rozmawiali. Znowu snuli plany. Kolejna akcja razem. Jeszcze jedna możliwość spędzania ze sobą czasu, robienia czegoś wspólnie, współpracy w zakresie wielkiego zła i co dalej?
Sytuacja wcale się nie zmieniła. Choć nie - była gorsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jak mieli ze sobą współdziałać, gdy nie mieli ku temu żadnych podstaw? Tak, rozmawiali o byciu sojusznikami, jednak przez niego Geraldine krwawiła. Ona też wydarła mu dziurę w piersi.
Nie powinni, prawda?
Ta rozmowa powinna być ich ostatnią.
- Jeśli chcesz się w to angażować, czego wolałbym, żebyś nie robiła, ale przecież i tak mnie nie posłuchasz - uniósł wzrok w kierunku daszku od balkonu, lekko kręcąc głową, ale się nie uśmiechnął. - To prawdopodobnie nadejdzie moment, w którym będziesz do tego zmuszona, więc powinnaś brać to pod uwagę. Konieczność zapewnienia sobie możliwości ucieczki. A wtedy przejdzie ci przez głowę dużo różnych metod, o których gdzieś tam kiedyś usłyszałaś. Uwierz mi, że Exumai powinno być najmocniejszym, po co sięgniesz - był śmiertelnie poważny w tym, co mówił, nie przestając gładzić jej ręką po boku, ale jednocześnie mimowolnie napinając własne ciało.
Jeśli jeszcze chwilę wcześniej potrafił uciec się do ponurego żartu czy uniesienia kącików ust, teraz przestał to robić.
- Zresztą nie będę cię oszukiwać mówiąc, że to jest coś lekkiego i wychodzi za każdym razem, gdy powinno - stwierdził, nie zamierzając rozdrabniać się odnośnie tego, że raczej nie powinno, nigdy, w idealnym świecie nie trzeba byłoby z tego korzystać, ale przecież nie żyli w takim. - Bardzo możliwe, że ci się nie uda a wtedy po prostu spierdalaj. Animagia faktycznie może ci w tym pomóc - na moment zmarszczył brwi, kiwając głową w wyrazie zastanowienia.
To, co powiedziała wcześniej o konfrontacji z widmami pod postacią skunksa miało wiele nieoczekiwanie korzystnych stron. Przede wszystkim mogła przed nimi znacznie szybciej spierdalać. Być może nie rzucając zaklęć, ale będąc zwinniejszą i bardziej zwrotną od standardowego czarodzieja a to z gruntu dawało jej trochę przewagi.
Jeśli by z kimś tam była, niechybnie uczyniłaby z tej drugiej a może nawet i trzeciej osoby lepszy kąsek do wyssania. Choć wiele z pewnością zależałoby od ilości widm, które by tam spotkała. Mimo wszystko z pewnością miałaby sporo szans na ucieczkę.
A kierunek? Zależałby od miejsca, jednak tu też istniało rozwiązanie. Nie posunąłby go każdemu. Raczej nie miał masochistycznych skłonności i nie chciał narażać się na jeszcze większe mentalne cierpienie, więcej lodu i zimna, kolejną dawkę wyczerpania, ale w przypadku Yaxleyówny to wyglądało inaczej niż u kogokolwiek innego. Jej był w stanie to doradzić. Dla niej mógł zrobić ten wyjątek. Bez wahania.
- I drzewa. Nasze dęby. Przyciągają je na tyle, że to jest opcja. Możliwe, że widma dadzą ci sposób, jeśli znajdziesz się pod ich osłoną. Zrezygnują z ciebie na rzecz wysysania energii łatwiejszej do pozyskania - dopowiedział, wolną ręką przecierając zmęczone powieki.
Nie brzmiał dobrze. Był zdecydowanie ponury i zmarkotniały. Nawet nie próbował ukrywać fizycznego wyczerpania. Krycie psychicznego wyrżnięcia również raczej niespecjalnie mu wychodziło, ale w dalszym ciągu powstrzymywał się od pęknięcia.
Starał się zagryźć zęby, celowo unikając zagłębiania się w temat związany z jego rodzinnymi powiązaniami z duchami Kniei i tego, czym w rzeczywistości miała poskutkować opcja, którą podsuwał Geraldine jako wyjście awaryjne.
Dbał o nią. W dalszym ciągu o nią dbał, prawda? Powiedział jej, że to nie miało się zmienić i nie kłamał. Być może zachowywał wiele spraw dla siebie, nie miał zamiaru angażować jej we własne bagno, ale ta część przyrzeczenia nie uległa zmianie. Mogła na niego liczyć. Bardziej niż sądziła.
Tyle tylko, że nie w tym najważniejszym aspekcie codziennego życia. Nie w tym, czego naprawdę chciał i co powinien mieć jej do zaoferowania a nie miał. Zresztą teraz to było już bez znaczenia. Raz wypowiedzianych słów nie dało się cofnąć. To, co od siebie nawzajem usłyszeli miało wystarczyć do całkowitej utraty tej części zaufania.
Sojusznicy, tak?
- Wszystko jest możliwe do zrealizowania - w tym wypadku nie mógł się z nią zgodzić, kwitując to wzruszeniem ramion, jakby to było coś oczywistego. - Natomiast zakładam, że to zależy co najmniej od trzech czynników, z których łącznie pewnie mamy ze dwa - stwierdził, całkiem celowo nie nawiązując kontaktu wzrokowego, choć nie łudził się, że tak jak w jego głowie, tak i w jej mnożyły się różnorodne pytania.
Obawiał się, że odpowiedzi na nie przyniosłyby wyłącznie kolejne i kolejne słowa.
- Wracamy do środka? - Spytał po chwili ciszy, kątem oka patrząc na dziewczynę.
Naprawdę mocno się rozpadało. Burza rozszalała się na dobre. Siedzenie na ganku nie było kłopotliwe, bo dach jakimś cudem praktycznie nie przeciekał, co było o tyle dziwne, że niezadbana konstrukcja mocno się zniszczyła.
Jednakże rozsądniej byłoby wejść do środka. Spojrzeć na zawartość szafek kuchennych, zmyć z siebie resztki śladów poprzedniego dnia. Zapach dymu i swąd śmierdzącego ognia, wilgoć jaskini i całą resztę. Ambroise nie wątpił, że jeśli wcześniej mieli plany wzięcia wspólnej kąpieli, teraz ta część wieczoru poszła się gonić, ale wciąż mogli jeszcze przez chwilę normalnie porozmawiać, szykując się do spania.
Później miał okazję, by nieco, ale tylko lekko zweryfikować swoje przekonania, zyskując świadomość tego, że choroba raczej z automatu nie zapewniała mu długiego życia. Była raczej gwarantem tego, że nie dożyje późnej starości. Ta po prostu go nie czekała.
Na samym początku się temu sprzeciwiał. Ział gniewem, miał poczucie oszukania, jakby ktoś nagle wytrącił mu niemal wszystkie karty z dłoni i kazał mu grać dalej kilkoma, które jakimś cudem utrzymał w dłoniach. Paradoksalnie to właśnie wtedy podjął najgorsze decyzje, przez które wszystko zjebał. Bo skoro nie czekała na niego żadna przyszłość to co miał do stracenia?
Otóż wszystko. Wszystkie marzenia, dom i rodzinę. Ukochaną kobietę. Teraz również wspomnienia, które w tym momencie kwestionował, bo już nie wiedział, gdzie leżała granica między prawdą a kłamstwem. Nawet tego nie wiedząc, sam zapoczątkował spiralę zniszczenia. Na długo przed tym jak pojął, ile stawiał na szali.
Reszta tego, co się wydarzyło? Skłonności dziedziczone po rodzinie matki, przeklęty dar widmowidzenia? To był wyłącznie krzyż do trumny, choć zawsze żywił przekonanie, że nie będzie mieć takowej, przynajmniej nie w metafizycznym sensie, bo przecież miał żyć pod postacią drzewa. No cóż, to także mu odebrano. Przeklęte widma panoszące się w Kniei przetrzewiały grono przodków. Tu również nadzieja gasła.
Możliwe, że w tej chwili rozmawiali o czymś, co nie miało żadnych szans spełnienia. Oboje to wiedzieli, więc to chyba nawet nie były złudzenia, tylko raczej puste słowa. Nie zapewnienia, nie kłamstwa, nic więcej niż tylko kolejne słowa bez większego znaczenia. Mówili, by mówić. Tak, jakby nikt niczego im nie odebrał. Jakby nadal mieli swoje marzenia. To było gorzkie i nieprawdziwe, ale nie niewłaściwe. Po prostu bez znaczenia.
- Podejdź do tego jak do kolejnego wyzwania. Zawsze potrafiłaś mnie zaskoczyć. Może tu też będziesz mieć okazję, by to zrobić - odpowiedział zmuszając kąciki ust do uniesienia się, choć wesołość niespecjalnie się go trzymała.
Tak właściwie to od momentu, gdy dopiero co się obudzili, kotłując się przez chwilę w pościeli jak ludzie pogrążeni we wspomnieniach, Ambroise nie czuł już niemalże żadnego ciepła.
Tamta chwila zniknęła. Wtedy uśmiechał się do niej jak szczeniak, teraz zmuszał się do mówienia. W tamtej chwili przyciskał czoło do jej czoła a nos do nosa, aktualnie raczej stronił od spojrzenia dziewczyny. Nie było między nimi miejsca na radość, choć Piaskownica kiedyś mu się z tym kojarzyła. Obecnie była tylko pustą skorupą.
Przeszłość zniknęła, rozmyła się. Zaś oni byli dwójką ludzi, którzy siedzieli tuż obok siebie, ale nie ze sobą. Bez dystansu fizycznego, ale psychicznie oddaleni od siebie o setki mil.
Możliwe, że Rina miała rację. Zaręczyny z pewnością dało się zerwać. Małżeństwa również się rozpadały, choć w ich świecie nie było to zbyt częste. Raczej dominowało trwanie przy sobie na papierze i zdrady na boku, osobna sypialnia i zmowa milczenia, nieszczęśliwe spojrzenia posyłane osobie, która miała być na zawsze a która odwracała się w innym kierunku, ale nie robiła tego w taki sposób, aby zraniony małżonek mógł podjąć próbę ułożenia sobie życia na nowo.
Nie chciał myśleć, że mogłoby to być również częścią ich historii. Może nie zdrada, bo przecież co do tego miał całkowitą pewność. Nie zdradziłby jej, ale popsułby wszystko tak czy siak.
Jego marzenia i oczekiwania były zupełnie inne od tego jak wyglądały realia. Prawdopodobnie cholernie by się starał, choć jeśli doszłoby do zaręczyn to czy później udałoby mu się przy tym trwać? Przecież i tak próbował wszystko naprawić. Nie odszedł z dnia na dzień, nawet jeśli dla Geraldine tak to mogło wyglądać, bo starał się nie dawać jej do zrozumienia, że coś go trawiło.
Czy wtedy udałoby mu się nie zawalić sprawy tak jak to zrobił? Gdy miał świadomość, że to niewiele by zmieniło? W tym momencie podburzyła jego pewność, może faktycznie byłby tym, za kogo go miała?
Decyzja o odejściu była najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek podjął i wykonał, jednak może tak było lepiej. Zanim doszło do sformalizowania ich związku. Zanim zmusiłby ją do trwania przy sobie w bagnie. Nie na dobre, wyłącznie na złe i jeszcze gorsze. Może tak było lepiej.
Ale nie chciał, żeby Roselyn była zmuszona do decydowania o czymkolwiek podobnym. By dotyczyła jej sytuacja, w której to ona musiałaby podjąć trudną decyzję. Trwać przy czymś, co miało ją zżerać od środka czy wywołać skandal mogący odbić się na niej po stokroć.
- Prawda? Nie wiem, co elegancik chce osiągnąć. Żona z dobrego domu na pewno pasowałaby do jego otoczki szczurka z Ministerstwa, ale to, że Roselyn na to poszła? Z chujem się łbami pozamieniała - nie mógł sobie darować komentarza, łaskawie nie dodając, że nie ze swoim chujem, bo go jednak nie miała.
A naprawdę nieistotne, jak dużego Borgin miał kutasa. Nie musiała za niego od razu wychodzić. Nie potrzebowała kupować destylarni, żeby popróbować destylatu. Kto jak kto, ale ona powinna to wiedzieć.
- A tak na marginesie to pierwszym, co zrobiła było wyjechanie mi z informacją, że jest dziewicą i na pewno z nim nie wpadła - uściślił, bo ta wieść też raczej w dalszym ciągu go mieszała.
Na tyle, że uznał to za informację wartą dodania do kontekstu sytuacyjnego przez to jak bardzo była absurdalna.
Natomiast w pewnym sensie musiał kiwnąć głową. Słowo racja, co prawda, nie przeszłoby mu przez usta, ale bardzo nieznacznie przytaknął Geraldine w bardziej niewerbalny sposób, choć chwilę później uniósł wzrok w kierunku nieba.
- No nie. Twój brat już nie żyje a moja siostra ocipiała czy tam ochujała, jeden pies - machnął wolną ręką, nie dodając oczywistego.
Tego, że ocenianie kogokolwiek z tamtej dwójki może było warte wykonania, ale nie przez nich. Oni raczej nie mieli zbyt wiele do powiedzenia w zakresie przeżywania życia we właściwy sposób.
Być może kiedyś byli na drodze, która wydawała się odpowiednia, jednak obecnie znacząco z niej zboczyli. Nie mieli szans, aby na nią wrócić, więc przeszłość chyba była bez znaczenia? Nie chciał, żeby tak to wyglądało, ale taka była prawda.
- Zawsze mogło być gorzej i mogli zacząć smalić do siebie cholewki - parsknął cicho w ramach podkreślenia tego, o czym zresztą Yaxleyówna też mówiła - los był naprawdę przewrotny. - To raczej miała być pamiątka rodzinna. Coś do przekazania dalej na stare lata, nie do dźgania wygłodniałego wampira, ale cóż. Tu też się nieźle sprawiła - przyznał, choć nie taki był przecież zamiar kupowania tego mebla.
Teraz to było wyłącznie zbyt optymistyczne myślenie życzeniowe ckliwego debila, który wił sobie gniazdko. Coś, o co lata wcześniej w życiu by się nie posądził a wtedy ewidentnie porwała go chwila.
Patrząc na to przez pryzmat ich dalszego życia i rozpadu wszystkiego, co mieli, to była wyłącznie głupia konsolka. Naprawdę dużo warta durna konsolka, która najpewniej i tak powinna zostać stamtąd wyrzucona wraz z resztą jego rzeczy i wkładu w urządzenie mieszkania, co pewnie właśnie się stało. Raczej wątpił, żeby poza Piaskownicą Rina zostawiła po nim jakikolwiek ślad. Ta materialna strata była zresztą najłagodniejsza.
W obliczu wszystkiego, co się wydarzyło i co nadal się działo, pieniądze nie miały znaczenia.
- Chcesz o niej porozmawiać? - Starał się być przy tym miękki i pełny zrozumienia, nie wpatrując się w nią wprost tylko przyglądając się dziewczynie kątem oka.
Raczej wątpił, by wybrała go na swojego powiernika również tej wizji, tego ciężaru, ale skoro już podjęła z nim ten temat to nie zamierzał nie dać jej do zrozumienia, że mogłaby zrobić i to. Po prostu mu o tym opowiedzieć, wiedząc, że jej wysłucha. Zawsze słuchał, prawda? Nawet jeśli czasami się wściekał.
- Każda zmiana jest trudna - przyznał z wahaniem, obserwując ciemniejący horyzont.
Łuna światła znad morza praktycznie już nie istniała. Latarnia morska nadal świeciła w ciemnościach, ale światła pobliskiego miasteczka już nie odbijały się od chmur. Zamiast tego burza coraz bardziej grzmiała. Była naprawdę blisko. Idealnie wpasowywała się w klimat tego, co trwało w ich życiu.
Tak. Zrozumiał, co Geraldine miała na myśli. Może jednak do pewnego stopnia udawało mu się jeszcze wyczuć to, co mu przekazywała. Szkoda tylko, że to były takie gorzkie słowa. Prawda, ale bolesna i trudna.
- Niektóre przypadki są nie do ocalenia - odpowiedział cicho, unosząc kąciki ust w wyrazie rozgoryczenia.
Sam jej to przecież powiedział, tak? To, że chciała mu pomóc nie oznaczało, że miała tę możliwość. Nie, gdy nie chciał, żeby go ratowała, bo nie uważał, by było jeszcze cokolwiek, co mogłaby zmienić. Nie w tym, co się stało. Zrobiła dostatecznie dużo. To nie była przegrana. Jedynie brutalna rzeczywistość. Czasami każdy musiał odpuścić.
Powinien cieszyć się, że to zrozumiała.
Nie potrafił.
Nie zamierzał tego mówić.
- Astaroth to inna sprawa - zaznaczył nie po to, by być adwokatem małego dupka tylko po to, by wiedziała, że tam była jeszcze nadzieja.
Musiała ją mieć. Nadzieja była wszystkim, szczególnie w tych czasach, gdy ciemność zdawała się wszechogarniająca. Mrok wszystko przysłaniał. Tragedia goniła tragedię. Radzenie sobie z tym było niemalże niemożliwe, szczególnie bez wsparcia. Geraldine musiała mieć chociaż swojego brata. Ten musiał się ogarnąć, stanąć na nogi, zacząć jej pomagać w różnych okolicznościach, również takich jak sprawa doppelgangera.
- Zawsze mam. Jestem nieomylny. Pierdolona wyrocznia - nie brzmiał radośnie, bo czemu by miał?
Przepełniała go gorycz, nic ponadto, nic więcej. Jedynie rozgoryczenie i przeświadczenie, że ze wszystkiego, co miał w zanadrzu - w repertuarze popierdolenia bycie wyrocznią prawdopodobnie byłoby zadziwiająco przydatne.
Tymczasem nie. Przyjemność go nie ominęła, za to wyłącznie jeszcze bardziej mu dowaliła. Zupełnie tak, jakby był skazany na życie przeszłością, bo przyszłość dla niego nie nadchodziła.
Widma mogły mu to zagwarantować. Jeśli Geraldine miała rację i rzeczywiście miały rozpierzchnąć się poza Dolinę, los ich wszystkich stawał pod znakiem zapytania. Nie wiedzieli jak z nimi walczyć, nie mieli o tym bladego pojęcia.
Krąg? Krąg brzmiał jak możliwość znalezienia jakiegoś rozwiązania, ale czy rzeczywiście nim był? Początkowy entuzjazm zaczął opadać niemal szybciej niż się pojawił.
- Czyli krąg je odpycha i przyciąga? Czy były w nim zablokowane? Musisz wyrażać się jaśniej, Ma Moitié - upomniał ją, bo coraz bardziej go w tym plątała.
Choćby chciał (a chciał) nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, w której się znalazła. Szczególnie, że w swoim życiu widział naprawdę dużo kręgów i tak naprawdę był zdania, że nie istnieją dwa identyczne. Każdy miał swoje specyficzne możliwości i ograniczenia, nawet jeśli intencja, która im przyświecała była jedna.
Poza tym pozostawała jeszcze jedna kwestia.
- Animag i wilkołak? Coś ty tam z nimi robiła? - Uniósł brew, tym razem otwarcie posyłając dziewczynie badawcze spojrzenie.
Jej historia była zagmatwana, skomplikowana a on czuł się zmęczony wszystkim, w co obfitowały ostatnie dni. Musiała mówić do niego zdecydowanie jaśniej. A jeszcze lepiej, by to faktycznie rozrysowała. Nieistotne, że nie potrafiła malować. Szkic mógł być wystarczający. Musiał pamiętać, by jej to zaproponować.
- Jeśli Ministerstwo się w to włączyło to pozamiatane. Nie będą w stanie nic z tym zrobić. Na nic się to im nie zda a my nie będziemy w stanie tego zbadać - stwierdził z nieskrywaną niechęcią, w dalszym ciągu nie zwracając uwagi na formę, w której o tym mówił. To, że była wspólna. - Taką pułapkę najlepiej stawiać w kilka osób. To nie sprawa dla jednej. Fakt - kiwnął głową bez zastanowienia. - Jeśli pamiętasz drogę to wciąż należy to sprawdzić - w głosie Ambroisa nie było wahania.
Chciał tam pójść. Tego wymagała sytuacja. Tyle tylko, że nie miał pojęcia, czemu nagle do niego dotarło, o czym tak właściwie rozmawiali. Znowu snuli plany. Kolejna akcja razem. Jeszcze jedna możliwość spędzania ze sobą czasu, robienia czegoś wspólnie, współpracy w zakresie wielkiego zła i co dalej?
Sytuacja wcale się nie zmieniła. Choć nie - była gorsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jak mieli ze sobą współdziałać, gdy nie mieli ku temu żadnych podstaw? Tak, rozmawiali o byciu sojusznikami, jednak przez niego Geraldine krwawiła. Ona też wydarła mu dziurę w piersi.
Nie powinni, prawda?
Ta rozmowa powinna być ich ostatnią.
- Jeśli chcesz się w to angażować, czego wolałbym, żebyś nie robiła, ale przecież i tak mnie nie posłuchasz - uniósł wzrok w kierunku daszku od balkonu, lekko kręcąc głową, ale się nie uśmiechnął. - To prawdopodobnie nadejdzie moment, w którym będziesz do tego zmuszona, więc powinnaś brać to pod uwagę. Konieczność zapewnienia sobie możliwości ucieczki. A wtedy przejdzie ci przez głowę dużo różnych metod, o których gdzieś tam kiedyś usłyszałaś. Uwierz mi, że Exumai powinno być najmocniejszym, po co sięgniesz - był śmiertelnie poważny w tym, co mówił, nie przestając gładzić jej ręką po boku, ale jednocześnie mimowolnie napinając własne ciało.
Jeśli jeszcze chwilę wcześniej potrafił uciec się do ponurego żartu czy uniesienia kącików ust, teraz przestał to robić.
- Zresztą nie będę cię oszukiwać mówiąc, że to jest coś lekkiego i wychodzi za każdym razem, gdy powinno - stwierdził, nie zamierzając rozdrabniać się odnośnie tego, że raczej nie powinno, nigdy, w idealnym świecie nie trzeba byłoby z tego korzystać, ale przecież nie żyli w takim. - Bardzo możliwe, że ci się nie uda a wtedy po prostu spierdalaj. Animagia faktycznie może ci w tym pomóc - na moment zmarszczył brwi, kiwając głową w wyrazie zastanowienia.
To, co powiedziała wcześniej o konfrontacji z widmami pod postacią skunksa miało wiele nieoczekiwanie korzystnych stron. Przede wszystkim mogła przed nimi znacznie szybciej spierdalać. Być może nie rzucając zaklęć, ale będąc zwinniejszą i bardziej zwrotną od standardowego czarodzieja a to z gruntu dawało jej trochę przewagi.
Jeśli by z kimś tam była, niechybnie uczyniłaby z tej drugiej a może nawet i trzeciej osoby lepszy kąsek do wyssania. Choć wiele z pewnością zależałoby od ilości widm, które by tam spotkała. Mimo wszystko z pewnością miałaby sporo szans na ucieczkę.
A kierunek? Zależałby od miejsca, jednak tu też istniało rozwiązanie. Nie posunąłby go każdemu. Raczej nie miał masochistycznych skłonności i nie chciał narażać się na jeszcze większe mentalne cierpienie, więcej lodu i zimna, kolejną dawkę wyczerpania, ale w przypadku Yaxleyówny to wyglądało inaczej niż u kogokolwiek innego. Jej był w stanie to doradzić. Dla niej mógł zrobić ten wyjątek. Bez wahania.
- I drzewa. Nasze dęby. Przyciągają je na tyle, że to jest opcja. Możliwe, że widma dadzą ci sposób, jeśli znajdziesz się pod ich osłoną. Zrezygnują z ciebie na rzecz wysysania energii łatwiejszej do pozyskania - dopowiedział, wolną ręką przecierając zmęczone powieki.
Nie brzmiał dobrze. Był zdecydowanie ponury i zmarkotniały. Nawet nie próbował ukrywać fizycznego wyczerpania. Krycie psychicznego wyrżnięcia również raczej niespecjalnie mu wychodziło, ale w dalszym ciągu powstrzymywał się od pęknięcia.
Starał się zagryźć zęby, celowo unikając zagłębiania się w temat związany z jego rodzinnymi powiązaniami z duchami Kniei i tego, czym w rzeczywistości miała poskutkować opcja, którą podsuwał Geraldine jako wyjście awaryjne.
Dbał o nią. W dalszym ciągu o nią dbał, prawda? Powiedział jej, że to nie miało się zmienić i nie kłamał. Być może zachowywał wiele spraw dla siebie, nie miał zamiaru angażować jej we własne bagno, ale ta część przyrzeczenia nie uległa zmianie. Mogła na niego liczyć. Bardziej niż sądziła.
Tyle tylko, że nie w tym najważniejszym aspekcie codziennego życia. Nie w tym, czego naprawdę chciał i co powinien mieć jej do zaoferowania a nie miał. Zresztą teraz to było już bez znaczenia. Raz wypowiedzianych słów nie dało się cofnąć. To, co od siebie nawzajem usłyszeli miało wystarczyć do całkowitej utraty tej części zaufania.
Sojusznicy, tak?
- Wszystko jest możliwe do zrealizowania - w tym wypadku nie mógł się z nią zgodzić, kwitując to wzruszeniem ramion, jakby to było coś oczywistego. - Natomiast zakładam, że to zależy co najmniej od trzech czynników, z których łącznie pewnie mamy ze dwa - stwierdził, całkiem celowo nie nawiązując kontaktu wzrokowego, choć nie łudził się, że tak jak w jego głowie, tak i w jej mnożyły się różnorodne pytania.
Obawiał się, że odpowiedzi na nie przyniosłyby wyłącznie kolejne i kolejne słowa.
- Wracamy do środka? - Spytał po chwili ciszy, kątem oka patrząc na dziewczynę.
Naprawdę mocno się rozpadało. Burza rozszalała się na dobre. Siedzenie na ganku nie było kłopotliwe, bo dach jakimś cudem praktycznie nie przeciekał, co było o tyle dziwne, że niezadbana konstrukcja mocno się zniszczyła.
Jednakże rozsądniej byłoby wejść do środka. Spojrzeć na zawartość szafek kuchennych, zmyć z siebie resztki śladów poprzedniego dnia. Zapach dymu i swąd śmierdzącego ognia, wilgoć jaskini i całą resztę. Ambroise nie wątpił, że jeśli wcześniej mieli plany wzięcia wspólnej kąpieli, teraz ta część wieczoru poszła się gonić, ale wciąż mogli jeszcze przez chwilę normalnie porozmawiać, szykując się do spania.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down