Nie zapraszaj...
Tak łatwo było poddawać się dotykowi, przylgnąć do drugiego ciała, tak łatwo było być lodem topiącym się w żarze żywego, pulsującego serca. Czy Jonathanowi się przesłyszało, czy jego organ niestrudzenie wtłaczający krew zlał się z brzmieniem drugiego, który choć nie miał krwi, postanowił bić mimo wszystko.
...ofiarowałeś mi pocałunek, który obudził moje serce...
Tych słów już nie było w materialnym świecie, nie bardziej niż kupka popiołu zdobiąca nadgryziony płomieniem blat stolika herbacianego, ale Jonathan od samego początku nie wierzył słowom, szukając faktów w czynach swojego oponenta. Mógł więc dać na moment porwać się doświadczeniu, tak odmiennemu od spodziewanego efektu całego spotkania. Kły nie raniły warg, ramiona nie oplotły go boleśnie, a świat, zamglony świat, stanął na moment w obliczu miękkiej chwili błagającej o więcej.
– Przecież już wychodzę... – odpowiedział mu w duchocie ich bliskości, nie odsuwając się jeszcze, bezczelnie drocząc się, trochę jak chwilę temu, gdy przekraczał próg, choć zupełnie inaczej. – Nawet jeśli w tak widowiskowy sposób zdewastowałeś moje wielkie wyjście. Już wychodzę – niemal szeptał, głosem aksamitnym i kojącym, którym zwykł szeptać barwne opowiastki nim zasypiali razem o świcie, gdy leżeni wtuleni a jedynym ruchem była miarowo unosząca się klatka piersiowa Jonatahana, i dłoń przeczesująca leniwie jego krucze pukle. Hrabia, podobnie jak Jonathan, osadził w nim spojrzenie. W nim i tylko w nim, jakby nie chciał zerwać tej nici, jakby siłowali się po raz ostatni, kto pierwszy odwróci wzrok. Po raz ostatni. Po raz ostatni dziś.
– Mam nadzieję, mon ami, że koszmary nie będą Cię dłużej dręczyć. Mam nadzieję, że tej nocy przyśni Ci się coś przyjemnego... – Tym razem to on wysunął głowę w przód, ujął w dłoń policzek swojego gospodarza, wspiął się lekko i przegrał kolejny raz, przymykając powieki i tracąc kontakt wzrokowy kosztem skradzionego ostatniego całusa. Lekkiego, niewinnego w swojej istocie, tak odmiennej od istoty obdarzającego. Na dobry sen. Rozgrzewający sen. W żaden sposób nie spokojny sen.
A potem odsunął się i starą, wojskową szkołą wyprostował się i skinął głową na pożegnanie, łącząc obcasy w cichym stukocie.
– Będę wypatrywać listu Ciebie – dodał jeszcze miękko, lekko ochryple, po czym odwrócił się znów w prawo, wracając na swoją ścieżkę do wyjścia.
Tak łatwo było poddawać się dotykowi, przylgnąć do drugiego ciała, tak łatwo było być lodem topiącym się w żarze żywego, pulsującego serca. Czy Jonathanowi się przesłyszało, czy jego organ niestrudzenie wtłaczający krew zlał się z brzmieniem drugiego, który choć nie miał krwi, postanowił bić mimo wszystko.
...ofiarowałeś mi pocałunek, który obudził moje serce...
Tych słów już nie było w materialnym świecie, nie bardziej niż kupka popiołu zdobiąca nadgryziony płomieniem blat stolika herbacianego, ale Jonathan od samego początku nie wierzył słowom, szukając faktów w czynach swojego oponenta. Mógł więc dać na moment porwać się doświadczeniu, tak odmiennemu od spodziewanego efektu całego spotkania. Kły nie raniły warg, ramiona nie oplotły go boleśnie, a świat, zamglony świat, stanął na moment w obliczu miękkiej chwili błagającej o więcej.
– Przecież już wychodzę... – odpowiedział mu w duchocie ich bliskości, nie odsuwając się jeszcze, bezczelnie drocząc się, trochę jak chwilę temu, gdy przekraczał próg, choć zupełnie inaczej. – Nawet jeśli w tak widowiskowy sposób zdewastowałeś moje wielkie wyjście. Już wychodzę – niemal szeptał, głosem aksamitnym i kojącym, którym zwykł szeptać barwne opowiastki nim zasypiali razem o świcie, gdy leżeni wtuleni a jedynym ruchem była miarowo unosząca się klatka piersiowa Jonatahana, i dłoń przeczesująca leniwie jego krucze pukle. Hrabia, podobnie jak Jonathan, osadził w nim spojrzenie. W nim i tylko w nim, jakby nie chciał zerwać tej nici, jakby siłowali się po raz ostatni, kto pierwszy odwróci wzrok. Po raz ostatni. Po raz ostatni dziś.
– Mam nadzieję, mon ami, że koszmary nie będą Cię dłużej dręczyć. Mam nadzieję, że tej nocy przyśni Ci się coś przyjemnego... – Tym razem to on wysunął głowę w przód, ujął w dłoń policzek swojego gospodarza, wspiął się lekko i przegrał kolejny raz, przymykając powieki i tracąc kontakt wzrokowy kosztem skradzionego ostatniego całusa. Lekkiego, niewinnego w swojej istocie, tak odmiennej od istoty obdarzającego. Na dobry sen. Rozgrzewający sen. W żaden sposób nie spokojny sen.
A potem odsunął się i starą, wojskową szkołą wyprostował się i skinął głową na pożegnanie, łącząc obcasy w cichym stukocie.
– Będę wypatrywać listu Ciebie – dodał jeszcze miękko, lekko ochryple, po czym odwrócił się znów w prawo, wracając na swoją ścieżkę do wyjścia.