— Jeśli to tak działa, weź moje, ale mi nie opowiadaj — zaśmiał się, nawet szczerze, marszcząc przy tym nos. Z całym układem był taki problem, że Morpheus mógłby słuchać dokładnych opisów życia erotycznego Antoniusza, szczerze mu coś podpowiedzieć, nawet rozentuzjazmowane opisy uderzającej o siebie skóry nie byłyby w stanie wyprowadzić go z równowagi. Z jednym małym ale. Nie chodziło nawet o to, że Shafiq zachowywał takie detale dla siebie, bo z natury w tej kwestii wylewny nie byl. Tym ale była sama tożsamość jego połowicy.
Przynajmniej teraz Antoniusz nie mógł go oceniać, nawet jeżeli pewne imię nie padło między nimi głośno, nie zawisło w przestrzeni. Nie musiało przecież, Shafiq wiedział o runie pamięci, brzydkiej bliźnie, zanim Anam Cara nauczył się ciąć eleganckie kształty na swojej skórze.
— Lustra, róże, zegary... — burnął pod nosem, bardzo niezadowolony z symboliki wszystkiego. Miał wrażenie, że powoli dostawał paranoi, związanej z tym, aby widzieć dalej, więcej. Chwycił swoją filiżankę z herbatą i eliksirem nasennym. Spojrzał na Antoniusza. — Twoje zdrowie!
Zanim zdążył jednak napić się mieszaniny, na tafli odbiło się coś więcej, niż to, co powinno. Dłoń Morpheusa zadrżała. Nie widywał symboli dla samego siebie, więc to nie była wróżba z fusów, a cichy szept przyszłości.
Moneta (spłata długu)
— Mojry wspominają coś o supełkach spłaty długu — oznajmił mu. Czyjego wobec kogo, nie wiedział.