17.12.2024, 00:32 ✶
Może i Opieka nad Magicznymi Stworzeniami nie była ulubionym przedmiotem Basiliusa, ale Prewett też nigdy nie narzekał, że wybrał te zajęciami. Po pierwsze lubił wszystko co wiązało się z naukami przyrodniczymi, a po drugie na czwartym roku swojej edukacji w Hogwarcie nie był jeszcze do końca pewny, jakim uzdrowicielem chciałby zostać. Nie było więc wykluczone, że może w przyszłości będzie zajmował się urazami po spotkaniu nieuważnych czarodziejów z magicznymi stworzeniami właśnie.
Prawdę mówiąc miał się pojawić na zajęciach trochę wcześniej, niż się pojawił, tak aby zająć dobre miejsce, ale wyjątkowo wyszedł nieco za późno, a że tempo jego chodzenia nie należało do najszybszych, by nie powiedzieć że po prostu było wolne, to stracił te kilka minut, które pozwoliłoby mu wyprzedzić część grupy i wybrać miejsce z większej ilości ławek.
Posłuchał więc polecenia Kettleburna i skierował się w stronę Reginy, aby dosiąść się do niej, posyłając jej uśmiech na przywitanie. Nie trudno było zauważyć, że rosła Puchonka wyróżniała się z tłumi swoim wzrostem i oczywiście nie dało się również nie usłyszeć nigdy pewnych żartów z tym związanych, posyłanych pod adresem Rowle, ale prawdę mówiąc czarownica mogłaby mieć na głowie i skrzydła hipogryfa, a i tak by się do niej bez problemu przysiadł o ile te skrzydła nie przeszkadzałyby mu w nauce. Poza tym niektórzy uczniowie byli po prostu bardzo durni.
Rozmowy o meczu Quidditcha powoli zaczynały cichnąć, co przyjął z pewnym zadowoleniem, nawet jeśli sam sport był dla Basiliusa obojętny. Grać nigdy nie mógł, bo chyba doprowadziłby tym do zawału siebie, matką jak i uzdrowicieli, ale zawsze chętnie kibicował swojemu domowi, nawet jeśli czasem nie pojawiał się na widowni.
Profesor ponaglił ich do odpowiedzi, a on spojrzał pytająco na koleżankę z ławki bo prawdę mówiąc nie miał pomysłu co mogli dzisiaj omawiać, zwłaszcza że najwyraźniej ich jedynie wskazówką, jak na ten moment było krótkie domyślcie się.
I tak jak cenił wiedzę ich profesora, tak miał nieodparte wrażenie, że może ze swoją ryzykowną naturą, nie był on dobrym materiałem na nauczyciela niepełnoletnich czarodziejów i gdyby nie to, że miał w sobie jednak całkiem sporo przyzwoitości, już dawno założyłby się z kimś o to, czy do końca ich pobytu w Hogwarcie ktoś nie straci przez Kettleburna jakiejś kończyny.
Nie oznaczało to jednak, że nie mógł przyjmować jakichkolwiek zakładów.
– Dwa galeony na to, że to toksyczek – mruknął cicho w stronę Reginy, tak aby przypadkiem nie usłyszał ich profesor.
Prawdę mówiąc miał się pojawić na zajęciach trochę wcześniej, niż się pojawił, tak aby zająć dobre miejsce, ale wyjątkowo wyszedł nieco za późno, a że tempo jego chodzenia nie należało do najszybszych, by nie powiedzieć że po prostu było wolne, to stracił te kilka minut, które pozwoliłoby mu wyprzedzić część grupy i wybrać miejsce z większej ilości ławek.
Posłuchał więc polecenia Kettleburna i skierował się w stronę Reginy, aby dosiąść się do niej, posyłając jej uśmiech na przywitanie. Nie trudno było zauważyć, że rosła Puchonka wyróżniała się z tłumi swoim wzrostem i oczywiście nie dało się również nie usłyszeć nigdy pewnych żartów z tym związanych, posyłanych pod adresem Rowle, ale prawdę mówiąc czarownica mogłaby mieć na głowie i skrzydła hipogryfa, a i tak by się do niej bez problemu przysiadł o ile te skrzydła nie przeszkadzałyby mu w nauce. Poza tym niektórzy uczniowie byli po prostu bardzo durni.
Rozmowy o meczu Quidditcha powoli zaczynały cichnąć, co przyjął z pewnym zadowoleniem, nawet jeśli sam sport był dla Basiliusa obojętny. Grać nigdy nie mógł, bo chyba doprowadziłby tym do zawału siebie, matką jak i uzdrowicieli, ale zawsze chętnie kibicował swojemu domowi, nawet jeśli czasem nie pojawiał się na widowni.
Profesor ponaglił ich do odpowiedzi, a on spojrzał pytająco na koleżankę z ławki bo prawdę mówiąc nie miał pomysłu co mogli dzisiaj omawiać, zwłaszcza że najwyraźniej ich jedynie wskazówką, jak na ten moment było krótkie domyślcie się.
I tak jak cenił wiedzę ich profesora, tak miał nieodparte wrażenie, że może ze swoją ryzykowną naturą, nie był on dobrym materiałem na nauczyciela niepełnoletnich czarodziejów i gdyby nie to, że miał w sobie jednak całkiem sporo przyzwoitości, już dawno założyłby się z kimś o to, czy do końca ich pobytu w Hogwarcie ktoś nie straci przez Kettleburna jakiejś kończyny.
Nie oznaczało to jednak, że nie mógł przyjmować jakichkolwiek zakładów.
– Dwa galeony na to, że to toksyczek – mruknął cicho w stronę Reginy, tak aby przypadkiem nie usłyszał ich profesor.