17.12.2024, 03:33 ✶
- No cóż. Jesteś siostrą Thomasa. Możliwe, że macie to w genach. Nie można tego zupełnie wykluczył - pozwolił sobie postawić sprawę stosunkowo jasno, nie uciekając się do zapewniania Nory, że nie, w żadnym razie nie była ulubienicą sadystycznych gierek losu.
Raczej i tak dalej żywiłaby swoje przekonania. Niespecjalnie by mu w to uwierzyła, bo średnio potrafił mamić jej oczy, zresztą przecież nigdy się nie starał. Poza tym raczej był szczerym człowiekiem dla swoich bliskich, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie uciekał się do kłamstwa tam, gdzie nie trzeba było go wciskać. Dzięki temu przynajmniej miał trochę zaufania.
Choć chyba nie w zakresie samoobrony, bo może doniczka jednak została odrzucona, ale miał wrażenie, że duch patelni nadal z nimi pozostał. Nie dawał się tak łatwo odegnać, nawet mimo tych wszystkich porad postępowania.
- Kostki - rzucił krótko, prosto i bez wahania. - Jak wiesz, że nie możesz w górę to wal w dół. Kostki i kolana. Ścięgna, splot słoneczny, jaja. Dobra doniczka... ...cóż - nie zamierzał mimowolnie się krzywić, bo przecież to go nie dotyczyło, ale nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że sama świadomość nieco go zabolała.
Natomiast to zawsze była jakaś opcja. W żadnym wypadku nie spodziewał się prowadzenia dzisiaj podobnej rozmowy ani tym bardziej zalecania Figgównie strzelania ludzi ceramiką po jądrach, ale z dwojga złego lepiej, żeby znała wszystkie swoje nieoczywiste opcje, nawet jeśli nigdy by z nich nie skorzystała.
- Zajmujecie? Robicie? - Zamrugał dwa razy, wkładając w to całą teatralność, jaka w nim pozostała tego dnia, szczególnie w autentycznie urażony ton głosu. - Nie wiem, za kogo ty mnie masz, ale naprawdę sądziłem, że moja opinia w twoich oczach nie jest aż tak poszlakowana - stwierdził, cmokając z niezadowoleniem.
W teorii chyba nawet wiedział, kogo powinien obwiniać za nagła zmianę zdania o tym, jakim to był kulturalnym i ze wszech miar spokojnym człowiekiem. Przeklęty Thomas, ten jego długi jęzor i wspomnienia z Hogwartu, które ciągnęły się dosłownie bez końca. Nie to, by Ambroise rzeczywiście miał coś przeciwko temu. Tak właściwie to całkiem go to bawiło, ale podtrzymywanie wrażenia nadąsania nie było trudne.
- Nie, zdecydowanie nie chcę tego robić - dla przykładu: mógł machnąć ręką dokładnie tak jak to teraz robił, odganiając od siebie widmo prowadzenia rozmowy na temat futrzaka.
Nie, zdecydowanie zbyt dobrze wiedział, że to była bezcelowa dyskusja. Nora miała dwa tysiące sto trzydzieści siedem powodów, które bardzo chętnie wyciągała, próbując przekonywać otoczenie do posiadania kota a on migał się od tego stanowczo zbyt wiele razy, aby znów dać się złapać w te sidła.
Ledwo radził sobie ze sobą (a przynajmniej usilnie tak twierdził), co dopiero miałby ze zwierzakiem i to z cyklu tych, za którymi naprawdę nie przepadał. Kilka lat temu rozważał posiadanie psa. Nawet dwóch, jednak w tej chwili również te myśli poszły w odstawkę. Nie potrzebował się wiązać, ściągać sobie na głowę odpowiedzialności za inną istotę. Nic z tych rzeczy. W żadnym wypadku.
- Mówisz, że stworzy swój jebany azyl dla mandragor? Roślinny żłobek? - Tego wieczoru zdecydowanie nie próbował miarkować się w słowach, to nie była sytuacja, która zasługiwałaby na delikatność i wyważenie w tym, co mówił.
Nie, zdecydowanie nie. Szczerze uważał, że cokolwiek stało się z Mirabellą, ciotka Nory tego dnia nie była sobą. Zachowywała się jak ktoś niespełna rozumu. Wariatka rzeczywiście skłonna do tego, aby wykształtować sobie gigantyczną kopułkę do badania rozwoju nekromantycznych mandragor i przejść do ich rozmnażania.
Szczególnie z pomocą swojego asystenta. Bezmyślnego chuja bez odrobiny pomyślunku, choć może lepiej byłoby to nazwać brakiem empatii? To, co odstawiał tamten człowiek zakrawało na chęć krwawego poświęcenia reszty osób w pomieszczeniu, aby każda mandragora przeżyła. Tacy ludzie zasługiwali na coś więcej niż wrzaski ze strony Roselyn, na nich nawet ta nieszczęsna patelnia Nory byłaby za słaba. Zresztą wciąż uważał, że do niczego się nie nadawała.
Wzruszył ramionami. Ponownie. To był zdecydowanie jego ulubiony ruch ciała. Przynajmniej w ostatnich miesiącach. To i głośne, znaczące westchnienie, bez którego teraz też się nie obyło.
- Ależ oczywiście, że tak - przyznał bez ogródek.
Prawdę mówiąc, gdyby nadarzyła się ku temu okazja, pewnie sam wziąłby ten nieszczęsny przedmiot kuchenny w dłoń, wykonując ze dwa czy trzy teatralne zamachnięcia w powietrzu tylko po to, aby pokazać Figgównie, o czym mówił. Trzeba było od cholery siły, aby rozważać użycie czegoś takiego.
A jeszcze więcej samozaparcia, żeby słuchać tego, co jeszcze miała mu do powiedzenia. Tego o kotach. Temat powrócił. Z dwojga złego już wolał dostać patelnią niż ponownie słuchać miliardów zalet posiadania kota. Skwitował to wyłącznie machnięciem ręki.
Miał nadzieję zbić temat bez odzywania się, tym bardziej, że w zakresie zwierząt naprawdę nie miał zbyt wiele do powiedzenia. A o kotach w dodatku dobrego. Nic dobrego do powiedzenia. Nie miała go do tego przekonać, zdecydowanie mogła to sobie darować. Jego wola była silna.
Zresztą miał wrażenie, że plan był bliski tego, by się powieść, bo rozmowa znowu płynnie przeskoczyła na te botaniczne kwestie, o których miał już zdecydowanie więcej do opiniowania. Nora zresztą też. Zgodził się z nią bez wahania, kiwając głową.
- Jesteś specjalistką od kolorków, nie mam tu wiele do dodania - przyznał, dolewając sobie alkoholu, bo sam nie wiedział, kiedy wychylił kolejny kieliszek, po prostu to zrobił. - Ostrożność to w tych czasach niespecjalnie dostrzegalna cecha - to nie były założenia a najczystsza prawda.
Choć właściwie nie - nie, nie najczystsza, bo jego oddział był w istocie jednym z brudniejszych. Nie musiał raczej wnikać w to, co o tym decydowało. Natura raczej nie dawała się oszukać. Była nieubłagana. O tym też coś wiedział.
- Podrzucę ci kilka pod koniec tygodnia. Ewentualnie mogę ci udostępnić trochę przestrzeni w bibliotece, jeśli ciągnie cię do czytania w spokoju - zaoferował pomny tego, co powiedziała o kotach i Mabel.
O skradaniu się i tak dalej.
Tak jak mówił - on sam by tu nie wytrzymał, szczególnie nie na trzeźwo. Nie lubił zawracania mu głowy raz po raz. Ani dyszenia w kark. Ani wyskakiwania zza rogu. Tak właściwie to chyba po prostu nie lubił kotów... ...ani dzieci. Szczególnie obecnie.
- Dobry bimber na ogół jest mocny, ten zdecydowanie nie odbiega od normy - stwierdził, nawet jeśli było mu daleko do konesera. - Klasa. Naprawdę - dodał jeszcze, na te słowa wychylając kieliszek i nawet się przy tym nie krzywiąc.
Osobiście preferował ognistą, ale w gruncie rzeczy bimber też był niezły. Praktycznie przestał wyzwalać w nim jakiekolwiek wspomnienia. Szczególnie, gdy smakował zupełnie inaczej od tego, do którego miał okazję się wcześniej przekonać. Zresztą to nie był ani czas, ani pora na porównania. Szczególnie, gdy Figgówna próbowała zbić jego starania w byciu dobrym towarzyszem picia. Niedoczekanie.
- Ja? Twoim gościem? Od kiedy? - Sama z pewnością musiała dostrzec jak cholernie śmiesznie zabrzmiała mówiąc te słowa, jednak sam też zdecydowanie zamierzał jej to uświadomić, parskając pod nosem pełen rozbawienia i kwitując to znaczącym mhm, do którego mógłby dodać jeszcze bardziej wymowne a tu mi hipogryf popierdala, ale to już sobie darował.
Raczej nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję poczuć się tutaj kimś innym od domownika. Szczególnie wtedy, gdy Thomasa ani nikogo innego nie było w zasięgu bojowego zadania. Jeśli Nora nagle chciała traktować go jako swojego gościa to raczej nie planował respektować podobnego pierdolenia.
Może i był zmęczony. Najpewniej równie mocno, co ona, jednak nie był przecież z cukru. Nie miał się rozmoczyć pod wpływem kilku kolejnych ruchów w kuchni. Przygotowania czegoś, co faktycznie była w stanie pić z przyjemnością. Raczej mu to nie groziło.
Prócz tego, nawet jeśli miałby być tu gościem, to jego gospodyni zasługiwała na to, żeby posiedzieć na tyłku. Dostatecznie dużo dziś zrobiła. Miała od cholery wrażeń. Zresztą przecież w każdej chwili mógł zagrać kartą rewanżu za napędzenie jej stracha, choć wolałby, żeby po prostu zaakceptowała ofertę.
Zaraz zresztą przeszedł do bardziej stanowczego, bezpośredniego działania, wyciągając z głowy kilka nazw czegoś, co był w stanie odtworzyć bez jej pomocy. Resztę musiała mu podać, jeśli oczekiwała czegoś innego, jednak raczej wydawało mu się, że nie powinna.
Młode kobiety na ogół zamawiały coś z podobnego repertuaru, co nieco miał z tym doświadczenia, szczególnie ostatnio, nawet jeśli nie było się do końca czym chwalić. Raczej nie powrotem do stanu, w którym musiał znosić pierdylionowe czcze rozmowy i udawać, że faktycznie ma ochotę skosztować ulepku z kieliszka panny, żeby tylko mieć okazję, by się do niej bezczelnie zbliżyć.
- Pink squirrel? Piña colada? Grasshopper? Coś powiedzmy, że mniej cukrzonego? Sloe gin fizz? - Spytał, praktycznie bez słowa zsuwając się ze stołka, bo przecież nie musiała udawać z tym bimbrem.
Doskonale dostrzegał, że się z tym męczyła a jaki był sens chlania dla chlania? No, powiedzmy, że to była kategoria głupie pytania, bo przecież doskonale wiedział, dlaczego. A po takim dniu tym bardziej byłoby to całkiem usprawiedliwione. Tyle tylko, że no - nie zamierzał korzystać z tego specjalnego traktowania, które pojawiło się pod wpływem trudnego dnia. Jeśli czegoś nie potrzebował to taryfy ulgowej.
- Ile będziesz tego pić? Coś bardziej jak kubełek do lodu czy idziemy od razu w wiadrach? - Pomimo lekkości w głosie, zadał to pytanie nie bez powodu, po prostu chciało mu się to odbębnić raz a dobrze i usiąść do dalszego picia.
Szczególnie, że raczej potrzebował jeszcze kilku kolejek bimbru, nawet jeśli ona miała sobie sączyć w tym czasie swojego drinka. Nie miał nic przeciwko temu, wbijając pytające spojrzenie w Norę i oczekując jasnej odpowiedzi - czego dusza chciała i w jak bardzo przemysłowych ilościach.
Raczej i tak dalej żywiłaby swoje przekonania. Niespecjalnie by mu w to uwierzyła, bo średnio potrafił mamić jej oczy, zresztą przecież nigdy się nie starał. Poza tym raczej był szczerym człowiekiem dla swoich bliskich, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie uciekał się do kłamstwa tam, gdzie nie trzeba było go wciskać. Dzięki temu przynajmniej miał trochę zaufania.
Choć chyba nie w zakresie samoobrony, bo może doniczka jednak została odrzucona, ale miał wrażenie, że duch patelni nadal z nimi pozostał. Nie dawał się tak łatwo odegnać, nawet mimo tych wszystkich porad postępowania.
- Kostki - rzucił krótko, prosto i bez wahania. - Jak wiesz, że nie możesz w górę to wal w dół. Kostki i kolana. Ścięgna, splot słoneczny, jaja. Dobra doniczka... ...cóż - nie zamierzał mimowolnie się krzywić, bo przecież to go nie dotyczyło, ale nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że sama świadomość nieco go zabolała.
Natomiast to zawsze była jakaś opcja. W żadnym wypadku nie spodziewał się prowadzenia dzisiaj podobnej rozmowy ani tym bardziej zalecania Figgównie strzelania ludzi ceramiką po jądrach, ale z dwojga złego lepiej, żeby znała wszystkie swoje nieoczywiste opcje, nawet jeśli nigdy by z nich nie skorzystała.
- Zajmujecie? Robicie? - Zamrugał dwa razy, wkładając w to całą teatralność, jaka w nim pozostała tego dnia, szczególnie w autentycznie urażony ton głosu. - Nie wiem, za kogo ty mnie masz, ale naprawdę sądziłem, że moja opinia w twoich oczach nie jest aż tak poszlakowana - stwierdził, cmokając z niezadowoleniem.
W teorii chyba nawet wiedział, kogo powinien obwiniać za nagła zmianę zdania o tym, jakim to był kulturalnym i ze wszech miar spokojnym człowiekiem. Przeklęty Thomas, ten jego długi jęzor i wspomnienia z Hogwartu, które ciągnęły się dosłownie bez końca. Nie to, by Ambroise rzeczywiście miał coś przeciwko temu. Tak właściwie to całkiem go to bawiło, ale podtrzymywanie wrażenia nadąsania nie było trudne.
- Nie, zdecydowanie nie chcę tego robić - dla przykładu: mógł machnąć ręką dokładnie tak jak to teraz robił, odganiając od siebie widmo prowadzenia rozmowy na temat futrzaka.
Nie, zdecydowanie zbyt dobrze wiedział, że to była bezcelowa dyskusja. Nora miała dwa tysiące sto trzydzieści siedem powodów, które bardzo chętnie wyciągała, próbując przekonywać otoczenie do posiadania kota a on migał się od tego stanowczo zbyt wiele razy, aby znów dać się złapać w te sidła.
Ledwo radził sobie ze sobą (a przynajmniej usilnie tak twierdził), co dopiero miałby ze zwierzakiem i to z cyklu tych, za którymi naprawdę nie przepadał. Kilka lat temu rozważał posiadanie psa. Nawet dwóch, jednak w tej chwili również te myśli poszły w odstawkę. Nie potrzebował się wiązać, ściągać sobie na głowę odpowiedzialności za inną istotę. Nic z tych rzeczy. W żadnym wypadku.
- Mówisz, że stworzy swój jebany azyl dla mandragor? Roślinny żłobek? - Tego wieczoru zdecydowanie nie próbował miarkować się w słowach, to nie była sytuacja, która zasługiwałaby na delikatność i wyważenie w tym, co mówił.
Nie, zdecydowanie nie. Szczerze uważał, że cokolwiek stało się z Mirabellą, ciotka Nory tego dnia nie była sobą. Zachowywała się jak ktoś niespełna rozumu. Wariatka rzeczywiście skłonna do tego, aby wykształtować sobie gigantyczną kopułkę do badania rozwoju nekromantycznych mandragor i przejść do ich rozmnażania.
Szczególnie z pomocą swojego asystenta. Bezmyślnego chuja bez odrobiny pomyślunku, choć może lepiej byłoby to nazwać brakiem empatii? To, co odstawiał tamten człowiek zakrawało na chęć krwawego poświęcenia reszty osób w pomieszczeniu, aby każda mandragora przeżyła. Tacy ludzie zasługiwali na coś więcej niż wrzaski ze strony Roselyn, na nich nawet ta nieszczęsna patelnia Nory byłaby za słaba. Zresztą wciąż uważał, że do niczego się nie nadawała.
Wzruszył ramionami. Ponownie. To był zdecydowanie jego ulubiony ruch ciała. Przynajmniej w ostatnich miesiącach. To i głośne, znaczące westchnienie, bez którego teraz też się nie obyło.
- Ależ oczywiście, że tak - przyznał bez ogródek.
Prawdę mówiąc, gdyby nadarzyła się ku temu okazja, pewnie sam wziąłby ten nieszczęsny przedmiot kuchenny w dłoń, wykonując ze dwa czy trzy teatralne zamachnięcia w powietrzu tylko po to, aby pokazać Figgównie, o czym mówił. Trzeba było od cholery siły, aby rozważać użycie czegoś takiego.
A jeszcze więcej samozaparcia, żeby słuchać tego, co jeszcze miała mu do powiedzenia. Tego o kotach. Temat powrócił. Z dwojga złego już wolał dostać patelnią niż ponownie słuchać miliardów zalet posiadania kota. Skwitował to wyłącznie machnięciem ręki.
Miał nadzieję zbić temat bez odzywania się, tym bardziej, że w zakresie zwierząt naprawdę nie miał zbyt wiele do powiedzenia. A o kotach w dodatku dobrego. Nic dobrego do powiedzenia. Nie miała go do tego przekonać, zdecydowanie mogła to sobie darować. Jego wola była silna.
Zresztą miał wrażenie, że plan był bliski tego, by się powieść, bo rozmowa znowu płynnie przeskoczyła na te botaniczne kwestie, o których miał już zdecydowanie więcej do opiniowania. Nora zresztą też. Zgodził się z nią bez wahania, kiwając głową.
- Jesteś specjalistką od kolorków, nie mam tu wiele do dodania - przyznał, dolewając sobie alkoholu, bo sam nie wiedział, kiedy wychylił kolejny kieliszek, po prostu to zrobił. - Ostrożność to w tych czasach niespecjalnie dostrzegalna cecha - to nie były założenia a najczystsza prawda.
Choć właściwie nie - nie, nie najczystsza, bo jego oddział był w istocie jednym z brudniejszych. Nie musiał raczej wnikać w to, co o tym decydowało. Natura raczej nie dawała się oszukać. Była nieubłagana. O tym też coś wiedział.
- Podrzucę ci kilka pod koniec tygodnia. Ewentualnie mogę ci udostępnić trochę przestrzeni w bibliotece, jeśli ciągnie cię do czytania w spokoju - zaoferował pomny tego, co powiedziała o kotach i Mabel.
O skradaniu się i tak dalej.
Tak jak mówił - on sam by tu nie wytrzymał, szczególnie nie na trzeźwo. Nie lubił zawracania mu głowy raz po raz. Ani dyszenia w kark. Ani wyskakiwania zza rogu. Tak właściwie to chyba po prostu nie lubił kotów... ...ani dzieci. Szczególnie obecnie.
- Dobry bimber na ogół jest mocny, ten zdecydowanie nie odbiega od normy - stwierdził, nawet jeśli było mu daleko do konesera. - Klasa. Naprawdę - dodał jeszcze, na te słowa wychylając kieliszek i nawet się przy tym nie krzywiąc.
Osobiście preferował ognistą, ale w gruncie rzeczy bimber też był niezły. Praktycznie przestał wyzwalać w nim jakiekolwiek wspomnienia. Szczególnie, gdy smakował zupełnie inaczej od tego, do którego miał okazję się wcześniej przekonać. Zresztą to nie był ani czas, ani pora na porównania. Szczególnie, gdy Figgówna próbowała zbić jego starania w byciu dobrym towarzyszem picia. Niedoczekanie.
- Ja? Twoim gościem? Od kiedy? - Sama z pewnością musiała dostrzec jak cholernie śmiesznie zabrzmiała mówiąc te słowa, jednak sam też zdecydowanie zamierzał jej to uświadomić, parskając pod nosem pełen rozbawienia i kwitując to znaczącym mhm, do którego mógłby dodać jeszcze bardziej wymowne a tu mi hipogryf popierdala, ale to już sobie darował.
Raczej nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję poczuć się tutaj kimś innym od domownika. Szczególnie wtedy, gdy Thomasa ani nikogo innego nie było w zasięgu bojowego zadania. Jeśli Nora nagle chciała traktować go jako swojego gościa to raczej nie planował respektować podobnego pierdolenia.
Może i był zmęczony. Najpewniej równie mocno, co ona, jednak nie był przecież z cukru. Nie miał się rozmoczyć pod wpływem kilku kolejnych ruchów w kuchni. Przygotowania czegoś, co faktycznie była w stanie pić z przyjemnością. Raczej mu to nie groziło.
Prócz tego, nawet jeśli miałby być tu gościem, to jego gospodyni zasługiwała na to, żeby posiedzieć na tyłku. Dostatecznie dużo dziś zrobiła. Miała od cholery wrażeń. Zresztą przecież w każdej chwili mógł zagrać kartą rewanżu za napędzenie jej stracha, choć wolałby, żeby po prostu zaakceptowała ofertę.
Zaraz zresztą przeszedł do bardziej stanowczego, bezpośredniego działania, wyciągając z głowy kilka nazw czegoś, co był w stanie odtworzyć bez jej pomocy. Resztę musiała mu podać, jeśli oczekiwała czegoś innego, jednak raczej wydawało mu się, że nie powinna.
Młode kobiety na ogół zamawiały coś z podobnego repertuaru, co nieco miał z tym doświadczenia, szczególnie ostatnio, nawet jeśli nie było się do końca czym chwalić. Raczej nie powrotem do stanu, w którym musiał znosić pierdylionowe czcze rozmowy i udawać, że faktycznie ma ochotę skosztować ulepku z kieliszka panny, żeby tylko mieć okazję, by się do niej bezczelnie zbliżyć.
- Pink squirrel? Piña colada? Grasshopper? Coś powiedzmy, że mniej cukrzonego? Sloe gin fizz? - Spytał, praktycznie bez słowa zsuwając się ze stołka, bo przecież nie musiała udawać z tym bimbrem.
Doskonale dostrzegał, że się z tym męczyła a jaki był sens chlania dla chlania? No, powiedzmy, że to była kategoria głupie pytania, bo przecież doskonale wiedział, dlaczego. A po takim dniu tym bardziej byłoby to całkiem usprawiedliwione. Tyle tylko, że no - nie zamierzał korzystać z tego specjalnego traktowania, które pojawiło się pod wpływem trudnego dnia. Jeśli czegoś nie potrzebował to taryfy ulgowej.
- Ile będziesz tego pić? Coś bardziej jak kubełek do lodu czy idziemy od razu w wiadrach? - Pomimo lekkości w głosie, zadał to pytanie nie bez powodu, po prostu chciało mu się to odbębnić raz a dobrze i usiąść do dalszego picia.
Szczególnie, że raczej potrzebował jeszcze kilku kolejek bimbru, nawet jeśli ona miała sobie sączyć w tym czasie swojego drinka. Nie miał nic przeciwko temu, wbijając pytające spojrzenie w Norę i oczekując jasnej odpowiedzi - czego dusza chciała i w jak bardzo przemysłowych ilościach.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down