17.12.2024, 04:34 ✶
- Niczego takiego faktycznie nie mogę ci obiecać - stwierdził całkowicie szczerze, zgodnie z faktycznym stanem tego, że nie zawsze był przecież najłatwiejszym człowiekiem.
W gruncie rzeczy uważał się za prostego faceta. Nie było w nim nic skomplikowanego, kierował się raczej całkowicie standardowym tokiem myślenia, nie miał przesadnie skomplikowanych pobudek, ale pod kątem charakteru zdawał sobie sprawę z tego, że bywał wrzodem na dupie.
Ona zresztą też, prawda? Byli do siebie podobni, choć jednocześnie uzupełniali się w wielu innych zakresach. Pomieszanie z poplątaniem - nie dało się tego specjalnie ukryć, szczególnie nie teraz, ale Ambroisa to raczej nie martwiło. Wręcz przeciwnie, nie mieli szans się nudzić, racja?
- Sama wiesz, na co się piszesz - nie musiał dawać jej tego do zrozumienia ani o tym przypominać, jedynie skwitował to uśmieszkiem wpełzającym na jego usta.
Nie mogła mówić, że jej nie ostrzegał. Nie wątpił, że doskonale wiedziała, co to oznaczało. Mieli okazję poznać się od naprawdę wielu stron. Mało kto miał aż tak dogłębną możliwość poznania każdej, nawet tej niekoniecznie ładnej i ugodowej strony swojej drugiej połówki.
Bo tym właśnie dla niego była - nawet nie miał zamiaru temu zaprzeczać. To, co mieli nie zaliczało się do czegoś całkowicie zwyczajnego. Była z nich wyjątkowa para. Całe szczęście już nie przyjaciół, bo nie sądził, by był w stanie dłużej zdzierżyć korzystanie z tego określenia.
Wcale nie zamierzał sprawiać, aby to Geraldine pękła. Prędzej czy później któreś z nich po prostu musiało to zrobić. Tego dnia sam był tego bliski, nawet jeśli ostatecznie padło na nią. Nie żałował tego nawet przez chwilę. Dzięki temu znaleźli się w swoich objęciach.
Nie planował jej z nich na zbyt długo wypuszczać. Nie miał zamiaru odrywać się od pocałunków i pieszczot na dłużej niż to było konieczne. Mieli wiele do odkrycia, wiele do zaoferowania sobie nawzajem, zapewne również sporo do powiedzenia, ale chwilowo słowa były ostatnim, czym chciał się zajmować.
- Cieszę się. Tak jak już kiedyś wspominałem - no nie mógł się przed tym powstrzymać, spoglądając na nią z błyskiem w oku i odwzajemniając jej spojrzenie - lubię, gdy inicjatywa spoczywa w moich rękach. Tego wieczoru zapewniam, że rzeczywiście nie dam ci powodu, byś rano była upierdliwa - rzucił lekko, odrobinę przekornie, właściwie to nie wiedząc, z kogo bardziej się w tym momencie śmiać.
Z sytuacji? Z tego, co wtedy padło w kontekście, który wcale nie zmienił znaczenia tylko oni wreszcie je dostrzegli? Choć właściwie to nawet nie tyle dostrzegli, co dopuścili do siebie możliwość, że było w tym dokładnie tyle podtekstów ile powinno tam być. Zero przyjaźni, przyjaźń nie była tym, co mogło ich kiedykolwiek usatysfakcjonować. Tego popołudnia dostatecznie mocno dali to sobie do zrozumienia.
Zamierzał wziąć to sobie do serca jak mało co, nigdy więcej nie powtarzając podobnego brnięcia w niedopowiedzenia. Nie, gdy pierwszy raz w życiu naprawdę wiedział, czego pragnął od życia. Czego chciał od niej i czego chciał, żeby ona od niego oczekiwała. Wspólnych nocy i poranków, dalszego spędzania czasu, ale na zupełnie innych, bardziej właściwych zasadach. W łóżku. Jednym. Nie na leżance, nie na kanapie. Obok siebie tak jak dokładnie teraz, gdy robiła to wszystko, odbierając mu dech w piersiach.
- Nie rób zbyt wielu planów - uprzedził bez zająknięcia, posyłając jednoznaczne spojrzenie w kierunku dziewczyny. - Wiesz jak to będzie wyglądać, nie? - Mógł mieć jej całkiem dużo do powiedzenia w tym zakresie, co lepsze, nie wątpił, że jej również nie brakowało pojęcia ani kreatywności. - Ty i ja. Wszędzie. W różnych miejscach. Muszę sobie odbić te wszystkie momenty nie do zniesienia - skwitował otwarcie, unosząc kąciki ust.
Mieli zdecydowanie zbyt dużo czasu, aby zastanawiać się nad przebiegiem wydarzeń, gdy już do nich dojdzie. Nie miał wobec tego żadnych wątpliwości. Zarówno on jak i ona raczej nie byli znani z krycia się ze swoimi zapędami, przynajmniej w oczach towarzystwa, teraz mogąc przekierować to w coś zupełnie innego. Już nie przelotnego, nie ku uciesze gawiedzi, nie prowokacyjnie a przynajmniej nie w ten sposób, w jaki robili to nawet kilka dni wcześniej.
W tym momencie miał ochotę się roześmiać. Naprawdę szczerze się zaśmiać. Nie tylko z uwagi na to, że to było po prostu absurdalne a przez wzgląd, że... ...nie. To było po prostu absurdalne. Bez dwóch zdań. To, co inni ludzie wykorzystywali jako pretekst do zbliżenia, im posłużyło za wymówkę do oddalenia faktycznego pożądania.
Zachowali się śmiesznie, choć dzięki temu przynajmniej uniknęli wątpliwości związanych z tym, czy pękli pod wpływem alkoholu, czy popłynęli, czy rzeczywiście nadszedł odpowiedni moment, aby coś zmienić. Mimo to wciąż czuł się zobowiązany, aby wspomnieć o tym wszystkim. Zbyt mocno go to bawiło, aby darował sobie tę okazję.
- Szczególnie tamten wieczór na twoich kolanach. Coś ty sobie myślała? - Gdyby nie ta specyficzna zaczepna nuta w jego głosie, pewnie mogłaby pomyśleć o nim, że planował się jej czepiać, natomiast w żadnym wypadku nie miał takiego założenia. - Bo ja wiele. Cholernie wiele - przyznał bez ogródek, tym bardziej, że teraz tamte chwile dawały wiele do myślenia, prawda?
Nie trudno było dostrzegać pewne sprawy przez pryzmat czasu. Widzieć niektóre znaki i sugestie tak jasno, że aż chciało się westchnąć z politowania wobec własnej przesadnej zachowawczości. Tamte ograniczenia były zupełnie bezsensowne, całkowicie niepotrzebnie się wtedy motali, nie pozwalając sobie powziąć próby sięgnięcia po to, co teraz mieli na wyciągnięcie ręki.
Odroczona gratyfikacja z pewnością smakowała wyjątkowo słodko. Tak jak wargi jego dziewczyny. Jak jej skóra i gładka szyja, ku której mógł bez zastanowienia przyłożyć usta, pozwalając sobie odetchnąć głęboko, dać się otoczyć zapachowi spełnionego pragnienia. Pozwolić sobie na jeszcze kilka chwil nieskrępowanego pożądania z palcami dziewczyny sprawiającymi, że naprawdę trudno mu było myśleć o czymkolwiek innym niżeli wyłącznie o niej.
O tym, co mieli i co mogli mieć, co nie było już wyłącznie w sferze marzeń, tylko zaczęło rzeczywiście się dziać. Nie zamierzał pluć sobie w brodę za to, że wcześniej do tego nie osiągnęli. Doszli do tego tak czy siak... ...czy jeszcze inaczej. Wielokrotnie tego dnia a wieczór był jeszcze całkiem młody. W dalszym ciągu mogli spełniać swoje wyobrażenia, nawet te najskrytsze. Nie wątpił, że zamierzał jej pozwolić na wszystko, czego od niego chciała.
Samemu również dając do zrozumienia, czego chciał. Dokładnie tego wszystkiego, do czego dążyli. Możliwości zatopienia się w wargach dziewczyny, przyciśnięcia jej do materaca, pocałunków, dotyku, dotyku i pocałunków. Kolejność nie miała aż takiego znaczenia. Liczyły się wyłącznie doznania i satysfakcja na jej twarzy. Błysk w oczach i uśmiech na ustach, dreszcze na ciele, gęsia skórka, przyspieszony, spłycony oddech. Dokładnie tego chciał.
Nie potrzebował zapewnienia. Nie zamierzał pozwolić, by mu się wymknęła.
- Chętnie wymienię doświadczenia. Najlepiej w praktyce - mruknął jeszcze cicho w odpowiedzi, bo jeśli wiedziała, to czekał ich naprawdę dobry środek tygodnia.
Doskonałe cztery dni. Ani przez chwilę w to nie wątpił.
Odsunięcie się od niej przyszło mu co najmniej opornie. Z wyraźnie dostrzegalnym wahaniem, bowiem choć przecież już doszli do tego, że zamierzają utrzymać pierwotne ustalenia, łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Nawet jeśli było się człowiekiem czynu. Tym bardziej, gdy było się człowiekiem czynu, który nareszcie mógł sobie pozwolić na to, by działać w zgodzie ze swoimi i ewidentnie nie tylko swoimi pragnieniami.
Tyle tylko, że jeśli rzeczywiście chcieli stąd wyruszyć, nie mogli sobie pozwolić na to wszystko, co niechybnie pchnęłoby ich jeszcze głębiej w swoje objęcia. Musieli na chwilę odłożyć pragnienie zbliżenia się do siebie bardziej niż na kilka centymetrów, kiedy to wysunął się z pościeli, pochylając się w kierunku podłogi, żeby bez słowa sięgnąć po jej bieliznę. Nie powstrzymując się od uniesienia brwi i uśmieszku, gdy wyciągnął ją w kierunku dziewczyny.
- Silybum marianum? Hebejeebie trifida? Lysichiton americanus? - Rzecz jasna w tym momencie wyłącznie się z niej naigrywał, rzucając przypadkowymi zabawnie brzmiącymi nazwami wyłącznie po to, aby zapewnić Geraldine, że zdecydowanie istniały bardziej urocze alternatywy dla ułudki wiosennej, z którą chyba niespecjalnie się polubiła.
Nawet jeśli przecież próbował dać dziewczynie do zrozumienia, czemu w tamtym momencie rzucił akurat tę roślinę. Nie miał jej za kłamczuchę, choć obecnie poniekąd udowodnili sobie, że przez długi czas oboje nie byli specjalnie szczerzy w przyjacielskich zamiarach, które deklarowali. Nie, nie o to chodziło. Bez wątpienia.
- Kto wie, może nawet lepidium campestre - mruknął, uśmiechając się pod nosem z własnego wybitnego poczucia humoru, które po prostu musiała mu wybaczyć, tym bardziej, że nie zamierzał robić falstartu i uprzedzać faktów, skoro dopiero zbierali się z mieszkania tam, gdzie mogli faktycznie zweryfikować czy mógł mieć rację.
W gruncie rzeczy uważał się za prostego faceta. Nie było w nim nic skomplikowanego, kierował się raczej całkowicie standardowym tokiem myślenia, nie miał przesadnie skomplikowanych pobudek, ale pod kątem charakteru zdawał sobie sprawę z tego, że bywał wrzodem na dupie.
Ona zresztą też, prawda? Byli do siebie podobni, choć jednocześnie uzupełniali się w wielu innych zakresach. Pomieszanie z poplątaniem - nie dało się tego specjalnie ukryć, szczególnie nie teraz, ale Ambroisa to raczej nie martwiło. Wręcz przeciwnie, nie mieli szans się nudzić, racja?
- Sama wiesz, na co się piszesz - nie musiał dawać jej tego do zrozumienia ani o tym przypominać, jedynie skwitował to uśmieszkiem wpełzającym na jego usta.
Nie mogła mówić, że jej nie ostrzegał. Nie wątpił, że doskonale wiedziała, co to oznaczało. Mieli okazję poznać się od naprawdę wielu stron. Mało kto miał aż tak dogłębną możliwość poznania każdej, nawet tej niekoniecznie ładnej i ugodowej strony swojej drugiej połówki.
Bo tym właśnie dla niego była - nawet nie miał zamiaru temu zaprzeczać. To, co mieli nie zaliczało się do czegoś całkowicie zwyczajnego. Była z nich wyjątkowa para. Całe szczęście już nie przyjaciół, bo nie sądził, by był w stanie dłużej zdzierżyć korzystanie z tego określenia.
Wcale nie zamierzał sprawiać, aby to Geraldine pękła. Prędzej czy później któreś z nich po prostu musiało to zrobić. Tego dnia sam był tego bliski, nawet jeśli ostatecznie padło na nią. Nie żałował tego nawet przez chwilę. Dzięki temu znaleźli się w swoich objęciach.
Nie planował jej z nich na zbyt długo wypuszczać. Nie miał zamiaru odrywać się od pocałunków i pieszczot na dłużej niż to było konieczne. Mieli wiele do odkrycia, wiele do zaoferowania sobie nawzajem, zapewne również sporo do powiedzenia, ale chwilowo słowa były ostatnim, czym chciał się zajmować.
- Cieszę się. Tak jak już kiedyś wspominałem - no nie mógł się przed tym powstrzymać, spoglądając na nią z błyskiem w oku i odwzajemniając jej spojrzenie - lubię, gdy inicjatywa spoczywa w moich rękach. Tego wieczoru zapewniam, że rzeczywiście nie dam ci powodu, byś rano była upierdliwa - rzucił lekko, odrobinę przekornie, właściwie to nie wiedząc, z kogo bardziej się w tym momencie śmiać.
Z sytuacji? Z tego, co wtedy padło w kontekście, który wcale nie zmienił znaczenia tylko oni wreszcie je dostrzegli? Choć właściwie to nawet nie tyle dostrzegli, co dopuścili do siebie możliwość, że było w tym dokładnie tyle podtekstów ile powinno tam być. Zero przyjaźni, przyjaźń nie była tym, co mogło ich kiedykolwiek usatysfakcjonować. Tego popołudnia dostatecznie mocno dali to sobie do zrozumienia.
Zamierzał wziąć to sobie do serca jak mało co, nigdy więcej nie powtarzając podobnego brnięcia w niedopowiedzenia. Nie, gdy pierwszy raz w życiu naprawdę wiedział, czego pragnął od życia. Czego chciał od niej i czego chciał, żeby ona od niego oczekiwała. Wspólnych nocy i poranków, dalszego spędzania czasu, ale na zupełnie innych, bardziej właściwych zasadach. W łóżku. Jednym. Nie na leżance, nie na kanapie. Obok siebie tak jak dokładnie teraz, gdy robiła to wszystko, odbierając mu dech w piersiach.
- Nie rób zbyt wielu planów - uprzedził bez zająknięcia, posyłając jednoznaczne spojrzenie w kierunku dziewczyny. - Wiesz jak to będzie wyglądać, nie? - Mógł mieć jej całkiem dużo do powiedzenia w tym zakresie, co lepsze, nie wątpił, że jej również nie brakowało pojęcia ani kreatywności. - Ty i ja. Wszędzie. W różnych miejscach. Muszę sobie odbić te wszystkie momenty nie do zniesienia - skwitował otwarcie, unosząc kąciki ust.
Mieli zdecydowanie zbyt dużo czasu, aby zastanawiać się nad przebiegiem wydarzeń, gdy już do nich dojdzie. Nie miał wobec tego żadnych wątpliwości. Zarówno on jak i ona raczej nie byli znani z krycia się ze swoimi zapędami, przynajmniej w oczach towarzystwa, teraz mogąc przekierować to w coś zupełnie innego. Już nie przelotnego, nie ku uciesze gawiedzi, nie prowokacyjnie a przynajmniej nie w ten sposób, w jaki robili to nawet kilka dni wcześniej.
W tym momencie miał ochotę się roześmiać. Naprawdę szczerze się zaśmiać. Nie tylko z uwagi na to, że to było po prostu absurdalne a przez wzgląd, że... ...nie. To było po prostu absurdalne. Bez dwóch zdań. To, co inni ludzie wykorzystywali jako pretekst do zbliżenia, im posłużyło za wymówkę do oddalenia faktycznego pożądania.
Zachowali się śmiesznie, choć dzięki temu przynajmniej uniknęli wątpliwości związanych z tym, czy pękli pod wpływem alkoholu, czy popłynęli, czy rzeczywiście nadszedł odpowiedni moment, aby coś zmienić. Mimo to wciąż czuł się zobowiązany, aby wspomnieć o tym wszystkim. Zbyt mocno go to bawiło, aby darował sobie tę okazję.
- Szczególnie tamten wieczór na twoich kolanach. Coś ty sobie myślała? - Gdyby nie ta specyficzna zaczepna nuta w jego głosie, pewnie mogłaby pomyśleć o nim, że planował się jej czepiać, natomiast w żadnym wypadku nie miał takiego założenia. - Bo ja wiele. Cholernie wiele - przyznał bez ogródek, tym bardziej, że teraz tamte chwile dawały wiele do myślenia, prawda?
Nie trudno było dostrzegać pewne sprawy przez pryzmat czasu. Widzieć niektóre znaki i sugestie tak jasno, że aż chciało się westchnąć z politowania wobec własnej przesadnej zachowawczości. Tamte ograniczenia były zupełnie bezsensowne, całkowicie niepotrzebnie się wtedy motali, nie pozwalając sobie powziąć próby sięgnięcia po to, co teraz mieli na wyciągnięcie ręki.
Odroczona gratyfikacja z pewnością smakowała wyjątkowo słodko. Tak jak wargi jego dziewczyny. Jak jej skóra i gładka szyja, ku której mógł bez zastanowienia przyłożyć usta, pozwalając sobie odetchnąć głęboko, dać się otoczyć zapachowi spełnionego pragnienia. Pozwolić sobie na jeszcze kilka chwil nieskrępowanego pożądania z palcami dziewczyny sprawiającymi, że naprawdę trudno mu było myśleć o czymkolwiek innym niżeli wyłącznie o niej.
O tym, co mieli i co mogli mieć, co nie było już wyłącznie w sferze marzeń, tylko zaczęło rzeczywiście się dziać. Nie zamierzał pluć sobie w brodę za to, że wcześniej do tego nie osiągnęli. Doszli do tego tak czy siak... ...czy jeszcze inaczej. Wielokrotnie tego dnia a wieczór był jeszcze całkiem młody. W dalszym ciągu mogli spełniać swoje wyobrażenia, nawet te najskrytsze. Nie wątpił, że zamierzał jej pozwolić na wszystko, czego od niego chciała.
Samemu również dając do zrozumienia, czego chciał. Dokładnie tego wszystkiego, do czego dążyli. Możliwości zatopienia się w wargach dziewczyny, przyciśnięcia jej do materaca, pocałunków, dotyku, dotyku i pocałunków. Kolejność nie miała aż takiego znaczenia. Liczyły się wyłącznie doznania i satysfakcja na jej twarzy. Błysk w oczach i uśmiech na ustach, dreszcze na ciele, gęsia skórka, przyspieszony, spłycony oddech. Dokładnie tego chciał.
Nie potrzebował zapewnienia. Nie zamierzał pozwolić, by mu się wymknęła.
- Chętnie wymienię doświadczenia. Najlepiej w praktyce - mruknął jeszcze cicho w odpowiedzi, bo jeśli wiedziała, to czekał ich naprawdę dobry środek tygodnia.
Doskonałe cztery dni. Ani przez chwilę w to nie wątpił.
Odsunięcie się od niej przyszło mu co najmniej opornie. Z wyraźnie dostrzegalnym wahaniem, bowiem choć przecież już doszli do tego, że zamierzają utrzymać pierwotne ustalenia, łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Nawet jeśli było się człowiekiem czynu. Tym bardziej, gdy było się człowiekiem czynu, który nareszcie mógł sobie pozwolić na to, by działać w zgodzie ze swoimi i ewidentnie nie tylko swoimi pragnieniami.
Tyle tylko, że jeśli rzeczywiście chcieli stąd wyruszyć, nie mogli sobie pozwolić na to wszystko, co niechybnie pchnęłoby ich jeszcze głębiej w swoje objęcia. Musieli na chwilę odłożyć pragnienie zbliżenia się do siebie bardziej niż na kilka centymetrów, kiedy to wysunął się z pościeli, pochylając się w kierunku podłogi, żeby bez słowa sięgnąć po jej bieliznę. Nie powstrzymując się od uniesienia brwi i uśmieszku, gdy wyciągnął ją w kierunku dziewczyny.
- Silybum marianum? Hebejeebie trifida? Lysichiton americanus? - Rzecz jasna w tym momencie wyłącznie się z niej naigrywał, rzucając przypadkowymi zabawnie brzmiącymi nazwami wyłącznie po to, aby zapewnić Geraldine, że zdecydowanie istniały bardziej urocze alternatywy dla ułudki wiosennej, z którą chyba niespecjalnie się polubiła.
Nawet jeśli przecież próbował dać dziewczynie do zrozumienia, czemu w tamtym momencie rzucił akurat tę roślinę. Nie miał jej za kłamczuchę, choć obecnie poniekąd udowodnili sobie, że przez długi czas oboje nie byli specjalnie szczerzy w przyjacielskich zamiarach, które deklarowali. Nie, nie o to chodziło. Bez wątpienia.
- Kto wie, może nawet lepidium campestre - mruknął, uśmiechając się pod nosem z własnego wybitnego poczucia humoru, które po prostu musiała mu wybaczyć, tym bardziej, że nie zamierzał robić falstartu i uprzedzać faktów, skoro dopiero zbierali się z mieszkania tam, gdzie mogli faktycznie zweryfikować czy mógł mieć rację.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down