17.12.2024, 15:59 ✶
Mogliby udawać, że chodziło o pogodę. Zawodzący wiatr niósł ze sobą echo grozy. Wiał mocno, uderzając okiennicami o szyby, o ściany, szarpał roślinami w ogrodzie sprawiając, że za oknami w świetle księżyca przesuwały się cienie. Sprawiał, że atmosfera stawała się trudna do opanowania - złowroga i ciężka.
A jednak to nie była przecież ich pierwsza wichura w tym miejscu, prawda? Ta była inna, bo ją taką uczynili. To były konsekwencje ich własnych działań. Noc, którą sobie tu dali, ale bez poczucia bezpieczeństwa, bez ciepła drugiej osoby. Razem, ale osobno. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów tak blisko i zarazem tak daleko.
Nie kwestionował tego, że nie mogła spać. Nie skomentował tego, że stanęła w drzwiach i stała tam w milczeniu, szczególnie kiedy zapach papierosów doleciał do jego nozdrzy. Bezsenność była przekleństwem, na które nie można było zbyt wiele poradzić. Szczególnie, jeśli nie chciało się popaść w szpony kolejnego nałogu.
- Rozumiem - odpowiedział cicho, w dalszym ciągu starając się ukryć brzmienie własnego głosu, co przy zawodzeniu wiatru być może miało jakiekolwiek szanse powodzenia.
Nie wiedział. Wolał się nad tym nie zastanawiać. Przymknął powieki, oczekując dźwięku oddalających się kroków. Kolejnego skrzypnięcia podłogi i schodów. Dowodu na to, że ponownie został sam. Tak jak tego chcieli. On tak chciał, ona tak chciała. Nie bez powodu oddalili się od siebie na tę noc. Nie potrzebowali swojej obecności, przynajmniej tak powinno być.
Jej obecność w istocie niewiele mu ułatwiała. Przeciwnie - kolejny raz przypominała o stracie. O chwilach nie do odzyskania. O zaufaniu, które nie zostało nadszarpnięte, nie o pęknięciu do zalepienia przez czas, tylko o tym, co bezpowrotnie stracili. Nie powinna reagować na to, co się z nim działo. Nie chciał jej litości, szczególnie teraz, gdy to wszystko przypominało mu o dawnych czasach. O tym, że w tamtym życiu dawno wróciłby do łóżka w objęcia Geraldine.
Wtedy nie miewał aż takich problemów ze snem. Bezsenność minęła praktycznie od pierwszego wspólnego dnia. Niemalże każda kolejna noc była coraz bardziej spokojna i błoga. Czuł się stabilnie, teraz stał na krawędzi a kolejne tąpnięcia coraz bardziej zwalały go z nóg.
Zawsze miewał koszmary, zwłaszcza pod sam koniec nim zdecydował się odejść, jednak nigdy nie czuł się aż tak wytrącony z równowagi. Wydarzenia minionych tygodni, począwszy od Kniei i śmierci tam doznanej aż do wrażenia wtedy w jaskini, sprawiły, że czuł się jak pozbawiony jakiegokolwiek punktu oparcia. Jak dziecko błądzące w gęstej, nieprzeniknionej, szarej mgle pełnej pyłu i dymu. Bez wyjścia.
Nie miał jej za co przepraszać?
Nie potrafił nawet zmusić się do parsknięcia. Nie umiał unieść kącików ust ani łypnąć na nią tak, jakby powiedziała coś, co w istocie nie miało nawet najmniejszego sensu. Miał. Zdecydowanie miał za co ją przepraszać. Tyle tylko, że to już było bez znaczenia. Żadne słowa nie miały wartości, gdy nie dało się naprawić czegoś, co nie było już tylko rysą.
Nie było pęknięcia, które zdawało się, że istniało jeszcze do tamtego popołudnia. Teraz była wyłącznie pustka wypełniona zawodzeniem wiatru. Zgliszcza przypominające żar wygasającego kominka. Nic więcej. Szary dym i mgła, ciemność bez światła. Słowa bez znaczenia. A więc ich nie wypowiadał.
Siedział w jednej pozycji, nie przenosząc wzroku na wejście do salonu. Z zamkniętymi oczami i opuszczoną głową, oddychając płytko i chrapliwie. Poszukując powietrza, ale dusząc się własnym poczuciem ciężaru spoczywającego na jego piersi. Tym, co chciał zrobić i czego nie chciał.
W głębi duszy liczył, że jeśli będzie dostatecznie długo milczeć to wszystko zniknie. Pojawi się próżnia, ale przynajmniej darują sobie czczą rozmowę o czymkolwiek, co się tu działo. O tym, że ich bezpieczne miejsce już nim nie było. Skaził to, udowodnił, sięgając po różdżkę, gotowy rzucać zaklęcia w kierunku zagrożenia, które płynęło wyłącznie od jego strony. Z jego wnętrza.
Nie widział oczu Geraldine. Nawet nie próbował szukać jej spojrzenia, obawiając się tego, co dostrzegłby na twarzy dziewczyny. Miał wewnętrzną pewność, że dostrzegła różdżkę zaciśniętą w jego palcach. Z pewnością to widziała. Nie chciał wiedzieć, co pomyślała w tym momencie, to mógłby być wyłącznie kolejny gwóźdź do trumny a ta była już wystarczająco solidna.
Nie mieli potrzeby mocniej jej zbijać. Poprzedniego wieczoru poczynili wszystkie przygotowania do tego, aby pochować wspólną przeszłość. To, że teraz nadal tu byli, to było chyba coś na kształt ostatniego czuwania przy zwłokach czegoś, co miało być wieczne. Ostatnia posługa dla czegoś bez szans zmartwychwstania.
Wraz z nadejściem kolejnego świtu i światłem poranka, zapewne mieli ostatecznie pożegnać przeszłość. O to też nie pytał. Obawiał się tego pytania, ustalania kolejnych poczynań mających prowadzić do nieuchronnego - do rozstania z tym domem, bo przecież ich własne już miało miejsce. Tamte słowa wyłącznie przypieczętowały dawno podjętą decyzję.
Nie musiał otwierać oczu, żeby poczuć, że się poruszyła. Usłyszał skrzypnięcie podłogi, podmuch powietrza wywołał gęsią skórkę na jego napiętych przedramionach. Jeśli wcześniej miał wątpliwości co do tego, w którym kierunku zamierzała się przesunąć, teraz ich nie miał. Powinien ją od siebie odepchnąć, prawda?
Nie chciał, żeby patrzyła na niego w tym stanie, nawet jeśli ciemność dawała im obojgu osłonę. Pokręcił głową, rozchylając wargi, aby coś powiedzieć, ale zamknął usta. Nie chciał, żeby wracała do sypialni. Nie sama, nie bez niego. Nie chciał też, by tu była, patrząc na niego jak na kogoś, kto zachowywał się jak karykatura dawnego człowieka. Oczywiście, że nie zamierzał odpowiedzieć na to pytanie w inny sposób niż ten, w który musiał to zrobić.
- Mhm. To nic takiego - odmruknął, wbijając wzrok w najciemniejszy kąt pomieszczenia, nie mając siły, aby mrugnąć, tym bardziej, że przecież nie chciał, żeby dostrzegła jego załzawione oczy.
To dobrze, że oboje unikali spojrzenia. Mimo wszystko, Ambroise całkowicie świadomie jeszcze bardziej odwracał wzrok. Tak, aby wygasające światło żaru w kominku na pewno nie dosięgło jego twarzy. Czuł się zbyt paskudnie, by mierzyć się również z tym.
Nie wiedział, czemu się do niego przysiadła. Tak, tam na ganku też to zrobiła, ale teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Nie siedzieli zresztą ramię w ramię a na przeciwko siebie. Nie miał pojęcia, czemu to zrobiła, ale niczego mu tym nie ułatwiała. Odchylił głowę, wbijając wzrok w sufit i nie patrząc do przodu.
Wolałby zostać sam, ale jednocześnie wcale nie chciał być sam - ironia, prawda? To nie tak, że nie potrafił zweryfikować swoich pragnień, że się w nich gubił i plątał. Nie w tym wypadku. Samotność w tym momencie wydawała się po prostu łatwiejsza. Był do niej przyzwyczajony, nie chciał litości, nie potrzebował złudzeń.
To nie było nic takiego, tym bardziej, że nie miał siły podtrzymywać wrażenia, że wszystko w istocie było w porządku. Pluł sobie w brodę, bo to nie był najlepszy moment na to, co się z nim działo. Nie powinien tu zostawać na noc.
Mógł się spodziewać, że przeszłość go wtedy dopadnie. Szczególnie w samotności na twardej, zimnej kanapie przy świadomości tego, co to oznaczało. Upodlił się. Wylał z siebie naprawdę dużo jadu, wiele pochopnych i porywczych słów, a jednak nie miał w sobie na tyle odwagi cywilnej, by tak po prostu po tym wyjść. Został tu wbrew wszelkiej logice.
Co mu z tego przyszło? Wiatr dawno rozwiał wszystkie złudzenia. Nie mogli się nimi karmić. Nie mieli wrócić do tego, co działo się między nimi rano. Gdy kładł się spać, zmywając z siebie wspomnienia mijającej doby, woda w prysznicu nie była dostatecznie gorąca. Parzyła go, ale wciąż czuł się brudny, nie był w stanie się ogrzać, nie potrafił odepchnąć od siebie zimna ani wspomnień tego, co już zniknęło.
Teraz też w dalszym ciągu mimowolnie trząsł się z zimną, do końca odpychając od siebie różdżkę, jakby nagle zaczął się jej brzydzić, brzydzić się swojego zamiaru, i pozwalając, aby potoczyła się po podłodze w tym samym momencie, w którym on bez zastanowienia uniósł dłonie do twarzy, chuchając na nie. Miał wrażenie, że z jego ust wydostała się mgiełka.
Było chłodno. Nie wiedział, czy to były wyłącznie jego urojenia, czy rzeczywiście w pomieszczeniu zrobiło się zimniej niż kiedykolwiek. Tak zimno jak wtedy w Dolinie zanim niewidzialna siła zamknęła wszystkie okna. Chłód rozchodził się po jego ciele, ale kołdra nie była tym, po co wyciągnąłby rękę. Nie po tym jak próbowała go udusić. Nie.
Zamiast tego przez cały ten czas siedział dokładnie w tej samej pozycji. Oparty plecami o kanapę. Z nogami podciągniętymi do góry, obejmując ramionami kolana - teraz już ponownie oba, opierając na nich podbródek i milcząc. Miał wrażenie, że szczękanie jego zębów przebija się przez wycie wiatru, więc mocniej zacisnął usta w cienką linię, gryząc od wewnątrz wargi aż poczuł smak własnej krwi.
A jednak to nie była przecież ich pierwsza wichura w tym miejscu, prawda? Ta była inna, bo ją taką uczynili. To były konsekwencje ich własnych działań. Noc, którą sobie tu dali, ale bez poczucia bezpieczeństwa, bez ciepła drugiej osoby. Razem, ale osobno. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów tak blisko i zarazem tak daleko.
Nie kwestionował tego, że nie mogła spać. Nie skomentował tego, że stanęła w drzwiach i stała tam w milczeniu, szczególnie kiedy zapach papierosów doleciał do jego nozdrzy. Bezsenność była przekleństwem, na które nie można było zbyt wiele poradzić. Szczególnie, jeśli nie chciało się popaść w szpony kolejnego nałogu.
- Rozumiem - odpowiedział cicho, w dalszym ciągu starając się ukryć brzmienie własnego głosu, co przy zawodzeniu wiatru być może miało jakiekolwiek szanse powodzenia.
Nie wiedział. Wolał się nad tym nie zastanawiać. Przymknął powieki, oczekując dźwięku oddalających się kroków. Kolejnego skrzypnięcia podłogi i schodów. Dowodu na to, że ponownie został sam. Tak jak tego chcieli. On tak chciał, ona tak chciała. Nie bez powodu oddalili się od siebie na tę noc. Nie potrzebowali swojej obecności, przynajmniej tak powinno być.
Jej obecność w istocie niewiele mu ułatwiała. Przeciwnie - kolejny raz przypominała o stracie. O chwilach nie do odzyskania. O zaufaniu, które nie zostało nadszarpnięte, nie o pęknięciu do zalepienia przez czas, tylko o tym, co bezpowrotnie stracili. Nie powinna reagować na to, co się z nim działo. Nie chciał jej litości, szczególnie teraz, gdy to wszystko przypominało mu o dawnych czasach. O tym, że w tamtym życiu dawno wróciłby do łóżka w objęcia Geraldine.
Wtedy nie miewał aż takich problemów ze snem. Bezsenność minęła praktycznie od pierwszego wspólnego dnia. Niemalże każda kolejna noc była coraz bardziej spokojna i błoga. Czuł się stabilnie, teraz stał na krawędzi a kolejne tąpnięcia coraz bardziej zwalały go z nóg.
Zawsze miewał koszmary, zwłaszcza pod sam koniec nim zdecydował się odejść, jednak nigdy nie czuł się aż tak wytrącony z równowagi. Wydarzenia minionych tygodni, począwszy od Kniei i śmierci tam doznanej aż do wrażenia wtedy w jaskini, sprawiły, że czuł się jak pozbawiony jakiegokolwiek punktu oparcia. Jak dziecko błądzące w gęstej, nieprzeniknionej, szarej mgle pełnej pyłu i dymu. Bez wyjścia.
Nie miał jej za co przepraszać?
Nie potrafił nawet zmusić się do parsknięcia. Nie umiał unieść kącików ust ani łypnąć na nią tak, jakby powiedziała coś, co w istocie nie miało nawet najmniejszego sensu. Miał. Zdecydowanie miał za co ją przepraszać. Tyle tylko, że to już było bez znaczenia. Żadne słowa nie miały wartości, gdy nie dało się naprawić czegoś, co nie było już tylko rysą.
Nie było pęknięcia, które zdawało się, że istniało jeszcze do tamtego popołudnia. Teraz była wyłącznie pustka wypełniona zawodzeniem wiatru. Zgliszcza przypominające żar wygasającego kominka. Nic więcej. Szary dym i mgła, ciemność bez światła. Słowa bez znaczenia. A więc ich nie wypowiadał.
Siedział w jednej pozycji, nie przenosząc wzroku na wejście do salonu. Z zamkniętymi oczami i opuszczoną głową, oddychając płytko i chrapliwie. Poszukując powietrza, ale dusząc się własnym poczuciem ciężaru spoczywającego na jego piersi. Tym, co chciał zrobić i czego nie chciał.
W głębi duszy liczył, że jeśli będzie dostatecznie długo milczeć to wszystko zniknie. Pojawi się próżnia, ale przynajmniej darują sobie czczą rozmowę o czymkolwiek, co się tu działo. O tym, że ich bezpieczne miejsce już nim nie było. Skaził to, udowodnił, sięgając po różdżkę, gotowy rzucać zaklęcia w kierunku zagrożenia, które płynęło wyłącznie od jego strony. Z jego wnętrza.
Nie widział oczu Geraldine. Nawet nie próbował szukać jej spojrzenia, obawiając się tego, co dostrzegłby na twarzy dziewczyny. Miał wewnętrzną pewność, że dostrzegła różdżkę zaciśniętą w jego palcach. Z pewnością to widziała. Nie chciał wiedzieć, co pomyślała w tym momencie, to mógłby być wyłącznie kolejny gwóźdź do trumny a ta była już wystarczająco solidna.
Nie mieli potrzeby mocniej jej zbijać. Poprzedniego wieczoru poczynili wszystkie przygotowania do tego, aby pochować wspólną przeszłość. To, że teraz nadal tu byli, to było chyba coś na kształt ostatniego czuwania przy zwłokach czegoś, co miało być wieczne. Ostatnia posługa dla czegoś bez szans zmartwychwstania.
Wraz z nadejściem kolejnego świtu i światłem poranka, zapewne mieli ostatecznie pożegnać przeszłość. O to też nie pytał. Obawiał się tego pytania, ustalania kolejnych poczynań mających prowadzić do nieuchronnego - do rozstania z tym domem, bo przecież ich własne już miało miejsce. Tamte słowa wyłącznie przypieczętowały dawno podjętą decyzję.
Nie musiał otwierać oczu, żeby poczuć, że się poruszyła. Usłyszał skrzypnięcie podłogi, podmuch powietrza wywołał gęsią skórkę na jego napiętych przedramionach. Jeśli wcześniej miał wątpliwości co do tego, w którym kierunku zamierzała się przesunąć, teraz ich nie miał. Powinien ją od siebie odepchnąć, prawda?
Nie chciał, żeby patrzyła na niego w tym stanie, nawet jeśli ciemność dawała im obojgu osłonę. Pokręcił głową, rozchylając wargi, aby coś powiedzieć, ale zamknął usta. Nie chciał, żeby wracała do sypialni. Nie sama, nie bez niego. Nie chciał też, by tu była, patrząc na niego jak na kogoś, kto zachowywał się jak karykatura dawnego człowieka. Oczywiście, że nie zamierzał odpowiedzieć na to pytanie w inny sposób niż ten, w który musiał to zrobić.
- Mhm. To nic takiego - odmruknął, wbijając wzrok w najciemniejszy kąt pomieszczenia, nie mając siły, aby mrugnąć, tym bardziej, że przecież nie chciał, żeby dostrzegła jego załzawione oczy.
To dobrze, że oboje unikali spojrzenia. Mimo wszystko, Ambroise całkowicie świadomie jeszcze bardziej odwracał wzrok. Tak, aby wygasające światło żaru w kominku na pewno nie dosięgło jego twarzy. Czuł się zbyt paskudnie, by mierzyć się również z tym.
Nie wiedział, czemu się do niego przysiadła. Tak, tam na ganku też to zrobiła, ale teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Nie siedzieli zresztą ramię w ramię a na przeciwko siebie. Nie miał pojęcia, czemu to zrobiła, ale niczego mu tym nie ułatwiała. Odchylił głowę, wbijając wzrok w sufit i nie patrząc do przodu.
Wolałby zostać sam, ale jednocześnie wcale nie chciał być sam - ironia, prawda? To nie tak, że nie potrafił zweryfikować swoich pragnień, że się w nich gubił i plątał. Nie w tym wypadku. Samotność w tym momencie wydawała się po prostu łatwiejsza. Był do niej przyzwyczajony, nie chciał litości, nie potrzebował złudzeń.
To nie było nic takiego, tym bardziej, że nie miał siły podtrzymywać wrażenia, że wszystko w istocie było w porządku. Pluł sobie w brodę, bo to nie był najlepszy moment na to, co się z nim działo. Nie powinien tu zostawać na noc.
Mógł się spodziewać, że przeszłość go wtedy dopadnie. Szczególnie w samotności na twardej, zimnej kanapie przy świadomości tego, co to oznaczało. Upodlił się. Wylał z siebie naprawdę dużo jadu, wiele pochopnych i porywczych słów, a jednak nie miał w sobie na tyle odwagi cywilnej, by tak po prostu po tym wyjść. Został tu wbrew wszelkiej logice.
Co mu z tego przyszło? Wiatr dawno rozwiał wszystkie złudzenia. Nie mogli się nimi karmić. Nie mieli wrócić do tego, co działo się między nimi rano. Gdy kładł się spać, zmywając z siebie wspomnienia mijającej doby, woda w prysznicu nie była dostatecznie gorąca. Parzyła go, ale wciąż czuł się brudny, nie był w stanie się ogrzać, nie potrafił odepchnąć od siebie zimna ani wspomnień tego, co już zniknęło.
Teraz też w dalszym ciągu mimowolnie trząsł się z zimną, do końca odpychając od siebie różdżkę, jakby nagle zaczął się jej brzydzić, brzydzić się swojego zamiaru, i pozwalając, aby potoczyła się po podłodze w tym samym momencie, w którym on bez zastanowienia uniósł dłonie do twarzy, chuchając na nie. Miał wrażenie, że z jego ust wydostała się mgiełka.
Było chłodno. Nie wiedział, czy to były wyłącznie jego urojenia, czy rzeczywiście w pomieszczeniu zrobiło się zimniej niż kiedykolwiek. Tak zimno jak wtedy w Dolinie zanim niewidzialna siła zamknęła wszystkie okna. Chłód rozchodził się po jego ciele, ale kołdra nie była tym, po co wyciągnąłby rękę. Nie po tym jak próbowała go udusić. Nie.
Zamiast tego przez cały ten czas siedział dokładnie w tej samej pozycji. Oparty plecami o kanapę. Z nogami podciągniętymi do góry, obejmując ramionami kolana - teraz już ponownie oba, opierając na nich podbródek i milcząc. Miał wrażenie, że szczękanie jego zębów przebija się przez wycie wiatru, więc mocniej zacisnął usta w cienką linię, gryząc od wewnątrz wargi aż poczuł smak własnej krwi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down