17.12.2024, 20:23 ✶
Nie potrzebowali tych wszystkich sztucznych granic, które całkowicie niepotrzebnie sobie narzucili. Wiedział, że to popołudnie w łóżku zmieniło wszystko. Patrzył na nią w dokładnie ten sam sposób, co przez te wszystkie ostatnie miesiące, jednak nareszcie mógł to robić otwarcie, nie kątem oka.
Mógł tak po prostu obrócić się na poduszkach, posyłając jej całkowicie jednoznacznie pożądliwe spojrzenia. Przyciągnąć ją do siebie, nie musząc obawiać się tego, co Geraldine pomyśli o tym dotyku. Czy go zechce, czy postanowi wyślizgnąć mu się z ramion, zbywając to jednym z tych unikowych komentarzy, które w istocie nie potrzebowały padać.
Mieli dokładnie te same pragnienia, te same intencje. Nie potrzebowali się dłużej ograniczać ani cofać. Leżała obok otulona miękką pościelą. Z włosami rozrzuconymi na poduszce. Uśmiechała się a w jej oczach dostrzegał coś, co przyciągało go jak magnes. Ten obłędny rodzaj pragnienia.
Przeciągnął się, patrząc na nią z uśmiechem, który od wielu chwil dosłownie nie schodził mu z twarzy. Słońce wpadało przez okno, ostatnie promienie tańczyły na kołdrze i skórze jego dziewczyny, dodając jej blasku. Czuł się zupełnie tak, jakby od zawsze czekał na ten widok.
Zaledwie kilka godzin temu siedzieli na plaży podczas kolejnego nudnego przyjęcia, unikając zagłębiania się w temat przyjaźni, a jednak wciąż spędzili wspólnie popołudnie. Ich ciała odnalazły się nawzajem splątane wśród pościeli. Jego myśli w dalszym ciągu krążyły wokół tego, co się wydarzyło. Co w miało miejsce w tym momencie, co jeszcze na nich czekało.
Była piękna, była jego. Mogli mówić sobie, że się znali. Z pewnością tak było, ale czy dogłębnie rzeczywiście było tu dobrym słowem? W kontekście ostatnich godzin być może tak, jednak wciąż mieli wiele do odkrycia i nadrobienia. To była nowa, nieznana rzeczywistość.
Przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć, ale w końcu postanowił być bezpośredni, bo w tej chwili nie było miejsca na niedomówienia. Był zdecydowany, nie chciał się cofać.
- Jeszcze nie aż tak dogłębnie jak moglibyśmy sobie życzyć - zauważył wreszcie, unosząc brwi i posyłając jej znaczący uśmiech.
Mógł być w tym tak niereformowalny jak tylko chciał. Szczególnie, że nie musiał dodawać tego prawda?, aby jego słowa wybrzmiały we właściwy sposób. W tym momencie nie dało się ich inaczej zinterpretować, nawet jeśli zdecydowanie mieli tendencję do wykluczania najłatwiejszych możliwości.
Nie bez powodu to wszystko im tyle zajęło. Potrzebowali wiele czasu, aby znaleźć się na tej samej stronie, choć przecież w gruncie rzeczy mieli bardzo podobne oczekiwania. Znali się na tyle dobrze, że wiedział, że chcieli tego samego od życia. A teraz również od siebie nawzajem.
Może się nad tym nie zastanawiał, bo i po co, jednak gdyby już się w to zagłębił, najprawdopodobniej doszliby wspólnie do wniosku, że mogli uniknąć całkiem wielu perturbacji i potknięć na ścieżce do tego, kim planowali, kim powinni dla siebie być. Tyle tylko, że byli uparci. Być może nawet bardziej niż większość znanych mu ludzi. Zdecydowanie.
- Wiesz, że lubię wyzwania - jego głos był niski a w oczach błyszczała iskra pożądania.
Spojrzał na nią - leżącą obok z rozwianymi włosami i błyszczącym uśmiechem, który sprawiał, że jego serce biło mocniej. Wiedział, że w jej myślach kłębiły się podobne fantazje. To nie miało być trudne, nie potrzebowali nic sobie dłużej udowadniać.
- Nie ułudkuj - bez wahania potrząsnął głową, łapiąc ją na nieścisłości, której nie zamierzał pozostawić niewytkniętej, nawet jeśli w ten całkiem miękki, dźwięczny i czuły sposób. - Przecież wiem, że masz oczekiwania. Od oczekiwań idą plany. A od planowania - urwał znacząco, posyłając jej pociemniałe spojrzenie.
Jasne. Zdawał sobie sprawę z tego, że na ogół miała rację, co do tego robienia planów. Na ogół, bo nie teraz. Obecnie oboje je czynili. Mieli swoje założenia i wyobrażenia. Takie godne wcielenia ich w życie szybciej niż później, bo odroczona gratyfikacja już ich chyba nie satysfakcjonowała. Tak właściwie to nigdy nie była czymś, na co Ambroise by czekał.
Cieszył się, że mieli to już za sobą, że wreszcie nadążyła się okazja.
- To była niezła inicjatywa - przyznał bez najmniejszych oporów, kiwając głową, choć jednocześnie wydął przy tym wargi w wyrazie niedowierzania wobec tego, jakie to było proste. - Gdyby nie alkohol, pewnie by się powiodła - niby nie mieli czego żałować, już nie teraz, gdy wszystko i tak poszło lepiej niż którekolwiek z nich mogło zakładać, ale to niewątpliwie była ironia.
Procenty, które zazwyczaj znacząco ułatwiały sprawę, bo rozplątywały język i rozluźniały obyczaje, w tamtym konkretnym przypadku zrobiły coś zupełnie przeciwnego. Jednocześnie ich rozprężyły i znacznie bardziej zaplątały niż to było konieczne, sprawiły, że oczekiwania stały się ciążące.
Nawet teraz, wiedząc to, co wiedział, nie mógłby być kimś takim. Nie wykorzystałby tamtej okazji bez otwartego, jawnego zapewnienia z jej strony, że rzeczywiście tego chciała. W tamtym momencie sugestia, jak bardzo nie byłaby silna, nie mogła wystarczyć. Nie chciał być pochopny. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę dbał o to, aby nie zrobić niczego niewłaściwie. Tym bardziej, że cholernie mocno nie chciał, by była to wyłącznie kwestia alkoholu i jednej nocy.
Teraz mieli już jasność - nie była.
- Nigdy nie mów nigdy - czy musiał jej o tym wspominać?
Najpewniej nie, ale wciąż to zrobił, jednocześnie spotykając ze sobą ich palce, gdy podawał jej bieliznę. Miał ochotę chwilę ją sobie przytrzymać, może nawet potargować się o to, co mogła mu w zamian zaoferować, ale tym razem to sobie darował. Chcieli stąd wyjść. Wyruszyć za miasto z dala od ludzi, więc po prostu dał jej wyślizgnąć się z łóżka.
- Od tego momentu jesteś moim oficjalnym towarzystwem na wszelkich wydarzeniach towarzyskich - przypomniał, unosząc wzrok, żeby przelotnie spojrzeć w kierunku Geraldine, starając się nie zawiesić zbyt długiego spojrzenia na jej pośladkach.
No cóż, próbował tego nie robić. To, że niekoniecznie mu się powiodło, to było bez znaczenia. Nie mógł się powstrzymać, by nie przyglądać się jej, gdy zakładała na siebie ubrania. Mimo to wreszcie sam również opuścił pościel, zaczynając narzucać na siebie kolejne elementy garderoby - suchej, ale uwalonej piaskiem i morską solą. Całe szczęście tylko na chwilę, bo musiał się jeszcze przebrać. Nie zamierzał nosić się jak fleja. To nie było w jego stylu.
- A tak się składa, że jest ich od chuja i jeszcze więcej, również od strony Munga, Towarzystwa Herbologicznego i tak dalej - informowanie jej o faktach przychodziło mu całkiem gładko i bez większego wysiłku, nie musiał nawet kwitować tego machnięciem ręki, ton, w jakim się wypowiadał w zupełności wystarczał.
Jeśli czystokrwista elita miała całkiem sporo okazji do świętowania to poważni ludzie z poważnych instytucji starali się w niczym jej nie ustępować. Mieli swoje własne wydarzenia, kalendarze towarzyskie, wieczorki, popołudnia i tak dalej. Do tego dochodziły sabaty i spotkania rodzinne, o których nie mieli jeszcze okazji porozmawiać, ale z pewnością nie mogli pomijać ich istnienia.
Chciała czy nie, prędzej czy później miała załapać trochę zawodowego żargonu. Niespecjalnie obawiał się o pochopność tego założenia. W końcu znali się nie od dzisiaj. Była błyskotliwa i zacięta, miała odnaleźć się we wszystkich sytuacjach. Również pośród nieznanego sobie środowiska.
Ubranie się nie zajęło mu zbyt długo. Tak właściwie zrobił to niemal błyskawicznie. Miał w tym absurdalnie dużo doświadczenia. Odwrócił się, zerkając na nią z ukosa. Jego oczy pełne były namiętności, żaru.
Spojrzenie Ambroisa otwarcie wędrowało po sylwetce dziewczyny. W jego umyśle rodziły się obrazy ich wspólnego czasu na plaży. Za miastem. Razem, wyłącznie we dwoje.
- Nie sądzę, byś potrzebowała zabierać ze sobą zbyt wiele fatałaszków - zbliżył się do niej od tyłu, nie czekając zbyt długo, by ponownie znaleźć się tuż obok.
Z uśmiechem przesunął palcami po ramieniu Geraldine a potem zjechał niżej na jej talię, wreszcie kładąc dłonie na biodrach otoczonych przez ciemną skórę. Zaczepił palcem o szlufkę spodni Yaxleyówny, mrużąc przy tym oczy. Niby już je założyła, ale niespecjalnie podobała mu się ta opcja.
- Może coś bardziej… ...luźnego? Zamierzam zabrać cię w miejsce, gdzie nikt nie będzie nas niepokoić, nie na polowanie - zasugerował po chwili namysłu. - Nie zrozum mnie źle, cholernie lubię twój tyłek w tych spodniach, ale raczej ciężko się je zdejmuje. Zdążymy to jeszcze przetestować w praktyce. Jasne, ale najlepiej kiedy indziej. Niech to będzie coś, w czym będziesz czuła się swobodnie, tylko może nie do końca coś, na czego ściąganiu spędzimy pół dnia - szczególnie, że zaczynał się wieczór, prawda?
Mógł tak po prostu obrócić się na poduszkach, posyłając jej całkowicie jednoznacznie pożądliwe spojrzenia. Przyciągnąć ją do siebie, nie musząc obawiać się tego, co Geraldine pomyśli o tym dotyku. Czy go zechce, czy postanowi wyślizgnąć mu się z ramion, zbywając to jednym z tych unikowych komentarzy, które w istocie nie potrzebowały padać.
Mieli dokładnie te same pragnienia, te same intencje. Nie potrzebowali się dłużej ograniczać ani cofać. Leżała obok otulona miękką pościelą. Z włosami rozrzuconymi na poduszce. Uśmiechała się a w jej oczach dostrzegał coś, co przyciągało go jak magnes. Ten obłędny rodzaj pragnienia.
Przeciągnął się, patrząc na nią z uśmiechem, który od wielu chwil dosłownie nie schodził mu z twarzy. Słońce wpadało przez okno, ostatnie promienie tańczyły na kołdrze i skórze jego dziewczyny, dodając jej blasku. Czuł się zupełnie tak, jakby od zawsze czekał na ten widok.
Zaledwie kilka godzin temu siedzieli na plaży podczas kolejnego nudnego przyjęcia, unikając zagłębiania się w temat przyjaźni, a jednak wciąż spędzili wspólnie popołudnie. Ich ciała odnalazły się nawzajem splątane wśród pościeli. Jego myśli w dalszym ciągu krążyły wokół tego, co się wydarzyło. Co w miało miejsce w tym momencie, co jeszcze na nich czekało.
Była piękna, była jego. Mogli mówić sobie, że się znali. Z pewnością tak było, ale czy dogłębnie rzeczywiście było tu dobrym słowem? W kontekście ostatnich godzin być może tak, jednak wciąż mieli wiele do odkrycia i nadrobienia. To była nowa, nieznana rzeczywistość.
Przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć, ale w końcu postanowił być bezpośredni, bo w tej chwili nie było miejsca na niedomówienia. Był zdecydowany, nie chciał się cofać.
- Jeszcze nie aż tak dogłębnie jak moglibyśmy sobie życzyć - zauważył wreszcie, unosząc brwi i posyłając jej znaczący uśmiech.
Mógł być w tym tak niereformowalny jak tylko chciał. Szczególnie, że nie musiał dodawać tego prawda?, aby jego słowa wybrzmiały we właściwy sposób. W tym momencie nie dało się ich inaczej zinterpretować, nawet jeśli zdecydowanie mieli tendencję do wykluczania najłatwiejszych możliwości.
Nie bez powodu to wszystko im tyle zajęło. Potrzebowali wiele czasu, aby znaleźć się na tej samej stronie, choć przecież w gruncie rzeczy mieli bardzo podobne oczekiwania. Znali się na tyle dobrze, że wiedział, że chcieli tego samego od życia. A teraz również od siebie nawzajem.
Może się nad tym nie zastanawiał, bo i po co, jednak gdyby już się w to zagłębił, najprawdopodobniej doszliby wspólnie do wniosku, że mogli uniknąć całkiem wielu perturbacji i potknięć na ścieżce do tego, kim planowali, kim powinni dla siebie być. Tyle tylko, że byli uparci. Być może nawet bardziej niż większość znanych mu ludzi. Zdecydowanie.
- Wiesz, że lubię wyzwania - jego głos był niski a w oczach błyszczała iskra pożądania.
Spojrzał na nią - leżącą obok z rozwianymi włosami i błyszczącym uśmiechem, który sprawiał, że jego serce biło mocniej. Wiedział, że w jej myślach kłębiły się podobne fantazje. To nie miało być trudne, nie potrzebowali nic sobie dłużej udowadniać.
- Nie ułudkuj - bez wahania potrząsnął głową, łapiąc ją na nieścisłości, której nie zamierzał pozostawić niewytkniętej, nawet jeśli w ten całkiem miękki, dźwięczny i czuły sposób. - Przecież wiem, że masz oczekiwania. Od oczekiwań idą plany. A od planowania - urwał znacząco, posyłając jej pociemniałe spojrzenie.
Jasne. Zdawał sobie sprawę z tego, że na ogół miała rację, co do tego robienia planów. Na ogół, bo nie teraz. Obecnie oboje je czynili. Mieli swoje założenia i wyobrażenia. Takie godne wcielenia ich w życie szybciej niż później, bo odroczona gratyfikacja już ich chyba nie satysfakcjonowała. Tak właściwie to nigdy nie była czymś, na co Ambroise by czekał.
Cieszył się, że mieli to już za sobą, że wreszcie nadążyła się okazja.
- To była niezła inicjatywa - przyznał bez najmniejszych oporów, kiwając głową, choć jednocześnie wydął przy tym wargi w wyrazie niedowierzania wobec tego, jakie to było proste. - Gdyby nie alkohol, pewnie by się powiodła - niby nie mieli czego żałować, już nie teraz, gdy wszystko i tak poszło lepiej niż którekolwiek z nich mogło zakładać, ale to niewątpliwie była ironia.
Procenty, które zazwyczaj znacząco ułatwiały sprawę, bo rozplątywały język i rozluźniały obyczaje, w tamtym konkretnym przypadku zrobiły coś zupełnie przeciwnego. Jednocześnie ich rozprężyły i znacznie bardziej zaplątały niż to było konieczne, sprawiły, że oczekiwania stały się ciążące.
Nawet teraz, wiedząc to, co wiedział, nie mógłby być kimś takim. Nie wykorzystałby tamtej okazji bez otwartego, jawnego zapewnienia z jej strony, że rzeczywiście tego chciała. W tamtym momencie sugestia, jak bardzo nie byłaby silna, nie mogła wystarczyć. Nie chciał być pochopny. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę dbał o to, aby nie zrobić niczego niewłaściwie. Tym bardziej, że cholernie mocno nie chciał, by była to wyłącznie kwestia alkoholu i jednej nocy.
Teraz mieli już jasność - nie była.
- Nigdy nie mów nigdy - czy musiał jej o tym wspominać?
Najpewniej nie, ale wciąż to zrobił, jednocześnie spotykając ze sobą ich palce, gdy podawał jej bieliznę. Miał ochotę chwilę ją sobie przytrzymać, może nawet potargować się o to, co mogła mu w zamian zaoferować, ale tym razem to sobie darował. Chcieli stąd wyjść. Wyruszyć za miasto z dala od ludzi, więc po prostu dał jej wyślizgnąć się z łóżka.
- Od tego momentu jesteś moim oficjalnym towarzystwem na wszelkich wydarzeniach towarzyskich - przypomniał, unosząc wzrok, żeby przelotnie spojrzeć w kierunku Geraldine, starając się nie zawiesić zbyt długiego spojrzenia na jej pośladkach.
No cóż, próbował tego nie robić. To, że niekoniecznie mu się powiodło, to było bez znaczenia. Nie mógł się powstrzymać, by nie przyglądać się jej, gdy zakładała na siebie ubrania. Mimo to wreszcie sam również opuścił pościel, zaczynając narzucać na siebie kolejne elementy garderoby - suchej, ale uwalonej piaskiem i morską solą. Całe szczęście tylko na chwilę, bo musiał się jeszcze przebrać. Nie zamierzał nosić się jak fleja. To nie było w jego stylu.
- A tak się składa, że jest ich od chuja i jeszcze więcej, również od strony Munga, Towarzystwa Herbologicznego i tak dalej - informowanie jej o faktach przychodziło mu całkiem gładko i bez większego wysiłku, nie musiał nawet kwitować tego machnięciem ręki, ton, w jakim się wypowiadał w zupełności wystarczał.
Jeśli czystokrwista elita miała całkiem sporo okazji do świętowania to poważni ludzie z poważnych instytucji starali się w niczym jej nie ustępować. Mieli swoje własne wydarzenia, kalendarze towarzyskie, wieczorki, popołudnia i tak dalej. Do tego dochodziły sabaty i spotkania rodzinne, o których nie mieli jeszcze okazji porozmawiać, ale z pewnością nie mogli pomijać ich istnienia.
Chciała czy nie, prędzej czy później miała załapać trochę zawodowego żargonu. Niespecjalnie obawiał się o pochopność tego założenia. W końcu znali się nie od dzisiaj. Była błyskotliwa i zacięta, miała odnaleźć się we wszystkich sytuacjach. Również pośród nieznanego sobie środowiska.
Ubranie się nie zajęło mu zbyt długo. Tak właściwie zrobił to niemal błyskawicznie. Miał w tym absurdalnie dużo doświadczenia. Odwrócił się, zerkając na nią z ukosa. Jego oczy pełne były namiętności, żaru.
Spojrzenie Ambroisa otwarcie wędrowało po sylwetce dziewczyny. W jego umyśle rodziły się obrazy ich wspólnego czasu na plaży. Za miastem. Razem, wyłącznie we dwoje.
- Nie sądzę, byś potrzebowała zabierać ze sobą zbyt wiele fatałaszków - zbliżył się do niej od tyłu, nie czekając zbyt długo, by ponownie znaleźć się tuż obok.
Z uśmiechem przesunął palcami po ramieniu Geraldine a potem zjechał niżej na jej talię, wreszcie kładąc dłonie na biodrach otoczonych przez ciemną skórę. Zaczepił palcem o szlufkę spodni Yaxleyówny, mrużąc przy tym oczy. Niby już je założyła, ale niespecjalnie podobała mu się ta opcja.
- Może coś bardziej… ...luźnego? Zamierzam zabrać cię w miejsce, gdzie nikt nie będzie nas niepokoić, nie na polowanie - zasugerował po chwili namysłu. - Nie zrozum mnie źle, cholernie lubię twój tyłek w tych spodniach, ale raczej ciężko się je zdejmuje. Zdążymy to jeszcze przetestować w praktyce. Jasne, ale najlepiej kiedy indziej. Niech to będzie coś, w czym będziesz czuła się swobodnie, tylko może nie do końca coś, na czego ściąganiu spędzimy pół dnia - szczególnie, że zaczynał się wieczór, prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down