Tak jak ona znała jego, być może w sposób, w jaki przyjaciele zupełnie nie powinni się znać. Najpewniej nie. A jednak to tak narodziła się ich przyjaźń, relacja, która z jednorazowej, jednonocnej przygody zmieniła się w bardzo wiele nocy na przestrzeni… czasu. Półtorej roku. W rozmowy, wyjazdy, wspólne wyjścia – aż dziw, że ich wspólni znajomi nie połapali się, co się dziej. Victoria wiedziała, kiedy Laurent się uśmiechnie, kiedy zasmuci i jak sprawić, by westchnął z przyjemności. A jednak… tak, teraz byli odlegli. Oddzieleni stolikiem i zastawą, siedząc metr od siebie, pogrążeni w tej cichej rozmowie. Monologu od strony Victorii, która opowiadała, co się działo, kiedy Laurent bawił się na statku, kiedy leżał w szpitalu. A i tak nie powiedziała wszystkiego, nieuporządkowane myśli uleciały gdzieś w dal, gdy zatopiła się w tym intensywnym wspomnieniu. Wczoraj, gdy o tym opowiadała, jej głowa była zajęta czymś innym, zbiorem innych myśli, które krążyły w niej od dawna. Dzisiaj jednak…?
Ciche słowa Laurenta, lekko przerywane, oderwały ją jednak z tego ciągu myśli. Zielone światło przygasło, pisk jaszczurki przestał być słyszany. Victoria powoli odwróciła głowę od tego, na co patrzyła, by skierować swoje ciemne oczy na Laurenta, a leciutka zmarszczka pomiędzy jej brwiami, wskazywała wyraźnie na konsternację. A potem świat jakby trochę zwolnił, bo blondyn uniósł filiżankę herbaty i…
Ta wypadła mu z rąk na stolik, stamtąd na jego kolana i na podłogę, gdzie się rozprysła; ciepły płyn rozlał po meblach i ubraniach Laurenta.
– Laurent? – w jej głosie z pewnością było coś alarmującego, może to był właśnie strach? Bo jej ręka, na której do tej pory opierała dość nieelegancko głowę, opadła na blat stołu, a ciało napięło się. I wtedy Laurent zjechał po tym fotelu na podłogę.
Ciemnowłosa poderwała się na równe nogi, oczy otwarte w szoku, serce biło jej jak szalone, zaraz jednak klęczała na podłodze, nie zważając na kawałki porcelany i rozlaną herbatę. Trzęsące się dłonie dotykały twarzy Laurenta, jego szyi. Victoria nie miała bladego pojęcia, co się właśnie dzieje, jej myśli…
Nie było żadnych myśli. Tylko pustka, mocno wyciszona tym suknem, którym okrywała się od lat, jak najdroższą kreacją.
– Laurent! – teraz brzmiała już bardziej zdecydowanie, strach został zapakowany do pudełka, wciśnięty w czarny kąt bucikiem o wysokiej szpilce, drzwi zatrzaśnięte, ale nie zamknięte na klucz. Niebieskie, jak ta morska toń, oczy otworzyły się i… – Czekaj. Laurent. Laurie – brzmiała niemalże błagalnie, próbując go przytrzymać w miejscu, widząc, jak się gramoli z tej podłogi. Nigdy tak do niego nie mówiła, tak jak on nigdy nie skracał jej imienia.
Ale chyba też nigdy jej tak nie wystraszył. Nigdy tak po prostu nie… nie zemdlał (?) w trakcie rozmowy, nie upuścił filiżanki, nie upadł – siedząc!
– Czekaj – szepnęła, a kiedy szybko omiotła spojrzeniem jego i podłogę, widząc, że najwyraźniej wszystko jest w porządku, sama wyciągnęła do niego ręce, gotowa wstać i pociągnąć go za sobą z siłą, której mógł u niej nie pamiętać i nie kojarzyć.
Tylko, że nic nie było w porządku. To nie powinno się wydarzyć.
– Chodź, usiądź – pokręciła głową na jego słowa, które trwały, jakby nic się nie stało, jakby żadne wydarzenie nie przerwało ich rozmowy. Nie chciała wcale, żeby siadał na fotelu. Chciała go pociągnąć do swojego łóżka, usadzić tam. Może nawet położyć. – Wszystko w porządku? – dopiero wtedy była gotowa znowu omieść podłogę spojrzeniem, dopiero wtedy mogłaby wyciągnąć różdżkę i sprawić, że kawałki filiżanki znikną. Że rozlana herbata wyparuje. Kotów już dawno tu nie było – oba uciekły na dźwięk tłuczenia porcelany. Ale centrum jej atencji było teraz gdzieś indziej, nie na kotach, nie na podłodze. Na Laurencie.