18.12.2024, 12:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.12.2024, 10:32 przez Baldwin Malfoy.)
Obcowanie z tą czarownicą zawsze było… przeżyciem samym w sobie. Niekoniecznie przyjemnym, zawsze obciążającym emocjonalnie. Wyzwalała w nim wszystko to co starał się ukryć. Każde jedno, plugawe pożądanie.
Nie jesteś potworem.
Oparł się chęci sięgnięcia po różdżkę; po wahadełko. To nic by nie dało. Niczego by nie zmieniło lub co gorsza sprawiłby Jej tylko zawód. Rodzina ponad wszystko. Rodzinie się nie odmawia.
Dlatego właśnie pozostawał głuchy na słodkie podszepty i pragnienia oddania się pierwotnej przyjemności, która płynęła z nekromancji. Dlatego kryształ na srebrnym łańcuszku spoczywał bezpiecznie w kieszeni szaty.
Umysł matki był terytorium, od którego starał się trzymać z daleka. Nie przez wzgląd na szacunek, a zwyczajnie ludzki strach przed tym co w nim odnajdzie. Łatwo było wierzyć, że rodzicielka darzyła go pogardą i niechęcią równie mocno. Ale pogodzić się z tym, że to prawda lub co gorsza zrozumieć błąd? Na to nie był gotowy. Może nigdy nie będzie. Świat wspomnień, pięknych fantazji i obrazów czynił z Viseny’i bardziej ideę niż żywą istotę.
Nie czuł gniewu, że nazwała jego słodką Dellilah dziwką - pewnie w innych okolicznościach, może po kilku głębszych, nawet by jej przyznał rację. Nie chciał też zdradzać dla kogo potrzebował tej sukienki - Visenya miała nad nim wystarczająco dużo władzy trzymając w szachu baldwinową muzę i oblubienicę. Nie zamierzał oddawać matce kolejnej kobiety, która cokolwiek znaczyła w jego bezwartościowym życiu.
Z każdą sekundą ciszy smutek malał. Rozpływał się w morzu rozgoryczenia.
- Z nikogo jej nie zdarłem.- Warknął nim zdołał się powstrzymać, powściągnąć język. Zacisnął usta, żeby nie powiedzieć nic więcej. Nie potrzebował dziwek. Wystarczały mu znudzone panny z dobrych rodów, głupie trzpiotki bez szans na porządne małżeństwo, albo pożal się Bogowie wielkie buntowniczki, których spragnione czegokolwiek spojrzenia wyłapywał podczas spektaklu. Zawsze się taka jedna na sali znalazła - wzdychająca idiotka, pocierająca kolankami; nigdy w pierwszym rzędzie. Im przysługiwały czwarte czy piąte. Lubił takie. Napawał się wizją, że może im dać coś czego nie da im stary, bogaty dziad z którym pewnie kiedyś będą dzielić łoże. Że zamiast o ojczyźnie będą myśleć o nim. Ale nigdy nie musiał brać tego co chciał gwałtem - same przychodziły, tak niepewne czy te kilka sekund, gdy jego wzrok był utkwiony w ich pozbawionych wyrazu twarzach, wystarczyło na zaciśnięcie nici porozumienia.
Nie każę ci mnie kochać, bo do tego zdolna nie jesteś. Ale kurwa igłę z nicią chyba utrzymać potrafisz.- Przemknęło mu przez myśl, gdy na nowo utkwił spojrzenie w posągowej twarzy matki. Potrzebował kolejnych kilku sekund, żeby mieć pewność, że nie zacznie na nowo pluć jadem.
- Nie o to pytałem, Matko.- Odpowiedział, patrząc na sukienkę z taką czułością jaką na matkę patrzył może będąc zaledwie maleńkim dzieckiem. Kiedy jeszcze potrafił zdobyć się na miłość do czarownicy, która go urodziła i wychowała.
Ludzie uwielbiali wyrzucać to co stare, zniszczone, przesiąknięte smutkiem i bolesnymi wspomnieniami, tylko po to by zastąpić to czymś nowszym, bez duszy; czymś do czego nie dało się przywiązać.
Znosił to, że pastwiła się nad nim jak sęp nad padliną, bo tylko w ten sposób był w stanie odpokutować własne grzechy.
- Po prostu podaj swoją cenę.
To że Baldwin pieniędzy miał tyle co nic, to Visenya wiedzieć musiała. Chłopak nigdy nie sięgał do rodowej skrytki Gringotta, a to co zarobił na obrazach czy w teatrze pewnie rozpieprzał na Nokturnie. Ale czy galeony były czymś co w ich relacji miało kiedykolwiek jakąkolwiek wartość? Nie. Złoto było tylko pochodną władzy. Zresztą istniała całkiem słuszna obawa, że zacząłby się kurwić by ją równocześnie zadowolić i rozczarować jeszcze bardziej.
Tu chodziło o coś więcej. O to jak głęboko sięgała desperacja młodego Malfoy’a i jak wiele był w stanie poświęcić dla tego bezwartościowego kawałka szmaty leżącej między nimi na blacie.
Nie jesteś potworem.
Oparł się chęci sięgnięcia po różdżkę; po wahadełko. To nic by nie dało. Niczego by nie zmieniło lub co gorsza sprawiłby Jej tylko zawód. Rodzina ponad wszystko. Rodzinie się nie odmawia.
Dlatego właśnie pozostawał głuchy na słodkie podszepty i pragnienia oddania się pierwotnej przyjemności, która płynęła z nekromancji. Dlatego kryształ na srebrnym łańcuszku spoczywał bezpiecznie w kieszeni szaty.
Umysł matki był terytorium, od którego starał się trzymać z daleka. Nie przez wzgląd na szacunek, a zwyczajnie ludzki strach przed tym co w nim odnajdzie. Łatwo było wierzyć, że rodzicielka darzyła go pogardą i niechęcią równie mocno. Ale pogodzić się z tym, że to prawda lub co gorsza zrozumieć błąd? Na to nie był gotowy. Może nigdy nie będzie. Świat wspomnień, pięknych fantazji i obrazów czynił z Viseny’i bardziej ideę niż żywą istotę.
Nie czuł gniewu, że nazwała jego słodką Dellilah dziwką - pewnie w innych okolicznościach, może po kilku głębszych, nawet by jej przyznał rację. Nie chciał też zdradzać dla kogo potrzebował tej sukienki - Visenya miała nad nim wystarczająco dużo władzy trzymając w szachu baldwinową muzę i oblubienicę. Nie zamierzał oddawać matce kolejnej kobiety, która cokolwiek znaczyła w jego bezwartościowym życiu.
Z każdą sekundą ciszy smutek malał. Rozpływał się w morzu rozgoryczenia.
- Z nikogo jej nie zdarłem.- Warknął nim zdołał się powstrzymać, powściągnąć język. Zacisnął usta, żeby nie powiedzieć nic więcej. Nie potrzebował dziwek. Wystarczały mu znudzone panny z dobrych rodów, głupie trzpiotki bez szans na porządne małżeństwo, albo pożal się Bogowie wielkie buntowniczki, których spragnione czegokolwiek spojrzenia wyłapywał podczas spektaklu. Zawsze się taka jedna na sali znalazła - wzdychająca idiotka, pocierająca kolankami; nigdy w pierwszym rzędzie. Im przysługiwały czwarte czy piąte. Lubił takie. Napawał się wizją, że może im dać coś czego nie da im stary, bogaty dziad z którym pewnie kiedyś będą dzielić łoże. Że zamiast o ojczyźnie będą myśleć o nim. Ale nigdy nie musiał brać tego co chciał gwałtem - same przychodziły, tak niepewne czy te kilka sekund, gdy jego wzrok był utkwiony w ich pozbawionych wyrazu twarzach, wystarczyło na zaciśnięcie nici porozumienia.
Nie każę ci mnie kochać, bo do tego zdolna nie jesteś. Ale kurwa igłę z nicią chyba utrzymać potrafisz.- Przemknęło mu przez myśl, gdy na nowo utkwił spojrzenie w posągowej twarzy matki. Potrzebował kolejnych kilku sekund, żeby mieć pewność, że nie zacznie na nowo pluć jadem.
- Nie o to pytałem, Matko.- Odpowiedział, patrząc na sukienkę z taką czułością jaką na matkę patrzył może będąc zaledwie maleńkim dzieckiem. Kiedy jeszcze potrafił zdobyć się na miłość do czarownicy, która go urodziła i wychowała.
Ludzie uwielbiali wyrzucać to co stare, zniszczone, przesiąknięte smutkiem i bolesnymi wspomnieniami, tylko po to by zastąpić to czymś nowszym, bez duszy; czymś do czego nie dało się przywiązać.
Znosił to, że pastwiła się nad nim jak sęp nad padliną, bo tylko w ten sposób był w stanie odpokutować własne grzechy.
- Po prostu podaj swoją cenę.
To że Baldwin pieniędzy miał tyle co nic, to Visenya wiedzieć musiała. Chłopak nigdy nie sięgał do rodowej skrytki Gringotta, a to co zarobił na obrazach czy w teatrze pewnie rozpieprzał na Nokturnie. Ale czy galeony były czymś co w ich relacji miało kiedykolwiek jakąkolwiek wartość? Nie. Złoto było tylko pochodną władzy. Zresztą istniała całkiem słuszna obawa, że zacząłby się kurwić by ją równocześnie zadowolić i rozczarować jeszcze bardziej.
Tu chodziło o coś więcej. O to jak głęboko sięgała desperacja młodego Malfoy’a i jak wiele był w stanie poświęcić dla tego bezwartościowego kawałka szmaty leżącej między nimi na blacie.